Rodzynki, których nikt nie chce

Spółki notowane na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych często w przeszłości były przedstawiane jako rodzynki rodzimej gospodarki. Wypowiadając to stwierdzenie kilka lat temu, trudno było się spodziewać, że nabierze ono gorzkiego smaku. Wiele spółek dopuszczonych do publicznego obrotu przypomina dziś rzeczywiście rodzynki - szare, pomarszczone i tylko tym różnią się od tego delikatesu, że słodyczy w nich niewiele.

Spółki notowane na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych często w przeszłości były przedstawiane jako rodzynki rodzimej gospodarki. Wypowiadając to stwierdzenie kilka lat temu, trudno było się spodziewać, że nabierze ono gorzkiego smaku. Wiele spółek dopuszczonych do publicznego obrotu przypomina dziś rzeczywiście rodzynki - szare, pomarszczone i tylko tym różnią się od tego delikatesu, że słodyczy w nich niewiele.

Postępowanie zarządów, zbyt dużej części firm publicznych, podważyło zaufanie do całego rynku. A w tym wypadku jest niestety jak z każdym produktem - niejednokrotnie taniej wyjdzie wprowadzenie nowej marki, niż próba odbudowania zaufania do starej. W tym kontekście rynek giełdowy w Polsce znalazł się na bardzo poważnym zakręcie historii. Tak zwana szeroka publiczność nie bardzo giełdą się interesuje. W powszechnej pamięci kojarzy się ona z Bankiem Śląskim (to wspomnienie już praktycznie się zatarło), Powszechnymi Świadectwami Udziałowymi, a przede wszystkim ze stratami, jakie poniósł znajomy znajomych, który się w "to bawił".

Reklama

Sami inwestorzy, których jest coraz mniej, też mają dosyć. Mają dosyć nierzetelnych rekomendacji analityków, traktowania spółek przez właścicieli jak swoich folwarków, na których można wszystko i niewyjaśnionych spraw dotyczących wykorzystywania poufnych informacji, manipulowania cenami. Można powiedzieć, że zostali tylko najtwardsi i najbardziej wytrwali, ufających w to, że na rynku można się utrzymać. Część najbardziej aktywnych, którzy wierzą, że ich przyszłość wiąże się z giełdą, zaczyna spoglądać na rynki zagraniczne.

Giełda wciąż ma szansę, choć stracono bardzo wiele. Tą szansą jest niski poziom inflacji, stóp procentowych, a tym samym oprocentowania lokat. Wprowadzenie tzw. podatku Belki zaktywizowało przedsiębiorczy naród, który ruszył szturmem do funduszy inwestycyjnych. Być może, jeśli poprawi się sposób działania zarządów spółek publicznych, firmy będą częściej traktowane jako wspólna własność akcjonariuszy. Gdy będą płacone regularnie dywidendy - może powoli zacznie docierać do powszechnej świadomości, że inwestowanie na rynku może być ciekawą alternatywą dla niskich lokat bankowych. Oczywiście tym rozważaniom nie sprzyja silna bessa trwająca już dwa lata, jednak rzeczy zbudowane w czasie recesji, jeśli okażą się dobre, mają szansę przetrwać i być jeszcze lepsze w okresie prosperity.

Przedstawiciele Giełdy Papierów Wartościowych co raz informują o zacieśnieniu współpracy z innymi rynkami europejskimi. Być może zamiast utrzymywać na naszym rynku tak niepłynne akcje, jak ING BSK, Żywiec, czy Dębica polski inwestor powinien mieć możliwość kupna akcji ING Group, Heinekena czy Goodyeara. Zmierzamy do Unii Europejskiej, gdzie np. inwestor niemiecki może na giełdzie frankfurckiej kupić akcje spółek amerykańskich. Takie możliwości powinien mieć również polski inwestor. W przeciwnym razie istnieje zagrożenie, że postanowi kupić zagraniczne akcje i wówczas zarobi na tym zagraniczny pośrednik i zagraniczna giełda.

Prawo i Gospodarka
Dowiedz się więcej na temat: rodzynki
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »