Reklama

Trening czyni... przedsiębiorcę

Sport uprawia codziennie 19 proc. Polaków w wieku produkcyjnym (18 - 64 lata), tj. około 4,5 mln osób. Dodając do tego młodzież można założyć, że około sześciu milionów Polaków jest bardzo aktywnych sportowo. Najpopularniejsze dyscypliny to jazda na rowerze, bieganie, pływanie i piłka nożna. Dla wielu Polaków sport jest tak ważną częścią życia, że chcieliby mu się całkowicie poświęcić. Kogo stać na życie z uprawiania sportu?

Nikt nie ma wątpliwości, że sport stał się poważnym biznesem. Widać to np. po wydatkach na zakup artykułów sportowych, obuwia i odzieży. Według firmy PMR Consulting & Research w 2016 r. wydaliśmy na ten cel 8,7 mld zł, aż o 7,9 proc. więcej w porównaniu z 2015 r. W 2017 r. wartość rynku wzrosła zaś - według szacunków - o kolejnych 5,7 proc., do 9,2 mld zł. Całkowita wartość sportowego rynku jest jednak dużo wyższa. Zaliczają się do niej bowiem także wydatki związane z samym uprawianiem sportu, np. koszty uczestnictwa w biegach, bilety do siłowni czy klubów fitness, wydatki na trenerów itp. Opinię publiczną elektryzują zarobki najlepiej opłacanych sportowców, które podaje się w milionach złotych rocznie. One pobudzają wyobraźnię, ale liczbę takich milionerów można porównywać z liczbą szczęśliwców, którzy trafili szóstkę w Lotto. Jednak to wcale nie znaczy, że nie warto spróbować przełożyć swoich umiejętności sportowych na pieniądze.

Przedsiębiorczy amatorzy

Reklama

Podobnie jak w wielu innych dziedzinach w branży sportowej sprawdza się zasada Pareto. Zgodnie z nią 80 proc. profitów zgarnia 20 proc. zainteresowanych. Podobnie jak sportowcy rozwarstwione są firmy handlujące odzieżą i artykułami sportowymi. Według PMR najlepiej na rynku radzą sobie duże markety sportowe oraz sklepy specjalistyczne, kierujące ofertę głównie do świadomych konsumentów. W najgorszej sytuacji są małe sklepy niezależne, którym coraz trudniej konkurować z sieciami, sklepami internetowymi, a nawet dyskontami. Większość zysków zgarnia garstka najlepszych.

Przykładem giganta jest warszawska spółka BeBio, należąca po połowie do "polskiej królowej fitness" Ewy Chodakowskiej i do jej męża Eleftheriosa Kavoukisa. W 2012 r., pierwszym roku działalności, osiągnęła 27 tys. zł przychodów. Rok później miała już 2,2 mln zł. W kolejnych latach przychody BeBio rosły w tempie trzy- i dwucyfrowym, osiągając w 2016 r. 16,1 mln zł. Imponujące są też zyski. W 2016 r. firma zarobiła na czysto 8,5 mln zł, co daje 52-proc. marżę netto na sprzedaży. W połowie 2017 r. małżeństwo Kavoukis powołało spółkę komandytową. Dzięki temu wspólnicy BeBio unikają podwójnego opodatkowania w momencie wypłacania wypracowanego zysku.

Przypadek Ewy Chodakowskiej działa na wyobraźnię, co zresztą sama zainteresowana przekuwa na jeszcze większe zyski. Trenerek personalnych i fitness było i jest dużo więcej, ale nikt nie zbudował takiej świadomości nazwiska oraz popularności swoich treningów i produktów jak Ewa Chodakowska. A co najważniejsze klienci wierzą w ich skuteczność. Skłonni są wydać nawet kilkanaście tysięcy złotych, aby przeżyć tydzień metamorfozy z królową fitnessu (cena uzależniona od miejsca).

Schodząc na ziemię, nie trzeba być Ewą Chodakowską, Robertem Lewandowskim, czy Marcinem Gortatem, żeby zarabiać na uprawianiu sportu. Wojciech Rzywucki z Piły, biegacz ultra i trener biegania, od 20 lat zajmuje się handlem artykułami sportowymi. W 2015 r. wygrał Norfolk Coastal Trial Marathon. W 2016 r. jako jedyny Polak ukończył 105 km w ramach ultra skymarathon Buff Epic Trial, będącego mistrzostwami świata w skyrunningu. - Teraz żyję z biznesu, ale czynny sport pomaga mi być tym, kim jestem - mówi.

Zawsze był postacią nietuzinkową. Potrafił w sobotę wsiąść na rower, przejechać 200 km nad Bałtyk, przenocować na plaży i wrócić następnego dnia do Piły. Sylwestra zamiast na balu spędzał zaś na wypadzie survivalowym do puszczy. Studiował historię i grał na gitarze w zespole heavymetalowym, ale na życie zarabiał handlując artykułami sportowymi. Przyczynił się do komercyjnego sukcesu sieci sklepów Nike w Polsce. Potem postawił na własną działalność gospodarczą. Przekonał właścicieli Runnersclub.pl do pomysłu sklepu prowadzonego przez trenerów i autentycznych pasjonatów biegania. Tak powstała Wojciech Rzywucki Icony, która zatrudnia siedem osób i rozwija sklepy Runnersclup.pl w Warszawie i we Wrocławiu.

Drogę od kompletnego amatora do zawodnika i trenera przeszedł też Błażej "BeBetter" Szlęk z Warszawy. Obecnie jest trenerem personalnym klasy master oraz instruktorem kulturystyki, trójboju siłowego i olimpijskiego podnoszenia ciężarów. Działalność trenerską prowadzi za pośrednictwem Internetu, układając i kontrolując plany treningowe, dietetyczne i suplementacyjne. Ma kilkudziesięciu podopiecznych, w tym m.in. Patrycję Nadwodną, brązową medalistkę niedawnych mistrzostw Polski juniorek w trójboju siłowym.

Jeszcze inny użytek ze swojej pasji do sportu zrobił Arkadiusz Bruliński z Gdańska, menedżer i hokeista, wiceprezes Pomorskiego Klubu Hokejowego 2014. Powołał go razem z grupą entuzjastów hokeja na lodzie i wspólnie zaprosili do klubu ponad 20 przede wszystkim młodych zawodników. Przez dwa lata wyłącznie stwarzali im warunki do gry i treningów, opłacając przejazdy i noclegi, ubezpieczenie, ale nie płacąc wynagrodzenia za grę. Amatorzy w ciągu dwóch lat awansowali z I ligi do zawodowej ekstraligi.

Efekt? W ciągu dwóch lat amatorzy awansowali z I ligi do zawodowej ekstraligi. Część podpisała kontrakty, inni prowadzą własną działalność gospodarczą. Jako MH Automatyka Gdańsk z powodzeniem rywalizują z najlepszymi klubami hokejowymi w Polsce. Klub pozyskał mocnych sponsorów, a sportowe sukcesy przełożyły się na jedną z najwyższych w Polskiej Hokej Lidze frekwencji na meczach. To z kolei pozwoliło kilku zawodnikom znaleźć dodatkowych sponsorów wśród lokalnych małych i średnich firm.

- Wycenia się i opłaca umiejętności oraz zaangażowanie zawodnika i całej drużyny, bo to nie tylko przynosi efekty sportowe, ale tworzy też pozytywną atmosferę wokół klubu, co z kolei przyciąga sponsorów i kibiców - mówi Bruliński. W takich sytuacjach efekty przynoszą nawet niestandardowe formy pozyskiwania środków. Trzy lata temu klub zaprosił kibiców do akcji crowdfoundingowej, której celem było sfinansowanie zakupu nowych strojów. Kibice kupili gadżety za ponad 20 tys. zł. W ubiegłym sezonie podobna zbiórka na pozyskanie nowego zawodnika przyniosła ponad 50 tys. zł.

Treningi to nie wszystko

Według Wojciecha Rzywuckiego zarabianie na uprawianiu sportu nie jest łatwe. Dlatego nawet najlepsi biegacze długodystansowi w Polsce, tacy jak Marcin Świerc, mistrz Polski w biegach górskich, czy Henryk Szost, rekordzista Polski w maratonie nie są w stanie wyżyć wyłącznie z wygrywania zawodów. Choćby dlatego, że koszty przygotowań i udziału w takich imprezach są wysokie. Dlatego zwykle dorabiają na etatach doradców w firmach sportowych lub, jak Szost, w Wojsku Polskim. - Sukcesy są potrzebne do uzyskania rozgłosu lub zwiększenia wiarygodności, ale pieniądze zarabia się na umiejętności zjednywania ludzi, którym z kolei pomaga się rozwijać ich sportowe pasje - dodaje.

Opinię tę podziela też Grzegorza Kita, znany specjalista od marketingu sportowego, właściciel firmy doradczej Sport Management Polska. - W praktyce liczy się wielokanałowość sportowych źródeł przychodu. W większości przypadków dopiero ich wielość i różnorodność gwarantują sukces finansowy. Czasami sport i aktywności ruchowo-zdrowotne stają się też dodatkowym źródłem przychodów dla osób, które są zatrudnione już gdzieś na etacie - mówi.

Sport nie jest tanią zabawą, a przed odcinaniem kuponów trzeba sporo zainwestować. Na przykład na sam zakup kompletnego stroju początkującego hokeisty, łyżew i kija, potrzeba co najmniej kilkaset złotych. Do tego dochodzą opłaty za lodowisko i trenera - od 10 zł za trening dla dzieci i grup młodzieżowych. Mimo to w Polsce kilkuset osobom udaje się co roku utrzymać status zawodowca i żyć przede wszystkim z gry w hokeja. - Drogi do zawodowstwa są różne, ale zawsze wymaga to przynajmniej kilkunastu lat inwestowania w siebie i walki o jak najwyższy poziom sportowy - mówi Arkadiusz Bruliński. - Uprawianie tej dyscypliny wymaga od zawodników nie tylko dobrej jazdy na łyżwach i sprawnego operowania kijem hokejowym, ale uczy również szybkiego podejmowania decyzji, strategicznego myślenia i współpracy pomiędzy zawodnikami. Wiem, że wielu menedżerów bardzo ceni te cechy u swoich pracowników - mówi.

Zdaniem Błażeja Szlęka wynagrodzenia, nagrody i kwoty sponsoringu w sportach sylwetkowych są śmiesznie niskie. Na Instagramie ma ponad 12 tys. obserwujących, co przyciąga przede wszystkim reklamodawców gotowych płacić za promocję swoimi produktami. - Raczej pomagam jako influencer niż na tym zarabiam - mówi. Według Szlęka biznes oparty na sporcie amatorskim jest chwiejmy, kruchy i w dodatku psuty przez ludzi bez kwalifikacji. Ogromna i nie zawsze uczciwa konkurencja sprawia, że coraz trudniej jest zarobić godziwe pieniądze. Stawki za opiekę trenerską, 200 - 300 zł miesięcznie, są zaniżane przez osoby nieprowadzące działalności gospodarczej lub oferujące gotowe treningi na podstawie segmentacji klientów, a nie indywidualnej oceny. Trenerzy gwiazd biorą kilkaset złotych więcej. - Rynek jest przesycony usługami trenerskimi i dietami. Dlatego ja tworzę swoją niszę współpracując z korporacjami i stale szukam nowej oferty - dodaje. W tym roku wprowadził szkolenia z zachowania zdrowego stylu życia, mimo stresującej pracy.

Z danych Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) wynika, że ponad 65 tys. jednoosobowych firm w Polsce zajmuje się różnego rodzaju pozaszkolnymi formami edukacji sportowej oraz zajęć sportowych i rekreacyjnych. Można założyć, że właśnie tyle podmiotów, nie licząc spółek handlowych, próbuje zarobić na sporcie. W praktyce informacje te trzeba traktować ostrożnie, bowiem przedsiębiorcy deklarują często kilkanaście form działalności, z których te bezpośrednio związane ze sportem nie muszą być wcale dominujące.

Wiele osób zarabiających na sporcie formalnie nie prowadzi nawet firm. Jeśli już ktoś zdecyduje się na założenie biznesu, robi to w formie indywidualnej działalności gospodarczej. Część takich firm jest dość szybko zawieszana lub likwidowana. Powodem jest utrata prawa do preferencyjnego ZUS-u, płaconego przez dwa pierwsze lata działalności. Inne podejście do własnej firmy ma Błażej Szlęk. Jego zdaniem, firma daje możliwość wystawiania oficjalnych dokumentów i zwiększa prestiż sportowca. Na początku, gdy jego dochody były niskie, nie myślał o zakładaniu działalności. Zrobił to dopiero wówczas, kiedy pojawiło się więcej klientów, również instytucjonalnych.

Prowadzenie działalności gospodarczej jest powszechną praktyką w przypadku koszykarzy, siatkarzy czy żużlowców. Do przejścia na samozatrudnienie swoich zawodników zachęca polityka samych klubów, które mogą w ten sposób ograniczyć koszty. W efekcie np. na zarobki żużlowców składa się wiele pozycji, a osobne faktury wystawiają nawet za reklamy na kombinezonach.

Najlepszy nie znaczy bogaty

Grzegorz Kita zwraca uwagę, że narzędzia i sposoby zarabiania na sporcie różnią się w poszczególnych dyscyplinach. Inaczej zarabia się na piłce nożnej, inaczej na bieganiu, jeszcze inaczej na fitness czy w sportach walki. Charakter tych ostatnich, zwłaszcza brutalność, ogranicza możliwości dotarcia z reklamą do szerokiego audytorium. W rezultacie najwięcej zarabiają organizatorzy gali oraz stacje telewizyjne, a wśród samych zawodników tylko gwiazdy.

W przypadku fitness, ale również sportów sylwetkowych, , piłki nożnej, biegania kluczem do sukcesu jest zdobycie statusu influencera, z czym wiąże się posiadanie licznej grupy tzw. followersów (osób podążających). Służą do tego media społecznościowe - głównie Facebook i Instagram. Jednak nawet posiadanie kilkudziesięciu tysięcy followersów nie przekłada się automatycznie na zarobek.

- Wiele osób bardzo aktywnych w mediach społecznościowych pieniądze zarabia w świecie realnym. Kanały socialowe to bardzo ważna i nieodłączna ale tylko część systemu naczyń połączonych, które dopiero w całości dają wymierny efekt - twierdzi Grzegorz Kita.

Jego zdaniem rynek influencerów sportowych jest ogromny, znacznie większy niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. - Najczęściej zauważa się tych, którzy mają milionowych czy idących w setki tysięcy followersów. Tymczasem to tylko wierzchołek góry lodowej. Większość osób kompletnie nie widzi setek osób, które także mają od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy followersów, zwłaszcza na Instagramie, spore zasięgi organiczne i zaangażowania fanów i którzy również ciężko pracują i odnoszą sukcesy - mówi Grzegorz Kita.

Trzeba mieć też świadomość, że w pewnym stopniu rynek socialowych influencerów jest też częściowo nieprzejrzysty i zwodniczy, a próba wyciągania wniosków tylko w oparciu o aktywność w mediach społecznościowych prowadzi do błędów.

Możliwości zarobku na sporcie są też wprost zależne od popularności danej dyscypliny. Inaczej jest w przypadku piłki nożnej, inaczej zaś w przypadku siatkówki, piłki ręcznej czy hokeja na lodzie. - Niedawny, spektakularny finał mistrzostw świata w siatkówce, w którym Polska zwyciężyła, oglądało w telewizji 9,2 mln ludzi. To dużo ale zwykłe, grupowe mecze polskiej reprezentacji w piłce nożnej na Mundialu czy EURO ogląda średnio od 11 do 15 mln osób. Z kolei hokej na lodzie czy pływanie mogą tylko pomarzyć o oglądalności siatkówki. - mówi Grzegorz Kita. Popularność i status dyscypliny w naturalny sposób przekłada się na budżety reklamowe i zarobki sportowców.

Według Grzegorza Kity, który jest też wiceprezesem i współwłaścicielem Runmageddonu, duży potencjał biznesowy drzemie w biegach przeszkodowych, tzw. OCR (obstacle course racing). Potencjał uczestnictwa szacuje on na około 300 tys. tzw. osobo-uczestników rocznie. Runmageddon szybko stał się największym cyklem biegów przeszkodowych w Polsce i jednym z liderów rynku europejskiego.

Na w pełni rozwinięty wygląda już w Polsce rynek klasycznych biegów. Popularność biegania spowodowała w ostatnich latach istny wysyp imprez biegowych w naszym kraju. Jest ich już tak wiele, że można mówić o nasyceniu. Potwierdzeniem będą informacje o liczbie uczestników poszczególnych zawodów. Nie jest wykluczone, że frekwencja w niektórych imprezach biegowych ustabilizuje się lub nawet spadnie.

Pęd do e-sportu

Z roku na rok coraz większe pieniądze płyną do sportów elektronicznych, czyli tzw. e-sportów. Firma Superdata szacuje, że wartość globalnego rynku e-sportu w 2017 r. wyniosła 1,5 mld dol., a w najbliższych latach będzie się zwiększać średnio o 12 proc. rocznie, dochodząc do 2,3 mld dol. w 2022 r.

- Rok 2018 jest przełomowy dla e-sportu w Polsce. Po raz pierwszy naprawdę przebił się do mainstreamu informacyjnego, a marketerzy rozpoczęli na większą skalę działania marketingowe i reklamowe. Ale to dopiero początek, potencjał jest gigantyczny. Natomiast już można powiedzieć, że narodził się nowy przemysł - mówi Grzegorz Kita.

E-sporty wyrosły na bazie popularnych strzelanek, np. gry Counter-Strike. Dzięki szybkiemu Internetowi i dostępności sprzętu coraz więcej graczy zaczęło rywalizować między sobą on-line. Obecnie kilkuosobowe zespoły rywalizują pomiędzy sobą w wirtualnej rzeczywistości. Zamiast siedzieć w domach robią to jednak publicznie podczas profesjonalnych turniejów, w których uczestniczą dziesiątki tysięcy widzów oglądających rozgrywki na telebimach.

Na świecie e-sporty "uprawia" aktywnie już ponad 200 mln osób. W samej Polsce jest około 923 tys. aktywnych graczy, a w 2019 r. liczba ta może się zwiększyć nawet do 1,5 mln osób. Ostatnie zawody Intel Extreme Masters w katowickim Spodku osobiście śledziło łącznie 173 tys. widzów, a w Internecie 46 mln osób. Pula nagród dla zwycięzców katowickiego turnieju wyniosła ponad 7 mln zł.

E-sport ma praktycznie wszystkie atrybuty "klasycznego" sportu. Są więc drużyny, coraz wyżej opłacani zawodnicy, trenerzy, a także inwestorzy. Pojawiają się pierwsze transfery zawodników. Pod koniec 2017 r. w czołową polską drużynę e-sportową, AGO E-sports, zainwestowali Bogusław Leśnodorski, były współwłaściciel Legii Warszawa oraz giełdowy inwestor Maciej Wandzel ze swoim synem Aleksandrem, byłym bramkarzem Kosy Konstancin.

Zawodnicy zarabiają pieniądze głównie na nagrodach. Stawki za czołowe miejsca w prestiżowych turniejach wahają się od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Po opłaceniu kosztów i podatków graczom pozostaje w kieszeni spora suma, którą muszą się oczywiście w części podzielić z inwestorami. Zarobki czołowych polskich gwiazd e-sportu mogą wynosić nawet kilkaset tysięcy dolarów rocznie. Bynajmniej nie są to pieniądze wirtualne.

Działalność gospodarcza sportowców (komentarz Magdaleny Flis, eksperta Tax Care)

- Sportowiec może zostać uznany przez fiskusa za przedsiębiorcę pod warunkiem, że będzie ponosić odpowiedzialność za rezultaty, jak również ryzyko związane z działalnością. Musi też samodzielnie określić miejsce i czas wykonywania pracy. Za działalność gospodarczą uznaje się nawet świadczenie usług na rzecz jedynego kontrahenta. Pod jednym warunkiem: usługi muszą być świadczone we własnym imieniu i na własne ryzyko.

- Prowadzenie firmy pozwala sportowcowi odliczać od dochodu niektóre koszty. Mogą to być np. wydatki na obsługę księgową, prawną, utrzymanie strony internetowej, obsługę mediów społecznościowych, biura, samochodu, jak również koszty związane z utrzymaniem kondycji fizycznej. W ciężar kosztów sportowiec-przedsiębiorca zaliczyć może wydatki na zakup odzieży sportowej, czy też opłataty wstępu na zawody, wynagrodzenia trenera, zakup lub wynajem sprzętu oraz wynagrodzenia dietetyków.

- Generalnie obowiązuje zasada: można odliczyć od dochodu udokumentowane fakturami lub rachunkami wydatki niemające charakteru osobistego. Dlatego też problematyczne - w relacjach z urzędem skarbowym - mogą być wydatki na suplementy diety, odżywki, medykamenty, koszty wstępu na basen czy siłownię i wynagrodzenie masażystów. Fiskus nie zajął jednolitego stanowiska w sprawie zaliczania ich w koszty. Jeśli chcemy to zrobić, warto wystąpić z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej.

- Przychodami w działalności mogą być nie tylko przychody z tytułu działalności sportowej, ale również z reklam czy sponsoringu. Natomiast nagrody są przychodem tylko wtedy, gdy są otrzymane przez sportowca w związku z jego działalnością. W przypadku, gdy nagroda uzyskana w zawodach nie będzie wykazywać takiego związku, będzie opodatkowana odrębnie. Jeżeli jednorazowa wartość nagrody nie przekracza 2000 zł, będzie wolna od podatku. Jeśli natomiast wartość nagrody przekroczy ten próg w całości będzie podlegała opodatkowaniu według stawki 10 proc. W takim przypadku nie trzeba jednak składać deklaracji do urzędu, bo podatek zostanie pobrany przez nagradzającego.

- W celu obniżenia zobowiązań przedsiębiorcy mogą wybrać podatek liniowy 19 proc. Ta forma jest bardziej opłacalna niż opodatkowanie skalą podatkową w przypadku, gdy szacowane dochody podatnika przekraczają 100 tys. zł rocznie. Podatek liniowy mogą wybrać zarówno przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą, jak również będący wspólnikami spółki cywilnej, jawnej czy komandytowej.

Grzegorz Brycki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »