Reklama

Syndrom Piotrusia Pana: Dlaczego warto ich mieć w firmie?

Wieczny chłopiec i dziewczynka, która nie chce dorosnąć. Dlaczego warto ich mieć na pokładzie? I co zrobić, by przedsiębiorstwo miało z nich jak największy pożytek?

"Moi przyjaciele mają swoje panie, wszyscy mają dzieci, ale ja chcę mieć trochę zabawy" - śpiewał George Michael. "Samo play. Żadnych zobowiązań" - obiecywała reklama jednego z operatorów telekomunikacyjnych. Rację ma Francesco Cataluccio, gdy w książce "Niedojrzałość. Choroba naszych czasów" pisze, że pragnienie, by nie dorastać, rozlało się dziś jak plama oleju na wodzie.

Reklama

Zjawisko to dotarło także do polskich firm. Może z niego wyniknąć zarówno wiele dobrego, jak i złego. Co zrobić, by fantazja, która cechuje niektórych pracowników, działała na korzyść przedsiębiorstwa?

Biznes INTERIA.PL na Facebooku. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Wyzwanie dla szefa

Socjolodzy mówią o syndromie Piotrusia Pana - wiecznego chłopca, który nie chce dorosnąć i woli latać, niż chodzić po ziemi. Egocentryk, nonkonformista, fantasta, chowający głowę w piasek przed trudami życia. I postać ambiwalentna. Z jednej strony nęcą go przyjemności i rozrywki, a w systemie wartości niewiele miejsca zostawia na odpowiedzialność, lojalność i poświęcenie. Z drugiej - imponuje śmiałością i wyobraźnią, bez których w biznesie nie byłoby świeżych pomysłów.

Psycholog biznesu Jacek Santorski nie ukrywa, że obecność w zespole Piotrusia Pana lub Primadonny - zjawisko bowiem dotyczy także kobiet, to dla kierownictwa nie lada wyzwanie. Atuty takiego pracownika od razu rzucają się w oczy: tryska energią, jest wizjonerem, kreuje rzeczywistość (oderwanie od szarej egzystencji sprzyja pomysłowości, innowacyjności, nieortodoksyjnemu spojrzeniu na problemy).

Tyle że jest wielką zagadką, nieustannym znakiem zapytania. Trudno przewidzieć, jak się zachowa w godzinie próby - czy będzie można na nim polegać, czy też z dnia na dzień porzuci firmę.

- Wcale nie musi chodzić o jakieś straszne kłopoty. Przeciwności mogą wręcz dodać Piotrusiowi skrzydeł, jeśli potraktuje je jako element przygody. Szybciej zerwie umowę, bo mu się dany projekt po prostu znudził, a on, jak kania dżdżu, co rusz potrzebuje nowych ekscytacji - opisuje Santorski.

Piotrusiowi Panu dużo można zarzucić, lecz nie to, że bezkrytycznie akceptuje korporacyjne absurdy: niezrozumiały żargon, personalne gierki, wychodzenie z biura przed północą. Śmieszy go powszechny pęd do przeistaczania się w bezduszne roboty, choć może udawać przed szefem, że haruje na maksimum swoich możliwości. Ale raczej ceni autentyczność i szczerość.

Nie ma w nim nic z prymusa, za to dużo z Corinne Maier, francuskiej autorki książki "Witaj, lenistwo". Kiedy na spotkaniu motywacyjnym odważyła się stwierdzić, że "pracuje tylko po to, by wyżywić rodzinę", wszystkim odjęło mowę.

- Odmieńcy, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, nie zniżą się do potakiwania przełożonym, jeśli mają inne zdanie, i nie dadzą się zapędzić do mrówczej roboty, która nikomu nie służy - mówi dr Marek Suchar, prezes firmy doradczej IPK.

Praca poprzez zabawę

Luźny stosunek do obowiązków nie musi oznaczać braku efektów. Przeciwnie. Zawodową filozofię Piotrusiów doskonale oddaje jedna ze złotych myśli Dilberta, bohatera amerykańskich komiksów: "Praca to wszystko, czego nie chciałbyś robić. Wydajność to zupełnie inna sprawa". A tę wydajność zwiększają bez wylewania hektolitrów potu. Nie wysiłkiem i siłą, lecz sprytem.

- Piotruś Pan znajdzie najprostszy sposób na uporanie się z projektem i jeszcze połączy go z zabawą - zaznacza trener Mirosław Słowikowski. - To słuszny kierunek, bo kto powiedział, że zawsze musi boleć i jedynie w ciężkim znoju czy z zaciętą miną osiągniemy swój cel?

Podobnie myśli dr Suchar: - Kto chce się wyrwać po południu na paintball, bowling lub kitesurfing, raz: postawi na pomysłowość, dwa: nie będzie marnował czasu na ploty w firmowej palarni, tylko się zepnie, by w mig oddać raport lub prezentację w PowerPoincie. A może zadania te deleguje uczynnym koleżankom...

Jacek Santorski zwraca uwagę na paradoks: ludzie, którzy w życiu osobistym wchodzą w rolę Piotrusia Pana, w pracy i biznesie nierzadko potrafią postępować całkiem dojrzale. Sprawdzają się jako prawnicy, finansiści, a nawet menedżerowie. Ba!, niektórzy robią zawrotne kariery, stają się autorytetami w swoich środowiskach, trafiają na pierwsze strony branżowych czasopism. Sprzeczność? Nie do końca!

- Życie w Nibylandii, czyli wśród luksusów, zabawek, modnych gadżetów kosztuje. Piotruś Pan za bardzo kocha te atrakcje, żeby mogło mu zabraknąć na nie pieniędzy - argumentuje psycholog.

Wtóruje mu prezes Suchar, według którego podszyty chłopcem mężczyzna oczekuje podziwu dla swej doskonałości. Zaś sukcesy w sferze zawodowej pozwalają mu zyskać szacunek i fascynację.

- Kolejne zawody sercowe, rozwalone małżeństwa, rozczarowanie przyjaciółmi, którzy opuścili w potrzebie - to wszystko podkopuje wysoką samoocenę takiej osoby. Dlatego tym bardziej się stara, aby na innych polach święcić triumfy i wzbudzać powszechny zachwyt - klaruje szef IPK.

Różnorodność w cenie

Marek Prujszczyk, dyrektor personalny Schneider Electric, jest zdania, że bez indywidualistów w firmie byłoby nudno. Jak wskazuje, żyjemy w coraz bardziej kolorowym, zróżnicowanym społeczeństwie. Ta wielobarwność - podkreśla - powinna mieć odzwierciedlenie również w składzie personalnym spółek. Z badań wynika bowiem, że niejednorodne zespoły są bardziej twórcze od tych, w których panuje swoista monokultura. Nie dość tego: w takich kolektywach atmosfera zwykle jest o niebo lepsza.

- Zwykle menedżerowie zatrudniają kandydatów, którzy są całkowicie do nich podobni i jak ulał pasują do kultury organizacyjnej przedsiębiorstwa. To zła strategia - ocenia dyrektor Prujszczyk. Co proponuje zamiast?

- Dużo korzystniejsze jest zapraszanie do współpracy także ludzi o nieco ekscentrycznej naturze, którym obca jest stadna gorączka. Warto ponieść to ryzyko, jeżeli zależy nam na większym spektrum świeżych obserwacji, oryginalnych wniosków, rewolucyjnych pomysłów - utrzymuje HR-owiec.

- Otwartość firm na rozmaitość, odmienność - byle w granicach rozsądku - pozytywnie wpływa też na jej relacje z rynkiem - zapewnia Prujszczyk. Przykład? Jeśli klient nie znosi konwenansów, lepiej posłać do niego sprzedawcę-luzaka niż jego kolegę, który jest sztywny jakby kij połknął.

- Indywidualiści z wiatrem we włosach są ambasadorami swoich spółek w środowiskach, które reprezentują zbliżone postawy i wartości. Najskuteczniej się z nimi komunikują i najszybciej zdobywają ich zaufanie - przekonuje przedstawiciel Schneider Electric.

Zbigniew Jakubas, przedsiębiorca i inwestor, uważa, że nie ma sensu wskazywać, jacy pracownicy są lepsi: ci "odjechani", z fantazją, czy bardziej przewidywalni. A kogo zatrudniać? To - jego zdaniem - zależy od branży, zawodu i funkcji. Okrągłe otwory zatyka się okrągłymi klockami, a kwadratowe - kwadratowymi - mawiają Amerykanie. Kluczem jest odpowiednie dopasowanie człowieka do zadań.

- W przemyśle ciężkim, który od lat jest moją domeną, trzon kadry stanowią inżynierowie i inni specjaliści z wykształceniem technicznym. To ludzie o racjonalnym podejściu do życia, którzy najlepiej czują się w świecie twardych faktów, reguł i liczb - tłumaczy Jakubas. Ale dodaje: - Są jednak sektory, takie jak PR, reklama czy film, które wymagają ekstremalnej inwencji. Tam pewnie potrzeba osób nietuzinkowych, myślących po swojemu, mogących wnieść świeży powiew.

Wśród specjalistów i menedżerów, na jednym końcu skali sytuuje się organizator-wykonawca, do bólu sumienny, acz bez polotu, na drugiej - inspirator, który wprawdzie ma genialne koncepcje i wizje, lecz nie umie ich wdrożyć. Tak przynajmniej uważa prof. Andrzej Blikle, twórca cukierniczego imperium i ekspert od zarządzania. Jego zdaniem: ekstremalnie kreatywny, lecz chaotyczny i niefrasobliwy fachowiec nie wyjdzie poza swój świat iluzji fikcji i marzeń, jeśli nie pomoże mu ktoś mniej charyzmatyczny, ale bliższy realiom rynku.

Profesor znał kiedyś zdolnego matematyka, który według niego podpada pod określenie "Piotruś Pan". Na etapie formułowania problemu matematycznego i jego rozwiązywania tryskał energią i dawał z siebie wszystko. Kiedy jednak uporał się z zadaniem, jego entuzjazm natychmiast gasł. Nie przychodziło mu do głowy, by chwalić się wynikami swojej pracy. Ale oto pewnego dnia zaproponował mu współpracę dziennikarz naukowy. Od tej pory panowie pisali razem artykuły do specjalistycznych periodyków.

- Jak wykonawca bez inspiracji wytwarza wciąż tę samą masową sieczkę, tak inspirator bez zdolności wykonawczych produkuje bez przerwy idee, teorie i koncepcje, które nigdy nie obleką się w rzeczywistość - twierdzi Andrzej Blikle. I dorzuca: - W pojedynkę ludzie ci osiągną dużo mniej, niż wskazywałby ich potencjał. W tandemie mogą natomiast robić cuda.

To się da wyleczyć

Jakie jeszcze warunki trzeba spełnić, by z Piotrusia Pana było więcej pożytku niż szkody?

Jacek Santorski przypomina, że o tym, jak zarządzać wiecznymi chłopcami i niedojrzałymi dziewczynkami, napisano wiele podręczników. W większości z nich pojawia się rada, by na pokładzie nie mieć więcej niż jednego indywidualisty, dziwaka czy fantasty z przerośniętym ego. Z kilkoma nie damy sobie rady!

Druga wskazówka brzmi: kochaj i wymagaj! To łagodniejszy odpowiednik starej leninowskiej zasady: zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza.

- Z bujającym w obłokach podwładnym szef powinien zawierać jasne umowy, a później często się do nich odwoływać. Musi sprawdzać, czy dotrzymuje terminów, postępuje wedle firmowych standardów, skrupulatnie realizuje plan - podpowiada psycholog biznesu.

Na koniec dobra wiadomość. Do Santorskiego zgłasza się wielu bystrych wizjonerów, którzy mając czterdziestkę na karku, zdecydowali się pracować nad sobą. Byli zbyt ambitni, aby pozwolić sobie na dystans i nutę lekceważenia, z jakim zaczynało traktować ich otoczenie. Czasem bodźcem wyzwalającym okazywała się solidna porażka zawodowa, objawy depresji (tak!) lub... ciąża partnerki (inteligentny człowiek wie, że dziecko potrzebuje dorosłych rodziców).

Wygląda na to, że syndrom Piotrusia Pana nie jest ciężką chorobą i można się z niej wyleczyć.

Mirosław Piątkowski

Więcej informacji w portalu "Wirtualny Nowy Przemysł"

Dowiedz się więcej na temat: firma

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »