Reklama

Idea Bank mógł uniknąć przymusowej restrukturyzacji

Idea Bank mógł uniknąć przymusowej restrukturyzacji, gdyby główni akcjonariusze wyłożyli na jego ratowanie ok. 500 mln zł. Ale nie chcieli albo nie mieli. Trudno. Tak się traci banki. Mimo to decyzja Bankowego Funduszu Gwarancyjnego jest pełna zagadek, a opublikowane dokumenty nie pozwalają stwierdzić, że była oczywista i przejrzysta.

Powiedzmy najpierw jakim prawem BFG umorzył ponad 78 mln akcji Idea Banku "odbierając" je dotychczasowym właścicielom, w tym głownie Leszkowi Czarneckiemu i jego spółkom, a jednocześnie oddał bank Bankowi Pekao, w którego akcjonariacie dominuje pośrednio Skarb Państwa. Bo na świecie już dawno temu zauważono, że bank to nie tylko prywatny biznes, ale przede wszystkim pieniądze ludzi, którzy trzymają w nim swoje depozyty. Te depozyty ostatecznie gwarantuje państwo. Dlatego gdy bank popada w kłopoty, to nie są prywatne kłopoty jedynie jego właściciela.

Lekcje z przeszłości

Zauważono to już bardzo dawno temu w USA, potem Kanadzie, Japonii, Korei Południowej i kilku innych krajach Azji, gdzie wprowadzono zasadę, iż jeśli właściciel nie prowadzi wystarczająco ostrożnie banku, by depozyty oszczędzających ciułaczy i firm były w nim bezpieczne, można mu po prostu bank "zabrać". W Unii takie prawo wprowadzono dopiero po poprzednim wielkim kryzysie finansowym z lat 2007-2009, a w Polsce w 2016 roku. W kilku europejskich krajach w ten sposób zlikwidowano już kilka dużych banków. 

Reklama

Na podstawie unijnej dyrektywy do likwidacji banków powołana została odpowiednia instytucja. W Unii jest to Single Resolution Board, a w Polsce Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który może taką decyzje podjąć. Warunkiem jej podjęcia jest zagrożenie banku upadłością, brak możliwości naprawy instytucji oraz interes publiczny rozumiany w taki sposób, żeby naprawa banku nie pociągała za sobą konieczności zaangażowania środków publicznych - na przykład na wypłatę gwarantowanych depozytów. 

I choć BFG w swoim komunikacie stwierdza, że wszystkie te przesłanki zostały spełnione, to wcale nie usuwa pojawiających się znaków zapytania. Bo choć wiemy, że Idea Bank od kilku lat był instytucją finansową chwiejąca się w posadach, to czy rzeczywiście był zagrożony upadłością? Wszystko zależy od wyceny aktywów i pasywów banku oraz od tego, czy miał odpowiednie kapitały na pokrycie strat. 

Pytania o wycenę aktywów i pasywów

Po tym jak bank odnotował 1,91 mld zł straty za 2018 rok wiadomo było, że jego kapitały nie spełniają już wymogów regulacyjnych, gdyż powinny wynosić co najmniej 10,5 proc. aktywów ważonych ryzykiem, a wynosiły wtedy 2,1 proc. Było to związane m.in. z aferą GetBacku i roszczeniami posiadaczy obligacji tej firmy windykacyjnej, która z hukiem upadła w 2018 roku.

 

Według danych finansowych przedstawionych przez Idea Bank do BFG, jego kapitały własne wynosiły na koniec sierpnia 2020 roku 173,2 mln zł. W raporcie kwartalnym na koniec września bank podaje, że było to 165,4 mln zł, a współczynnik wypłacalności wynosił 0,8 proc. Niewątpliwie obniżanie się współczynnika wypłacalności świadczyło o pogarszaniu się sytuacji banku. Czy jednak na tyle jednak, żeby proces przymusowej restrukturyzacji rozpocząć? 

O tym czy bank jest wypłacalny, czy nie, miała przesądzić - zgodnie z prawem - niezależna wycena jego aktywów i pasywów. BFG powierzył ją spółce PwC Advisory. Jakie rezultaty dała wycena? Według raportu PwC Advisory opublikowanego przez BFG w trakcie wyceny skorygowano wartość aktywów i pasywów banku. Jaki był wynik? Wyszło, że kapitały instytucji są ujemne i wynoszą prawie minus 483 mln zł. To ma dowodzić, że instytucja faktycznie jest bankrutem. 

Mamy tu jednak kłopot, bo z raportu PwC Advisory dowiadujemy się, że największa korekta dotknęła instrumentów finansowych posiadanych przez Idea Bank (o 223,8 mln zł) oraz rezerw (o 324,6 mln zł). Trzeba dodać, że to dwie pozycje dla wyceniających bardzo chwiejne. Bo wycena instrumentów finansowych zawsze zależy od założenia krzywej dochodowości na przyszłość, a z kolei wysokość rezerw jest zawsze przedmiotem dyskusji pomiędzy bankiem a nadzorcą. 

Wynikiem wyceny jest wyliczenie przez PwC Advisory 656 mln zł strat za okres od stycznia do końca sierpnia 2020 roku. I zdaniem spółki te właśnie straty "zjadły" raportowane przez bank kapitały i spowodowały, iż są one ujemne. A więc jest bankrutem. To stwierdzenie uzasadniało decyzję BFG. 

Ale dlaczego - jak stwierdził to BFG w komunikacie - bank nie rokował szans na naprawę? Kiedy po aferze GetBacku miał tego dokonać, pełniący obowiązki prezesa (od listopada 2018 roku), były prezes BFG, Jerzy Pruski przedstawił plan "A" polegający na połączeniu Idei z Getin Noble Bankiem i znalezieniu inwestora. Informował wówczas, że bank potrzebuje 500 mln zł kapitału. KNF na połączenie się nie zgodziła, więc inwestora nie udało się znaleźć. Przyszedł więc czas na plan "B". Jak on wyglądał? 

To - obok wyceny - druga największa zagadka w sprawie przymusowej restrukturyzacji Idea Banku. Bank przedstawił taki plan Komisji Nadzoru Finansowego w październiku 2020 roku. Jednak KNF znowu go odrzuciła. Dlaczego? Tego także nie wiemy. Póki publiczne instytucje nam tego nie wyjaśnią, pozostanie to wciąż zagadką kładącą cień na przejrzystość ich postępowania. 

Z informacji BFG nie dowiedzieliśmy się też, jakie środki publiczne musiałyby zostać przeznaczone na wypłatę gwarantowanych depozytów, gdyby Idea Bank faktycznie okazał się bankrutem. Dlatego nie wiemy, czy nie lepszym rozwiązaniem niż użycie narzędzia "resolution" nie było postawienie banku przed zwykła procedurą upadłościową. Przymusowa restrukturyzacja miała być zarezerwowana dla instytucji naprawdę dużych o kluczowym znaczeniu dla systemu finansowego kraju. Idea Bank z sumą bilansową 15 mld zł na pewno znaczenia systemowego nie miał.

Za mały zastrzyk finansowy

Trudno nie zauważyć, że właściciele Idea Banku mieli przez minione ponad dwa lata szansę, żeby go uratować. Zamiast jednak 500 mln zł kapitału wspominanego przez Jerzego Pruskiego Geting Holding zdecydował się na "zastrzyk" w wysokości 25 mln zł i to już na ostatniej prostej.

 

Kto na przymusowej restrukturyzacji banku traci? Ci, których akcje zostały umorzone, a więc głównie Leszek Czarnecki i jego spółki. W sumie nieco ponad 90 mln zł, jak wynika z wyceny giełdowej banku z ostatnich dni grudnia oraz ich reprezentacji na ostatnim walnym zgromadzeniu. Mniejszościowi akcjonariusze stracili w sumie trochę ponad 30 mln zł. Ale pieniądze mają szansę odzyskać, jeśli podważą zasadność wyceny. Przypomnijmy, że gdy bank wchodził na giełdę w 2015 roku sprzedał 27 mln akcji po 32 zł za sztukę, czyli w sumie za 864 mln zł. Właściciele obligacji podporządkowanych stracą prawie 60 mln zł.

Kto zyskuje? Rzecz jasna Bank Pekao. Oprócz ok. 15 mld zł aktywów dostanie wsparcie z BFG w wysokości 193 mln zł, a poza tym nie przejmuje na siebie roszczeń obligatariuszy GetBacku, inwestorów w certyfikaty domu maklerskiego Trigon, a także klientów naciągniętych na ubezpieczenia na życie z tzw. ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym. Słowem - dostaje cukiereczek.

Jacek Ramotowski

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »