Reklama

A może inflacja nie jest taka zła?

Kiedy stopy procentowe są niskie, polityka pieniężna banku centralnego jest łagodna, rośnie ryzyko, że pojawi się wysoka inflacja. To fatalna wiadomość dla konsumentów, zwłaszcza tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Ale inflacja może pomóc gospodarce - twierdzą amerykańscy naukowcy. Oczywiście - pod pewnymi warunkami.

Na corocznym sympozjum ekonomicznym w Jackson Hole organizowanym przez Fed z Kansas City zawsze pojawia się przynajmniej jedno nowe badanie, które otwiera furtki na nowe ścieżki w myśleniu o gospodarce.

W tym roku gwiazdą okazała się Veronica Guerrieri z Uniwersytetu w Chicago, która przedstawiła pracę "Polityka monetarna w czasach strukturalnej realokacji" ("Monetary Policy in Times of Structural Reallocation") napisaną wraz Guido Lorenzonim, Ludwigiem Straubem i Ivanem Werningiem z czołowych uniwersytetów w USA.

Asymetryczne szoki

Na to wystąpienie zwrócili już uwagę publicyści "Financial Times", nawiązała do niego sława światowej ekonomii Dani Rodrik. Jak najprościej je streścić? Inflacja - nawet znacząco wyższa niż zakłada to bank centralny - nie musi być wcale taka zła. Może (podkreślmy - może - bo praca wcale nie twierdzi, że to bezwzględna prawidłowość) pomagać zmianie struktury gospodarki i przemieszczaniu się pracowników z "upadających" do bardziej produktywnych sektorów i branż, oferujących wyższe zarobki.

Reklama

Ale zobaczmy jaki są założenia pozwalające na takie wnioski. Pandemia przyspieszyła zmiany w preferencjach konsumentów - to wiemy. Wskutek tego w niektórych branżach produkcja, czy też usługi stają się nieopłacalne, gdyż popyt na nie wygasa. W innych natomiast popyt rośnie. Ekonomiści nazywają taką sytuację "asymetrycznymi szokami" po stronie popytu. Są też - również widoczne po pandemii - asymetryczne szoki po stronie podaży.

Kolejne założenie mówi o tym, że kiedy prowadzimy biznes w upadającej branży, nie ma popytu na to, co robimy, rosną koszty, jedynym ratunkiem może być cięcie wynagrodzeń pracowników. Ale to bardzo trudna sprawa. Założenie przyjęte w badaniu jest takie, że - jak mówią ekonomiści - "płace są sztywne w dół", czyli ich obniżenie jest praktycznie niewykonalne. I tu na ratunek przychodzi inflacja, bo skoro ceny rosną, a nominalne wynagrodzenia nie zmieniają się, to realnie - płace maleją. Zły szef nie musi być wcale zły. Inflacja załatwia za niego sprawę.

Kruche założenia

Inaczej jest w sektorach i branżach, w których widać popyt. Im jest dużo łatwiej podnosić i ceny, i wynagrodzenia. Temu także sprzyja inflacja. Dzięki niej mogą na nowo, i w dodatku szybciej, mogą kształtować się ceny relatywne. Co to takiego? Na przykład ile wegańskich jogurtów mogliśmy kupić za cenę jednej bluzki wcześniej, a ile teraz. Jeśli wcześniej za cenę bluzki kupowaliśmy sześć jogurtów, a teraz pięć - relatywna cena jogurtu wobec bluzki wzrosła. 

Teraz najbardziej kruche założenie badań. Zakładają bowiem one pełną mobilność pracowników. Co to takiego? Każdy kto widzi, że inflacja pożera jego nierosnącą płacę, a kolega czy znajomy z innej branży dostał sowitą podwyżkę mówi sobie - zmieniam w takim razie pracę. Dzięki temu przedsiębiorstwa, na których produkty, czy usługi nie ma popytu straciłyby też pracowników i musiałyby zgasić światło. Ale - co bardzo ważne - bezrobocie wcale nie musiałoby w takiej sytuacji rosnąć. W ten sposób inflacja pomogłaby zmianie struktury gospodarki.

- Bardziej ekspansywna polityka monetarna sprzyja takim wyborom w rozmaity sposób - napisali autorzy badania. 

Zdają sobie jednak sprawę z kruchości założenia o pełnej mobilności pracowników. Gdyby taka była w USA, to przecież ludzie z "pasa rdzy" już dwie dekady temu przenieśliby się do Doliny Krzemowej, pracowaliby we wzrostowych firmach technologicznych i nie głosowali na Donalda Trumpa w wyborach z 2016 roku. W sierpniu w USA było nieco ponad 8 mln bezrobotnych, na których czekało - jak szacują ekonomiści - ok. 9 mln wolnych miejsc pracy, więc teoretycznie powinien ją znaleźć nawet ślepy żebrak. Wszystko nie jest zatem takie proste, ale badacze twierdzą, że polityka banku centralnego jest w stanie wyważyć kompromis jeśli nie skupi się jedynie na powściąganiu inflacji.

Badacze przyznają jednak, że przy sztywnych płacach w dół i bez możliwości efektywnej realokacji siły roboczej łagodna polityka monetarna może dla kurczących się sektorów gospodarki oznaczać i inflację, i bezrobocie równocześnie. Dodają, że łagodna polityka monetarna może też doprowadzić do wzrostu rentowności tych "wymierających" sektorów (choćby przez to, że łatwiej jest się zadłużać), co oczywiście zahamowałoby zmiany strukturalne w gospodarce.

Dyskusja o inflacji w USA nabiera rumieńców

Przybywa w niej nowych, nieoczywistych, popartych bardzo wnikliwymi badaniami argumentów. Kreślone są różne scenariusze na przyszłość, łącznie z tym jaki wpływ sytuacja makroekonomiczna będzie miała na rynki finansowe. Ekonomiści coraz częściej podzielają obawy o mogącej nadejść stagflacji, czyli epoce słabego wzrostu gospodarczego i szybkiego wzrostu cen.  

Ale choć inflacja jest zjawiskiem światowym, jej przyczyny są i po stronie popytu, i po stronie podaży, gospodarki i ich potrzeby miedzy sobą jednak bardzo się różnią - zwraca uwagę w artykule na stronach Project Syndicate Dani Rodrik. Jest on autorem miedzy innymi "paradoksu globalizacji", czyli prawa mówiącego o konflikcie pomiędzy nieograniczoną globalizacją, demokracją i suwerennością państw. Na marginesie - jego książka wydana w 2011 roku “The Globalization Paradox: Democracy and the Future of the World Economy" to lektura, którą zwolennicy tzw. suwerenności powinni koniecznie przestudiować.

"(...) istnieje ryzyko, że zmiany w USA zostaną źle zrozumiane w innych krajach, a decydenci w innych krajach będą ślepo kopiować amerykańskie środki zaradcze, nie zwracając uwagi na specyfikę ich własnej sytuacji i okoliczności" - napisał Dani Rodrik.

Polska to nie Ameryka, i polityka pieniężna też prawdopodobnie powinna podążać ścieżką dostosowaną do potrzeb polskiej, a nie amerykańskiej gospodarki. Także argumenty powtarzane przez amerykański bank centralny Fed, iż "podwyższona inflacja ma charakter przejściowy" niekoniecznie muszą pasować do procesów inflacyjnych zachodzących w polskiej gospodarce. Nawet jeśli ekonomiści w USA nie odmawiają całkiem Fed rzetelności w ocenie sytuacji i przedstawiają badania uzasadniające, iż "podwyższona inflacja przez pewien czas" może - przy wielu innych zastrzeżeniach - pomóc transformacji gospodarki.

Za około miesiąc potężny zespół analityczny NBP przedstawi kolejną projekcję inflacji i wzrostu gospodarczego będącą kluczowym dokumentem pozwalającym Radzie Polityki Pieniężnej rewidować swoje poglądy. Miejmy nadzieję, że dokument będzie zawierał rzetelną analizę przyczyn i źródeł inflacji oraz jej specyfikę właśnie w Polsce.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »