Reklama

Drobni inwestorzy solą warszawskiego parkietu

Rekordowy od dekady udział indywidualnych inwestorów za pierwsze półrocze w obrotach na rynku głównym akcji GPW potwierdza, że detaliści na dobre "przeprosili się" z giełdą. To też sygnał, że intensywnie poszukują szansy na osiągnięcie realnych zysków w sytuacji, gdy mamy 5 proc. inflację i prawie zerowe stopy procentowe. Niestety, wraz ze wzrostem kapitałowego zaangażowania, nie idzie w parze wzmocnienie ochrony ich interesów, a politycy pozostają głusi na postulaty podatkowych zachęt do długoterminowego inwestowania w akcje, jeśli już jak wody święconej boją się zniesienia "podatku Belki".

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Pierwsze półrocze 2021 roku udowadnia, że skokowy wzrost zainteresowania inwestowaniem na warszawskiej giełdzie ze strony krajowych drobnych posiadaczy kapitału wcale nie jest przypadkowy i nie wynikał jedynie z chęci wykorzystania gigantycznej przeceny akcji, jakiej doświadczyliśmy po wybuchu pandemii koronawirusa w Polsce w marcu 2020. Ceny akcji poleciały wówczas na łeb na szyję, inwestorzy instytucjonalni czasem byli zmuszani do wyprzedaży akcji, dodatkowo dołując kursy, aby wypłacać kapitał na życzenie spanikowanym inwestorom (np. fundusze inwestycyjne), ale wówczas na szczęście pojawiły się na rynku w dużej ilości pieniądze indywidualnych graczy, którzy podjęli się kupowania "kiedy leje się krew" i zostali za to - jak pokazała historia późniejszych notowań - solidnie nagrodzeni.

Reklama

Gwałtowny skok udziału w obrotach detalistów w I półroczu 2020 aż do 22 proc. (z jedynie 13 proc. rok wcześniej) nie pozostawiał złudzeń, kto stał za bardzo skuteczną obroną notowań w najtrudniejszych miesiącach giełdy od dekady. O ile jednak tamto zachowanie można potraktować w kategoriach łowienia okazji ("bargain hunting"), o tyle najnowsze wyniki za I półrocze 2021 (wzrost udziału do 24 proc. rok do roku) wskazują już na coś innego: detaliści postanowili pozostać na zwyżkującym rynku na dłużej, a ich kapitał stał się jednym z motorów napędzających kolejne rekordy indeksów na warszawskiej giełdzie. Skoro tak się stało, to warto zastanowić się, jakie mają obecnie motywacje i co dla nich zrobić, aby zostali na parkiecie na stałe.

Wzrost zaangażowania drobnych graczy na rynku akcji był sygnalizowany przed domy maklerskie już na początku 2020 roku, zatem zanim jeszcze COVID-19 pojawił się w Polsce i na fali paniki gospodarczej doszło do załamania notowań na światowych giełdach. Wówczas nie było jeszcze mowy o "łowieniu okazji", gdy w ciągu np. kilku sesji kursy nawet wielkich spółek posypały się o kilkanaście, a nawet więcej procent. Zatem, co kierowało wówczas inwestorami, skoro nie było jeszcze przeceny?

Odpowiedzią jest szybko rosnąca inflacja, która doszła do niepokojących poziomów już na przełomie 2019/2020. Dla posiadaczy kapitału był to jasny sygnał, że skoro równolegle stopy procentowe są na niskim poziomie (przed serią trzech "covidowych" obniżek główna wynosiła 1,5 proc.), a banki dają oprocentowania tyle, co kot napłakał, to realnie się ponosi stratę na bezpiecznych formach oszczędzania. To bardzo mocna motywacja do poszukiwania i wybierania bardziej ryzykownych inwestycji, bo w zamian za podjęte ryzyko nagrodą może być szansa nie tylko na ochronę kapitału (zysk równy inflacji), ale także osiągnięcie realnego zysku (ponad inflację). Mniej skłonni do giełdowego ryzyka często wybierali nieruchomości jako alternatywę rozpaczliwego poszukiwania uniknięcia realnej straty - na skutek inflacji - i w ten sposób napędzali boom mieszkaniowy, który zresztą do dziś się nie skończył. Reszta "odważnych" posiadaczy kapitału postanowiła odkurzyć rachunki w domach maklerskich i rzucić się w wir giełdowych inwestycji, co widać było początkowo po rosnących obrotach na GPW, które jeszcze przed pandemią zaczęły przekraczać niewidziany od dawna symboliczny okrągły miliard złotych. Późniejsze wydarzenia związane z wybuchem pandemii, tylko przyśpieszyły ten proces, ponieważ inwestorzy o mocnych nerwach dodatkowo otrzymali to, co lubią na rynkach akcji - wysoką zmienność.

Taka kombinacja wysokiej zmienności i wzrostu płynności obrotu znakomicie ułatwiła szukanie okazji wśród przecenionych w panice spółek. Po okresie wręcz wdarcia się drobnych graczy na warszawski parkiet zasadne stało się pytanie: czy ten trend będzie trwały? A dobrze zarobieni gracze nie zabiorą swoich pieniędzy i znowu nie opuszczą parkietu. Na szczęście dla koniunktury nic takiego się nie dzieje, a nadal mocna pozycja w udziale w obrotach na rynku akcji świadczy, że obecnie detaliści z powodzeniem partycypują w trendzie wzrostowym na warszawskiej giełdzie - w miającym tygodniu indeks szerokiego rynku WIG ustanowił kolejny w tym roku rekord wszech czasów.

Dziś motywacje do indywidualnych inwestycji na giełdzie można podzielić na kilka kategorii, które dopiero łącznie przesądzają, że detaliści pozostali na rynku po "covidowym" 2020 roku. Po pierwsze, poczuli smak zarobku, szczególnie ci, którzy kupowali w najtrudniejszych momentach, kiedy innych paraliżował strach przed nieznanymi skutkami gospodarczymi pandemii. A to bardzo zachęca, aby pozostać na rynku i szukać okazji do jeszcze większego zarobku. Po drugie, polska gospodarka dobrze na tle nie tylko innych państw Unii Europejskiej poradziła sobie z zapaścią gospodarczą związaną z lockdownem i wraca na ścieżkę szybkiego wzrostu. A to z kolei oznacza, że firmy także mają szansę na mocne odbicie wyników finansowych i wypłatę dywidend, co sprzyja wzrostowi kursów. Zatem detaliści znowu mogą inwestować fundamentalnie na dłuższy okres, a nie tylko szukać jednorazowych okazji do szybkiego zysku przy wysokim ryzyku. Po trzecie - jak bumerang - wróciło widmo inflacji, która była już ich motorem zanim jeszcze przyszła pandemia. Poziom 5 proc. wzrostu cen jest zabójczy dla kapitału, który nie jest lokowany w ryzykowniejsze aktywa, tylko np. w lokaty bankowe. Perspektywa wysokiej, realnej straty z tytułu inflacji, jest kolejną znaczącą motywacją do podjęcia aktywności na parkiecie. Tym bardziej, że w czasie pandemii obniżono stopy procentowe prawie do zera, niejako zmuszając posiadaczy kapitału do szukania innych niż bezpieczne lokat kapitału. Kto nie czuje się na siłach samodzielnie inwestować w akcje, może zrobić to za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, których zakupy dodatkowo nakręcają koniunkturę na parkiecie. Paliwem jest również nieustający dodruk pieniądza, który jak świat szeroki płynie nieustannie na rynki akcji, wywołując seryjne rekordy np. na Wall Street (w tym roku indeks S&P 500 poprawiał historyczny rekord już ponad 50 razy, ostatnio w mijającym tygodniu). Dopóki jeden z wielkich banków centralnych - np. amerykański Fed - nie przykręci kurka z dodrukowanymi pieniędzmi, inwestorzy indywidualni trochę mają zapewnioną "jazdę na gapę" z wielkimi instytucjami finansowymi, które mają portfele wypchane dodrukowanymi dolarami czy jenami, ponieważ ze swoimi indywidualnymi kapitałami podpinają się pod trend wzrostowy kreowany i podtrzymywany przez instytucje. To wszystko tworzy giełdową mieszankę, która nazywa się: hossa.

Jednak żadna hossa nie trwa wiecznie, więc już dzisiaj warto pomyśleć, co zrobić, aby zatrzymać drobnych posiadaczy kapitału na giełdzie także w chudszych czasach. Mogłyby do tego służyć zachęty podatkowe do długoterminowego lokowania w akcje, jeśli politycy nie chcą słyszeć o zupełnym zniesieniu "podatku Belki". Na razie na stole mamy plany zmniejszenia opodatkowania dywidendy pod warunkiem horyzontu inwestycyjnego co najmniej 36 miesięcy, ale trudno to uznać za wystarczającą zachętę. Na razie politycy widzą, że na giełdzie sporo się zarabia, więc skoro gracze mają zyski, to mają z czego płacić "podatek Belki". Tyle, że to myślenie krótkowzroczne i czas hossy byłby naprawdę dobrym momentem, aby zapewnić korzystne warunki długoterminowego zaangażowanie na giełdzie dla drobnych inwestorów. Poza tym, w niektórych spółkach inwestorzy indywidualni nadal są traktowni po macoszemu przez głównych akcjonariuszy, czy to pod względem dywidendowym czy też reprezentacji w radach nadzorczych. A poprawa corporate governance i większe poszanowanie praw i interesów drobnych akcjonariuszy to jeden z kluczy do utrzymania ich aktywności i rozwoju rynku kapitałowego jako całości, bez którego nie może się obejść żadna rozwinięta gospodarka. Na razie więc pozostaje uznanie detalistom, że po wielu latach marazmu na giełdzie odważnie wrócili w 2020 r. na trudny rynek i dotychczas na nim pozostali. Ale na dłuższą metę potrzebują czegoś więcej niż tylko szukania okazji wśród przecenionych spółek lub podpinania się pod hossę kreowaną przez instytucje.

Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »