Reklama

Jedyną rzeczą pewną będzie niepewność

Na warszawskiej giełdzie pierwsza część tygodnia była całkiem udana. Mieliśmy dość wyraźną kontynuację tendencji wzrostowej, która w trakcie kilku poprzednich sesji straciła na dynamice i przerodziła się w trend boczny.

Rynek Akcji

Reklama

Polska

Nowe rekordy głównych indeksów nie wzbudzały jednak wielkiego entuzjazmu inwestorów i raczej skłaniały podaż do kontrakcji. Nieco poprawiła się aktywność na rynku i obroty zdecydowanie wzrosły.

W kontekście późniejszego rozwoju sytuacji, trudno uznać to za objaw siły rynku. Można raczej mieć obawy, że była to faza dystrybucji akcji. Jeśli kupującymi nie były fundusze inwestycyjne lub emerytalne, można się spodziewać, że papiery dość szybko wrócą na rynek, zasilając podaż. Zmiana nastrojów przyszła dość nieoczekiwanie, oczywiście z dość dalekich stron. Wpływ na nie miały informacje i wydarzenia w Chinach i Stanach Zjednoczonych. Ich skutek był bardzo odczuwalny. W ciągu dwóch dni indeks największych spółek stracił niemal 100 punktów, przechodząc "płynnie" od pokonywania szczytów i testowania ważnych oporów całej, prawie rocznej tendencji wzrostowej, do obrony wsparć. To pokazuje, jak kruche były podstawy ostatniej fazy tego ruchu. Dwie sesje potrafiły dość radykalnie zmienić obraz rynku. Nie tylko zresztą naszego.

Bilans niepełnego, ale tak pilnie obserwowanego przez inwestorów miesiąca, jest jeszcze minimalnie dodatni. W przypadku Indeksu największych spółek i wskaźnika szerokiego rynku jesteśmy nieco ponad 1 proc. na plusie. Wskaźnik średniaków jest bliski remisu, natomiast klasyczny efekt stycznia możemy obserwować w przypadku indeksu sWIG80, który zyskuje 4 proc. W tym czasie nadspodziewanie dobrze radzi sobie subindeks, mierzący koniunkturę na rynku firm budowlanych. Zyskuje jak dotąd 4,5 proc. i jest niekwestionowanym branżowym liderem, mimo niesprzyjających mu warunków sezonowych. Nieznacznie ustępuje mu sektor bankowy, któremu niestraszne ani zima, ani lato. A kredytowa odwilż już wisi w powietrzu. Firmy spożywcze wciąż dają spore zyski a WIG Informatyka tylko nadzieje, że będzie lepiej.

Europa

Indeksy w Paryżu i Frankfurcie kończą tydzień spadkami o ponad 3 proc. Tylko nieznacznie lepiej poradził sobie londyński FTSE, który stracił około 2,5 proc. Po rekordach, ustanowionych w okolicy 11 stycznia pozostało więc tylko wspomnienie. Wskaźniki zmierzają najwyraźniej w kierunku wsparcia, jakim są dołki z połowy grudnia, a jeśli one nie zdołają powstrzymać korekty, następne w kolejce są te z końca listopada. Tendencja spadkowa wygląda na dość "ugruntowaną", a wspierają ją informacje płynące z gospodarki, szczególnie niemieckiej, oraz niezbyt dobre nastroje, związane z kłopotami Grecji. Minister finansów Niemiec stwierdził jednoznacznie, że już w przyszłym roku konieczne będą drastyczne oszczędności, związane z koniecznością ograniczenia rekordowo wysokiego deficytu budżetowego. Cięcie wydatków z pewnością nie pomoże w wydobywaniu się gospodarki z kryzysu najgłębszego od czasów II Wojny Światowej. Niemiecki PKB spadł w ubiegłym roku o 5 proc., a szacuje się, że w tym gospodarka zwiększy się o skromne 1,5 proc. Najbardziej poważnym problemem jest sięgające 3,7 mln osób bezrobocie. Pod znakiem zapytania staje też planowana redukcja podatków na kwotę 20 mld euro. Jeśli konieczne okaże się jej przesunięcie na później, to i ożywienie może być jeszcze bardziej rachityczne. Wskaźniki nastojów ostatnio wyraźnie się pogarszają.

Indeksowi w Paryżu nie pomogło zaś optymistyczne założenie, że wzrost gospodarczy przyspieszy do 1,4 proc., zamiast poprzedniej prognozy, mówiącej, że PKB zwiększy się o 0,75 proc. Dość zaskakująca była informacja o wysokiej, sięgającej w grudniu 2,9 proc. inflacji w Wielkiej Brytanii. To przybliża perspektywę podwyżki stóp procentowych. Jednak inwestorzy giełdowi nie przejęli się tą informacją zbyt mocno.

Niezbyt optymistyczne są także prognozy bankowych ekspertów co do perspektyw gospodarek państw Europy Środkowo-Wschodniej. Najlepiej oceniane są szanse Polski i Czech, gorzej w przypadku Rumunii i Węgier. Naszym bratankom grozi w tym roku dalsze kurczenie się gospodarki. Poprawa w krajach nadbałtyckich ma nastąpić dopiero w 2011 r. Tę poprawę, chyba nieco przedwcześnie, dyskontuje już giełda w Tallinie. Tamtejszy indeks wzrósł w tym tygodniu o 7,6 proc. a od początku roku o prawie 33 proc. To giełdowy rekord świata tego roku. Wzrosty mają związek z zapowiedziami rychłego wejścia do strefy euro, być może już w 2011 r.

Zdecydowanie mniej korzystny był ten tydzień dla giełdy moskiewskiej, której indeks tracił prawie 5 proc. Tylko nieznacznie lepiej radził sobie węgierski BUX, zniżkujący o 3,5 proc. W niełasce znalazł się także parkiet w Rumunii, gdzie spadki sięgnęły 4,5 proc. Rekordzistami spadków na naszym kontynencie były jednak wskaźniki w Atenach, gdzie zniżka wyniosła niemal 7 proc. i Madrycie ze stratą prawie 5 proc.

USA

Po tygodniach narzekań na marazm i brak zdecydowania, Wall Street wreszcie dostarczyła inwestorom większych emocji. Przynajmniej połowie z nich, tej nastawionej byczo, nie o takie zmiany chyba jednak chodziło. W ciągu ostatnich pięciu sesji (od czwartku 14 stycznia do czwartku, 21 stycznia) Dow Jones stracił prawie 3 proc., S&P500 zniżkował o 2,8 proc. a Nasdaq o 2,2 proc. Początek tygodnia nie zapowiadał raczej emocji, a z pewnością nie tak głębokie spadki. Po pierwszych sześciu sesjach roku, układających się wyraźnie w tendencję wzrostową, weszliśmy w liczący tyle samo dni trend boczny. Składały się na tę "figurę" na przemian po sobie następujące sesje, w trakcie których indeksy raz traciły, by następnego dnia tyle samo zyskiwać. Jedynym urozmaiceniem i nowością był znacznie większy niż ostatnio zakres tych zmian. O ile byliśmy przyzwyczajeni, że S&P500 "skakał" z sesji na sesję po 2-3 punkty, teraz różnice sięgały 10-15 punktów. Ten wzrost zmienności mógł sygnalizować, że coś "wisi w powietrzu". Ale ciągłe pełzanie przy szczytach i ocieranie się o kolejne rekordy całej jedenastomiesięcznej "hossy", mógł usypiać czujność inwestorów.

Pobudzająco na ich aktywność mogła wpłynąć obfitość danych, jakie napływały i z amerykańskich spółek i z gospodarki. Być może to właśnie ta mieszanka powodowała większą nerwowość inwestorów, bo i wymowa informacji była niejednoznaczna a wypadkowa interpretacji całego ich zestawu nie sprzyjała stabilizacji na rynku. Na informacje makroekonomiczne nakładały się publikacje wyników kwartalnych firm, jak to zwykle bywa, raz gorszych, raz lepszych. Tym razem jednak to nie dane dotyczące bezpośrednio amerykańskiej gospodarki i tamtejszych spółek zdecydowały o nastrojach i bilansie tygodnia. Załamanie indeksów było raczej reakcją na informacje o rozpędzającej się koniunkturze w Chinach i obawy przed nieuchronnym zbliżaniem się podwyżki stóp procentowych, mających na celu jej ostudzenie oraz dość nieoczekiwaną propozycję prezydenta Baracka Obamy. Zakłada ona ograniczenie aktywności inwestycyjnej banków oraz zahamowanie wzrostu tych instytucji do rozmiarów, które mogą zagrozić stabilności systemu finansowego USA. To propozycje dość mocno rewolucyjne i bez przesady można je przyrównać do regulacji wprowadzonych po kryzysie z lat 30. ubiegłego stulecia. Wówczas rozdzielono działalność inwestycyjną i kredytową banków. Kierunek obecnych zmian jest podobny: ograniczenie skali działania banków, by nie dopuścić do sytuacji, w której rząd zostaje zmuszony do interwencji bo bank jest "zbyt duży by upaść" oraz skali transakcji, w których potężne kapitały banków, w tym również środki deponowane przez klientów, są angażowane nie w działalność kredytową lecz inwestycje na rynkach finansowych i surowcowych. Wyniki publikowane przez amerykańskie banki potwierdzają tezę, że ich działalność nadal koncentrowała się na transakcjach spekulacyjnych, przy jednoczesnym zaniku kredytowania firm. W efekcie gospodarce wciąż brakuje pieniędzy, za to na rynkach finansowych rośnie spekulacyjna bańka. Propozycja musi zostać zaakceptowana przez amerykański Kongres i jeśli do tego dojdzie, jej skutki mogą być bardzo poważne. Z perspektywy krótkoterminowej może dojść do sporych zawirowań na rynkach i pogorszenia się wyników banków, patrząc zaś długofalowo, zmiany idą zdecydowanie w kierunku uzdrowienia sytuacji, w wyniku której doszło do obecnego kryzysu.

W natłoku bieżących informacji, uwadze mogła umknąć jeszcze jedna bardzo istotna propozycja, zgłoszona przez senatorów Partii Demokratycznej, którzy chcą zwiększenia długu publicznego o 1,9 bln dolarów, by rząd mógł utrzymać płynność finansową. Zdaniem ekonomistów, deficyt "wymknął się spod kontroli" a Biały Dom, apelując do Kongresu o uchwalenie projektu argumentował, że takie posunięcie jest niezbędne, by zapewnić finansowanie działań rządu oraz niedopuścić do kwestionowania wiarygodności kredytowej Stanów Zjednoczonych. Dług publiczny osiągnąłby tym samym wielkość 14,3 biliona dolarów.

Na razie wiarygodnością USA inwestorzy się nie przejmują. W listopadzie "zagranica" zwiększyła swoje zaangażowanie w amerykańskie papiery o prawie 127 mld dolarów, najwięcej od października 2007 r. i ponad sześć razy więcej, niż w październiku. Trudno się dziwić, że dolar się umacnia.

Azja

Mijającego tygodnia inwestorzy zaangażowani w Azji z pewnością nie uznają za udany. Strat udało się uniknąć jedynie na giełdzie w Malezji i na Filipinach. Mocno ucierpiały indeksy w Hong Kongu, gdzie spadek sięgał niemal 6 proc., na Tajwanie, zniżkującym o ponad 5 proc. i tracącej w tej samej skali Tajlandii. Tylko nieco lepiej było w Japonii, gdzie Nikkei spadł o 3,6 proc. Na jego wynik złożyły się trzy czynniki. Pierwszy, to korekta, po osiągniętym w poprzednim tygodniu rekordowym poziomie wskaźnika, drugi to słabsze, niż się spodziewano, dane o dynamice produkcji przemysłowej, która w listopadzie wzrosła w porównaniu do października o 2,2 proc., podczas gdy liczono na jej wzrost o 2,6 proc. i trzecia to ponowne umacnianie się jena wobec amerykańskiej waluty. Mocny jen to zła wiadomość dla tej eksportem stojącej gospodarki. W skali roku zaś, produkcja była o 4,2 proc. niższa niż w listopadzie 2008 r.

Od początku tego roku Chiny stanowią osobny rozdział nie tylko na azjatyckiej, ale i na światowej mapie gospodarczej i giełdowej. Zaczęło się od rewelacyjnych danych, dotyczących dynamiki importu i eksportu. Zaraz po nich nastąpiła seria posunięć, zmierzających do przyhamowania kredytowej ekspansji. Najpierw było wpływanie na zwiększenie rynkowej ceny pieniądza, poprzez niższe ceny, a tym samym wyższą rentowność sprzedawanych przez rząd papierów skarbowych, kilka dni później podwyższenie stopy rezerw obowiązkowych, w celu ograniczenia niespotykanej dynamiki wzrostu kredytów, udzielanych przez banki (w 2009 r. ich wartość uległa niemal podwojeniu) i wreszcie jednoznacznie upomniano banki, by zmniejszyły tempo udzielania kredytów. Początkowo nie robiło to wielkiego wrażenia ani na giełdzie w Szanghaju, ani na świecie. Czwartkowe dane potwierdziły dynamikę wzrostu gospodarczego Państwa Środka. W czwartym kwartale PKB wzrosło o 10,7 proc. a w całym ubiegłym roku o 8,7 proc. Wzrosły obawy przed inflacją i przede wszystkim przed dalszym zaostrzaniem polityki pieniężnej, z nieodległą perspektywą podwyższenia stóp procentowych włącznie. W grudniu inflacja sięgnęła już 1,9 proc. Jest zaś oczywiste, że gdy chińskie władze zaczną energiczniej naciskać na hamulec, odczuje to cała globalna gospodarka, a rynki surowców i w konsekwencji giełdy, w szczególności. A naciskanie już się zaczęło i sprawia wrażenie dość zdecydowanego.

O spekulacyjnej bańce na chińskiej giełdzie i na rynku nieruchomości jest coraz głośniej. Przestrzegają przed nią już nie tylko rynkowi guru, ale także Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Szacuje się, że chiński rynek nieruchomości wzrósł w ubiegłym roku o 75 proc. W grudniu ceny nieruchomości w największych miastach skoczyły o 7,8 proc. i było to tempo najwyższe od półtora roku. A bańka na rynku nieruchomości wciąż jeszcze kojarzy się bardzo jednoznacznie.

W mijającym tygodniu Shanghai B-Share stracił prawie 1 proc. a Shanghai Composite niemal 3 proc. Na wykresach tych indeksów widać wyraźną korektę spadkową, po nieudanym powrocie w okolice szczytu z połowy listopada. Wówczas jednak spadek był o wiele bardziej dynamiczny i głębszy.

Rynek Walutowy

Na światowym rynku walutowym niepodzielnie króluje dolar. Tydzień rozpoczął się od krótkiej stabilizacji kursu wspólnej waluty na poziomie 1,44 dolara za euro. Okazała się one jednak jedynie przystankiem w dalszej ekspansji "zielonego". Doprowadziła ona w czwartek do testu bariery 1,4 dolara za euro. Tym razem okazał się on jednak dla dolara nieudany. Ale umocnienie się o prawie 4 centy, czyli o 2,8 proc. to i tak niezłe osiągnięcie. Jak tak dalej pójdzie, to zza oceanu zaczniemy słyszeć pomruki niezadowolenia z nadmiernego umocnienia amerykańskiej waluty, zagrażającego ożywieniu tamtejszej gospodarki. Niedawno podobne głosy słychać było z okolic Brukseli w odniesieniu do euro. Koniec tygodnia przyniósł jednak niewielkie odreagowanie. W piątek w południe euro wyceniano na nieco ponad 1,41 dolara.

O ile w grudniu, gdy dolar rozpoczął umacnianie się, wyraźnie wiązano tę tendencję z coraz bardziej wyraźnymi oznakami poprawiania się sytuacji w amerykańskiej gospodarce (pierwszym impulsem były nadspodziewanie dobre dane z rynku pracy) oraz przybliżającą się w związku z tym perspektywą zacieśniania polityki pieniężnej, teraz ten czynnik zdaje się odgrywać nieco mniejszą rolę. Wagi zaczyna zaś nabierać argument o wzroście niechęci do ryzyka, która "kieruje" kapitały ku bezpiecznej amerykańskiej przystani. Jakkolwiek dziwnie by to określenie nie brzmiało, wciąż ma jednak swoje uzasadnienie. Tę tezę zdaje się potwierdzać gwałtowny wzrost zainteresowania amerykańskimi papierami skarbowymi w listopadzie. Drugi czynnik, sprzyjający dolarowi, ma swoje "korzenie" w Europie. Po pierwsze, euro ucierpiało w związku z kłopotami Grecji i perspektywą pojawienia się podobnych także w innych krajach. Po drugie, pojawia się coraz więcej sygnałów, że europejska gospodarka zaczyna dostawać zadyszki, co sugeruje choćby gorszy odczyt wskaźników aktywności gospodarczej PMI, co kontrastuje wyraźnie z coraz lepszymi perspektywami gospodarki amerykańskiej. W końcu, jeśli do tej "dywergencji" dodamy informację, że w Europie ceny producentów były w grudniu znacznie niższe, niż przed rokiem (w Niemczech np. o prawie 6 proc.), a w Stanach Zjednoczonych wzrosły o 4,5 proc., to widać wyraźnie, która waluta "zasługuje" na przewagę i gdzie pojawi się pierwsza podwyżka stóp procentowych.

W warunkach tak dynamicznego umocnienia się amerykańskiej waluty, złoty nie miał większych szans wykazać się siłą, na jaką "skazała" go większość krajowych i zagranicznych analityków i ekspertów. Ostatnio do tego chóru dołączył "opiniotwórczy" głos fachowców z Goldman Sachs, którzy przewidują, że pod koniec roku za euro będziemy płacili 3,8 zł. Wierzą w dynamiczny wzrost naszej gospodarki i wciąż podnoszą prognozy w tym zakresie. Teraz stawiają na 3 proc. w tym roku i 4,5 proc. w przyszłym. Przewidują także, że Polska będzie pierwszym z krajów naszego regionu, w którym stopy procentowe pójdą w górę. Stawiają, że w drugiej połowie roku Rada Polityki Pieniężnej dokona dwóch podwyżek, w wyniku których podstawowa stopa wzrośnie do 4 proc.

Na razie jednak złoty przerwał dobrą passę i traci na wartości. Na początku grudnia dolara można było kupić nawet po 2,7 zł. W piątek wczesnym popołudniem trzeba było za niego płacić prawie 20 groszy więcej. Nasza waluta broniła się przed spadkiem powyżej 2,9 zł za dolara. Znacznie lepiej radziła sobie wobec euro, czemu trudno się dziwić, skoro wspólna waluta tak mocno osłabła do dolara. Ale i w tym przypadku zejście poniżej poziomu 4 zł za euro okazało się dla nas ponad siły. Podjęta we wtorek próba sforsowania go zakończyła się niepowodzeniem i zapoczątkowała korektę, która doprowadziła naszą walutę do poziomu 4,09 zł za euro. Gdy zdawało się już, że spłacający kredyty we frankach zaoszczędzą nieco na kursie, okazało się, że i tu mocny dolar nam zaszkodził. "Szwajcar" zdrożał w tym tygodniu z 2,71 do 2,78 zł.

Rynek Surowców

W minionym tygodniu trudno było o zyski na rynkach surowcowych. Można się domyślać, że ścierały się tu trzy czynniki. Po pierwsze, notowania surowców nie mogły w końcu nie odczuć trwającego już półtora miesiąca dość poważnego umocnienia się amerykańskiej waluty. Przy założeniu niezmienionych innych warunków, trudno byłoby spodziewać się, że np. ropa naftowa, czy tym bardziej złoto, będzie kosztować tyle samo, gdy euro wyceniano na 1,5 dolara i dziś, gdy "zielony" jest o prawie 10 centów, czyli niemal 7 proc. mocniejszy.

Czynnikiem, który powinien w sporym stopniu równoważyć niekorzystny wpływ umacniającego się dolara, powinny być doniesienia o znakomitych wynikach chińskiej gospodarki. Wszak to nadzieje na wzrost popytu z tego kraju windowały przez wiele miesięcy ceny większości surowców, z miedzią i ropą naftową na czele. Nawet niepokój o chłodzenie tej lokomotywy nie powinien doprowadzić do gwałtownych zmian na tych rynkach. Tymczasem ten czynnik, zamiast zrównoważyć wpływ dolara, "zrównoważył" się "wewnętrznie". Pozytywne oddziaływanie informacji o wzroście importu, czy PKB na ceny surowców było krótkotrwałe i niebyt silne.

Trzeci wreszcie czynnik, to zapowiedź prezydenta Baracka Obamy ukrócenia transakcji przeprowadzanych przez banki na swój rachunek. O ich roli na rynku surowców powiedziano już dostatecznie dużo i po kilka razy przeliczono pojemność wyjętych przez nie tankowców, magazynujących kupioną przez nie ropę i masowców z rudą miedzi, nie wspominając o instrumentach nie wymagających fizycznego gromadzenia towarów. Już kilkanaście miesięcy wcześniej podobne, choć znacznie mniej konkretne "pogróżki" różnych instytucji pod adresem "spekulantów" powodowały spore, choć krótkotrwałe zawirowania na rynku niektórych surowców. Spore wahania widać było w czwartek w notowaniach ropy i miedzi, a w przypadku takich, ostatnio bardzo zachwalanych przez największe amerykańskie banki surowców, jak platyna, pallad czy srebro, 2-3 proc. spadki widać było i w czwartek i w piątek. W piątek wczesnym popołudniem notowania palladu spadały o prawie 6 proc. a platyny o niemal 4 proc. Nie dalej, jak w połowie stycznia w amerykańskiej prasie można było znaleźć takie stwierdzenia: "legendarny bank Goldman Sachs twierdzi, że już niedługo bardziej może się opłacać inwestowanie w platynę, niż w złoto". Nic dziwnego, że sam prezydent USA trochę się zdenerwował, słysząc tego typu "legendy", zresztą nie po raz pierwszy.

W skali tygodnia notowania ropy gatunku Brent spadły o ponad 3,5 proc., do poziomu nieco ponad 74 dolarów za baryłkę. Kontrakty terminowe na miedź zniżkowały o 2,5 proc., złoto potaniało o 3,5 proc., osiągając cenę 1090 dolarów za uncję. Notowania srebra runęły o niemal 7 proc. Do niewielu drożejących ostatnio surowców należało kakao i cukier. To chyba na osłodę ciężkiego życia "spekulantów".

W tej sytuacji trudno oceniać perspektywy notowań surowców. Opinie ekspertów są jeszcze bardziej rozbieżne, niż były poprzednio. Jedni wieszczą załamanie popytu w Chinach, inni jego wzrost. Nieco mniej niepewna może być sytuacja na rynku złota. Pojawiła się bowiem informacja, że rosyjski bank centralny zwiększył w grudniu swoje rezerwy złota o 800 tys. uncji. Pewnie więc na jakiś czas się "obkupili". Ciekawe, czy kupował w okolicach rekordowych 1226 dolarów za uncję, czy trochę taniej? Tego niestety nie podano do wiadomości. Wiadomo tylko, że rezerwy złota wzrosły do 20,5 miliona uncji a ich wartość sięga 22,4 mld dolarów.

Prognozy na przyszły tydzień

Koniec tygodnia przyniósł dość nieoczekiwane rozstrzygnięcia. Tym samym już w pierwszych tygodniach roku potwierdza się przypuszczenie, że będzie to rok pełen niespodzianek, a jedyną rzeczą pewną będzie niepewność. Powody pogorszenia się nastrojów na rynkach finansowych są tak poważne, że można się spodziewać równie poważnej na nie reakcji. Być może będzie ona znacznie bardziej długotrwała, niż zdążyliśmy się w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy przyzwyczaić. Możliwe, że "wreszcie" doczekaliśmy się "tej" korekty, o której mówi się od kilku dobrych miesięcy. Być może też jest to coś jeszcze bardziej poważnego., czyli początek zmian zasad funkcjonowania rynków finansowych na miarę tych, które wprowadzono prawie 80 lat temu w trochę podobnych warunkach.

Roman Przasnyski

Główny Analityk Gold Finance

Powyższy tekst jest wyrazem osobistych opinii i poglądów autora i nie powinien być traktowany jako rekomendacja do podejmowania jakichkolwiek decyzji związanych z opisywaną tematyką. Jakiekolwiek decyzje podjęte na podstawie powyższego tekstu podejmowane są na własną odpowiedzialność.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »