Reklama

Grzegorz Hajdarowicz: Tej sprawy nie da się zamieść pod dywan

Mamy plan rozwoju, także akwizycji, ale szukam też partnerów strategicznych, branżowych i nie tylko. Ostatnia operacja, związana z moim zdaniem, całkowicie bezpodstawnym żądaniem spółki CNT wobec mojej spółki KCI, która jest większościowym akcjonariuszem Gremi Media, sparaliżowała te rozmowy na miesiące - mówi w rozmowie z Interią Grzegorz Hajdarowicz, główny akcjonariusz spółek KCI i Gremi Media, która wydaje m.in. "Rzeczpospolitą" i "Parkiet".

Reklama

Paweł Czuryło, Interia: Gremi Media, wydawca m.in. "Rzeczpospolitej" i "Parkietu" jest na sprzedaż? Czy myśli pan o dalszym rozwijaniu spółki?

Reklama

Grzegorz Hajdarowicz, główny akcjonariusz spółek KCI i Gremi Media: - Gdy Gremi Media wchodziło na giełdę w 2017 roku jasno zadeklarowałem, że moim celem jest posiadanie 40-60 proc. udziałów i cały czas działam na rzecz sprzedaży akcji. Prowadzę rozmowy z różnymi podmiotami z Polski i zagranicy, bo chcę pozyskać partnerów. Jednak ludzie często myślą, że jak chcę sprzedać 20 proc. to mnie w ogóle tam nie będzie, myląc oczywiście 20 proc. i 100 proc. (śmiech).

- Mamy plan rozwoju, także akwizycji, ale szukam też partnerów strategicznych, branżowych i nie tylko. Aczkolwiek ostatnia operacja związana z moim zdaniem całkowicie bezpodstawnym żądaniem spółki CNT wobec mojej spółki KCI, która jest większościowym akcjonariuszem Gremi Media, sparaliżowała te rozmowy na miesiące.  Teraz moim rozmówcom muszę tłumaczyć tę sprawę, a oni wystraszeni takimi historiami boją się inwestować w Polsce.

Spór między spółką Centrum Nowoczesnych Technologii zajmującą się m.in. działalnością deweloperską z grupy Zbigniewa Jakubasa i KCI trwa już parę lat. Ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć "normalny spór w biznesie, dwóch biznesmenów spiera się o 5 mln zł" Czemu pana zdaniem to jednak nie jest spór jak każdy inny?

- KCI i Gremi Media to nie są spółki, które produkują gwoździe. Mówimy o operacji, z którą łączy się mnóstwo zbiegów okoliczności. Dotyka to firmy, która jako jedna z nielicznych prywatnych spółek medialnych jest w polskich rękach i zarazem jest firmą giełdową. W wyniku tej operacji została sparaliżowana tak dotkliwie, że do tej pory, a rozmawiamy 26 stycznia, mamy wciąż, od 16 grudnia zablokowane rachunki maklerskie. Mimo pisma od komornika dla przykładu - nie mogę sprzedać ani jednej akcji. Bez powodu.

- Rozumiem, że jak dwóch przedsiębiorców się spiera to jeden musi mieć powód, motyw. Ale nie może być powodem żądanie zapłaty drugi raz kwoty, którą zapłaciłem półtora roku wcześniej w 2019 roku! Giełdowa spółka KCI zapłaciła giełdowej spółce CNT blisko 5,4 mln zł, co CNT ma zresztą w swoich sprawozdaniach. Więc jak to się teraz zaczęło, zapytałem się sam siebie: "Halo, ale jak , o co to chodzi"?

Więc dlaczego?

- Tego nie wiem bo nie siedzę w głowie drugiej strony. Wydaje mi się jednak, że kluczowe jest pytanie: po co ta sprawa z żądaniem ponownej zapłaty, skutkująca paraliżem spółki KCI i zagrożeniem dla spółki medialnej, która zajmuje się wrażliwymi tematami, politycznymi i społecznymi?  Przecież to jasne, że nie można wziąć drugi raz tych samych pieniędzy. Jest tu dużo zadziwiająco dużo zbiegów okoliczności. Równie dobrze mogłem dostać zarzut, że nie noszę różowego beretu. Myśmy nawet nie wiedzieli, że ta sprawa jest w sądzie.

- Mimo, że Zbigniewa Jakubasa znam od 20 lat nie zadzwonił do mnie i nie powiedział, że ma jakieś oczekiwania, podobnie jego ludzie. Mało tego, w sprawie formalno-prawnej w sądzie w Katowicach, która się toczy, nigdy druga strona nie podniosła takiego wniosku (w sądzie w Katowicach spółka KCI dochodzi zwrotu od CNT zapłaconych jej, zdaniem KCI niesłusznie - 5,4 mln zł, wyjaśnienie niżej - red.). Tylko złożyła wniosek do sądu i uzyskała nakaz zapłaty. Ale jej prawnik w pozwie nie napisał, że już zapłaciliśmy te prawie 5,4 mln zł, na co mam dowody i widać to w dokumentach CNT. A Sąd dał nakaz zapłaty. To pokazuje jaki jest system formalno-prawny w Polsce. Gdyby chodziło o przeciętnego obywatela, nikt by się o tym nie dowiedział.

W którym miejscu ten spór jest teraz?

- Czekam na reakcję organów państwa, co do tej pory jeszcze nie nastąpiło. Wiem, że dręczy nas pandemia, ale jakoś w tym samym czasie wobec mojej spółki wydano w ciągu kilku dni nakaz i w ciągu paru dni zajęto jej cały majątek, a teraz nie ma nikogo kto by się tym zajął? Przy tak poważnych podejrzeniach złamania prawa? Na szczęście CNT w trosce o wizerunek wycofało w piątek, po ponad miesiącu część zabezpieczeń i ograniczyło się do ok. 5,4 mln zł. Nie mniej jednak, do tej pory nie mogą w praktyce dysponować akcjami.  Nie rozumiem, czemu komornik nie podjął tu jeszcze niezbędnych działań.

A jak pan tłumaczy sobie to zmniejszenie zabezpieczeń?

- Myślę, że druga strona doszła do wniosku, że jednak nie zachowam się jak w 2019 r. - kiedy zapłaciłem ok. 5,4 mln zł, że zapłacę drugi raz i pójdę grzecznie do sądu i będę znowu latami czekał. Rozczarowała się. Pewno druga strona kalkulując zyski i straty ograniczyła zabezpieczenie. Ale dla mnie to za mało. Tego zabezpieczenia nie powinno być w ogóle, bo jak miałbym płacić drugi raz z tego samego tytułu te same pieniądze.

Będzie się pan domagał odszkodowania?

- Oczywiście. Po pierwsze będę się domagał zdjęcia zabezpieczenia na kwotę ok. 5,4 mln zł. W tym roku mija 30 lat mojej działalności gospodarczej i myślę, że dam sobie radę. Ale z drugiej strony nie mogę sobie pozwolić, by nawet potężni przedsiębiorcy tak traktowali innych ludzi. To jest niezgodne z jakąkolwiek etyką biznesową.

To jest pana pierwszy spór ze Zbigniewem Jakubasem, jego spółką?

- Tak. Wcześniej było tak, że nawet namawiałem Zbigniewa Jakubasa przed wejściem na giełdę w 2017 r., aby był mniejszościowym inwestorem w Gremi Media. Zrobiliśmy 20 lat temu jakiś projekt, potem w 2016 r. sprzedałem mu ziemię, na której zarobił sporo pieniędzy. Więc bardziej bym się spodziewał butelki dobrego czerwonego wina za dobry biznes na tej działce, niż takiego uderzenia jak pod koniec ubiegłego roku.

- Historia zaczęła się jeszcze w 2018 r., kiedy z nieuzasadnionych powodów spółka CNT zażądała od nas blisko 5,4 mln zł. To wyimaginowane roszczenie, które miało rzekomo wynikać z aktu notarialnego sprzedaży działki przez KCI na rzecz CNT za ponad 60 mln zł, które podnoszone jest przez CNT reprezentowaną przez prezesa Jacka Taźbirka. Dla nas było to niezrozumiałe, bo nie wynikało z aktu notarialnego i potwierdzili to nasi prawnicy z krakowskiej kancelarii SPCG. Ale tak się złożyło, że CNT dostało nakaz zapłaty. No i "wpisali się" do hipoteki działki, którą potem sprzedawałem innemu inwestorowi za 30 mln zł netto i ta hipoteka uniemożliwiała zrealizowanie planów. Dlatego dogadaliśmy się, że wpłacę prawie 5,4 mln zł na konto sądowe i dojdzie do sporu, kto z nas ma rację, co do tego roszczenia. Jednak kilka dni przed aktem notarialnym prezes Taźbirek "postawił mojego menedżera pod ścianą" i oświadczył, że wycofuje się z ustaleń w tym sensie, że muszę zrzec się prawa do rozstrzygnięcia przez sąd kto ma rację i zapłacić bezwarunkowo, co zmusiło KCI do wyłożenia prawie 5,4 mln zł, żeby zrealizować sprzedaż działki ratując majątek większej wartości.

- Byłem w sytuacji bez wyjścia, przyparty do muru, bo wybór był taki: rezygnuję z kontraktu za 30 mln zł, tracę 15 mln zł i 4-6 mln zł na odszkodowania, albo wpłacam i realizuję umowę sprzedaży działki z kontrahentem. Wybrałem drugie wyjście. Jednak pomimo, że byłem przyparty do muru i zmuszony do dokonania zapłaty, to jednak nie mogłem się z tym pogodzić, bo było to jawne wykorzystanie mojego przymusowego położenia. Ponadto głęboko wierzyłem, że ta kwota była CNT nienależna. Zleciłem więc dokonanie stosownych analiz, czy tak w ogóle może być. Po tych analizach mieliśmy pewność, że ta kwota była nienależna CNT i jedynie wykorzystanie przez CNT naszego przymusowego położenia doprowadziło do jej zapłaty. Zdecydowaliśmy się złożyć pozew do sądu o zwrot tej kwoty. To postępowanie toczy się właśnie, o czym mówiłem wcześniej, w sądzie w Katowicach. W trakcie postępowania, 14 grudnia była rozprawa w Katowicach i właśnie wtedy, w Krakowie pojawił się też ów sporny nakaz wydany na podstawie pozwu, w którym nie wskazano kluczowych okoliczności. Jeśli mamy takie sytuacje, to jako przedsiębiorca muszę reagować. Nie dam się tak łatwo zastraszyć i nie wiem o co do końca chodzi, ale zbieżność faktów jest porażająca.

Jakie okoliczności pan łączy?

- Ja nie łączę, tylko podaję fakty. Listopad - grudzień pojawiają się informacje, że dojdzie do zmiany właścicielskiej dość dużej grupy medialnej (Polska Press - red.), której zakupem sam wcześniej byłem zainteresowany. Następnie - wedle mojej wiedzy - na początku grudnia podczas spotkania Rady Gospodarczej przy Marszałku Senatu RP Zbigniew Jakubas mówi o tym, że Gremi Media będzie do przejęcia za parę milionów złotych, o czym dowiaduję się później. W dniu 9 grudnia na wirtualnej wigilii proszę o wsparcie członków Polskiej Rady Biznesu, żeby weszli jako akcjonariusze do Gremi Media. Bierze w niej udział też Zbigniew Jakubas, a następnie pojawia się w mediach informacja, że spółka Skarbu Państwa chce przejąć "Rzeczpospolitą". Potem jest już nakaz zapłaty i za parę dni mamy zablokowane wszystkie rachunki oraz akcje.

- Następnie przychodzi okres świąteczny i akcje mam zablokowane do tej pory.  W ramach zbiegu okoliczności komornik pomylił się i na dokumencie przesłanym do biura maklerskiego Citibanku wysłał nie nakaz zabezpieczenia zgodnie z nakazem zapłaty, ale powołał się na tytuł egzekucyjny, tak jakby prowadził już egzekucję. Dlatego Citibank zwrócił się do nas z żądaniem złożenia zlecenia na sprzedaż akcji Gremi Media na giełdzie. Taką pomyłkę trudno zrozumieć. Więc uznałem, że nie chodzi o ok. 5,4 mln zł tylko o akcje spółki medialnej i różne scenariusze z jej udziałem. Dlatego upubliczniłem ten temat. Muszę się bronić.

- Gdybym miał ciężką sytuację finansową, czy majątek zależny tylko od spółki medialnej, byłbym bezbronny. Na szczęście mam zdywersyfikowaną aktywność i firmę w Luksemburgu i w Brazylii. Jestem przygotowany na różne scenariusze. Niemniej moi amerykańscy akcjonariusze z Gremi Media są bardzo tym wszystkim zdziwieni i zaniepokojeni takim traktowaniem biznesu medialnego w Polsce przez innych przedsiębiorców i sądy. I wiem, że interweniują w tej sprawie.

U kogo?

- Zostawmy to im samym. Ale jeden z członków rady nadzorczej Gremi Media był naczelnym "The Washington Post", więc zna sporo znaczących ludzi w Waszyngtonie, nawet obecnego lokatora Białego Domu i paru innych ważnych urzędników. Tej sprawy nie da się zamieść pod dywan.

Jednak ostatnio prezes PKN Orlen mówił, zresztą w "Rz", że nie chce już przejmować mediów. Czy więc cała ta historia wciąż się spina?

- Nigdy nie powiedziałem, że cała ta historia jest inspirowana przez PKN Orlen. On się pojawił tylko w pewnej fazie jako tło wydarzeń. Lepiej widać tu sytuację, w której rozpoczęto działania mogące skończyć się przejęciem jednej z grup medialnych wartych kilkaset milionów, za kwotę paru milionów złotych. W jakim celu? Może by sprzedać ją w pakiecie z inną spółką np. innej spółce Skarbu Państwa albo innemu inwestorowi? Tego nie wiem. Ale nie ma i nie będzie zgody na takie działania.

Teraz jednak zarówno Zbigniew Jakubas, który zaprzeczył, że chciał lub chce kupić "Rz", jak i prezes CNT, skierowali przeciw panu akty oskarżenia po pana wcześniejszych wypowiedziach w tej sprawie.

- Każdy ma prawo składać pozwy. Ja zawiadomiłem prokuraturę. Nie mam żadnego problemu i nie mam nic do ukrycia, wszystko ma pokrycie w przelewach, sprawozdaniach finansowych, w dokumentach.  Nie dostałem jeszcze żadnego pozwu, jak dostanę - ustosunkuję się. Nie widzę problemu, żeby swoich racji bronić w sądach, szczególnie, że moje działania mają na celu również to, by postępowania sądowe były prowadzone w sposób rzetelny i sprawiedliwy, co leży w interesie każdego obywatela i podmiotu prowadzącego działalność gospodarczą w Polsce

Gdzie pan więc szuka podstaw stojących za wnioskiem CNT o zapłatę 5,4 mln zł?

- Nawet najwięksi mogą się pomylić. Zawsze można powiedzieć, że poszliśmy za daleko, wycofujemy sprawę. Wie pan, telefon czy butelka bardzo dobrego czerwonego wina mogą sprawę załatwić. Nawet najwięksi mogą też powiedzieć "przepraszam". Jak wygram sprawę w sądzie w Katowicach, to wygram; jak przegram, to przegram. Jakoś przeżyję bez tych 5 mln zł, podobnie jak druga strona. Ale niewspółmierność skali działania do wartości sprawy, która toczy się w sądzie, jest zastanawiająca. Sam, jak i wiele innych osób, zadaję sobie podstawowe pytanie: "dlaczego?". Jaki interes można zrobić waląc Hajdarowicza i jego spółki pałką bejsbolową? Mam nadzieję, że się kiedyś dowiemy.

Rozmawiał Paweł Czuryło

Dowiedz się więcej na temat: "Rzeczpospolita" | Prasa | Gremi Media

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »