Na corocznym sympozjum ekonomicznym w Jackson Hole organizowanym przez Fed z Kansas City zawsze pojawia się przynajmniej jedno nowe badanie, które otwiera furtki na nowe ścieżki w myśleniu o gospodarce.
W tym roku gwiazdą okazała się Veronica Guerrieri z Uniwersytetu w Chicago, która przedstawiła pracę "Polityka monetarna w czasach strukturalnej realokacji" ("Monetary Policy in Times of Structural Reallocation") napisaną wraz Guido Lorenzonim, Ludwigiem Straubem i Ivanem Werningiem z czołowych uniwersytetów w USA.
Asymetryczne szoki
Na to wystąpienie zwrócili już uwagę publicyści "Financial Times", nawiązała do niego sława światowej ekonomii Dani Rodrik. Jak najprościej je streścić? Inflacja - nawet znacząco wyższa niż zakłada to bank centralny - nie musi być wcale taka zła. Może (podkreślmy - może - bo praca wcale nie twierdzi, że to bezwzględna prawidłowość) pomagać zmianie struktury gospodarki i przemieszczaniu się pracowników z "upadających" do bardziej produktywnych sektorów i branż, oferujących wyższe zarobki.
Ale zobaczmy jaki są założenia pozwalające na takie wnioski. Pandemia przyspieszyła zmiany w preferencjach konsumentów - to wiemy. Wskutek tego w niektórych branżach produkcja, czy też usługi stają się nieopłacalne, gdyż popyt na nie wygasa. W innych natomiast popyt rośnie. Ekonomiści nazywają taką sytuację "asymetrycznymi szokami" po stronie popytu. Są też - również widoczne po pandemii - asymetryczne szoki po stronie podaży.
Autorzy badania zdają sobie sprawę z kruchości założenia o pełnej mobilności pracowników. Gdyby taka była w USA, to przecież ludzie z "pasa rdzy" już dwie dekady temu przenieśliby się do Doliny Krzemowej, pracowaliby we wzrostowych firmach technologicznych i nie głosowali na Donalda Trumpa w wyborach z 2016 roku.
Kolejne założenie mówi o tym, że kiedy prowadzimy biznes w upadającej branży, nie ma popytu na to, co robimy, rosną koszty, jedynym ratunkiem może być cięcie wynagrodzeń pracowników. Ale to bardzo trudna sprawa. Założenie przyjęte w badaniu jest takie, że - jak mówią ekonomiści - "płace są sztywne w dół", czyli ich obniżenie jest praktycznie niewykonalne. I tu na ratunek przychodzi inflacja, bo skoro ceny rosną, a nominalne wynagrodzenia nie zmieniają się, to realnie - płace maleją. Zły szef nie musi być wcale zły. Inflacja załatwia za niego sprawę.
Kruche założenia
Inaczej jest w sektorach i branżach, w których widać popyt. Im jest dużo łatwiej podnosić i ceny, i wynagrodzenia. Temu także sprzyja inflacja. Dzięki niej mogą na nowo, i w dodatku szybciej, mogą kształtować się ceny relatywne. Co to takiego? Na przykład ile wegańskich jogurtów mogliśmy kupić za cenę jednej bluzki wcześniej, a ile teraz. Jeśli wcześniej za cenę bluzki kupowaliśmy sześć jogurtów, a teraz pięć - relatywna cena jogurtu wobec bluzki wzrosła.
Teraz najbardziej kruche założenie badań. Zakładają bowiem one pełną mobilność pracowników. Co to takiego? Każdy kto widzi, że inflacja pożera jego nierosnącą płacę, a kolega czy znajomy z innej branży dostał sowitą podwyżkę mówi sobie - zmieniam w takim razie pracę. Dzięki temu przedsiębiorstwa, na których produkty, czy usługi nie ma popytu straciłyby też pracowników i musiałyby zgasić światło. Ale - co bardzo ważne - bezrobocie wcale nie musiałoby w takiej sytuacji rosnąć. W ten sposób inflacja pomogłaby zmianie struktury gospodarki.
- Bardziej ekspansywna polityka monetarna sprzyja takim wyborom w rozmaity sposób - napisali autorzy badania.
Zdają sobie jednak sprawę z kruchości założenia o pełnej mobilności pracowników. Gdyby taka była w USA, to przecież ludzie z "pasa rdzy" już dwie dekady temu przenieśliby się do Doliny Krzemowej, pracowaliby we wzrostowych firmach technologicznych i nie głosowali na Donalda Trumpa w wyborach z 2016 roku. W sierpniu w USA było nieco ponad 8 mln bezrobotnych, na których czekało - jak szacują ekonomiści - ok. 9 mln wolnych miejsc pracy, więc teoretycznie powinien ją znaleźć nawet ślepy żebrak. Wszystko nie jest zatem takie proste, ale badacze twierdzą, że polityka banku centralnego jest w stanie wyważyć kompromis jeśli nie skupi się jedynie na powściąganiu inflacji.
Badacze przyznają jednak, że przy sztywnych płacach w dół i bez możliwości efektywnej realokacji siły roboczej łagodna polityka monetarna może dla kurczących się sektorów gospodarki oznaczać i inflację, i bezrobocie równocześnie. Dodają, że łagodna polityka monetarna może też doprowadzić do wzrostu rentowności tych "wymierających" sektorów (choćby przez to, że łatwiej jest się zadłużać), co oczywiście zahamowałoby zmiany strukturalne w gospodarce.

Dyskusja o inflacji w USA nabiera rumieńców
Przybywa w niej nowych, nieoczywistych, popartych bardzo wnikliwymi badaniami argumentów. Kreślone są różne scenariusze na przyszłość, łącznie z tym jaki wpływ sytuacja makroekonomiczna będzie miała na rynki finansowe. Ekonomiści coraz częściej podzielają obawy o mogącej nadejść stagflacji, czyli epoce słabego wzrostu gospodarczego i szybkiego wzrostu cen.
Ale choć inflacja jest zjawiskiem światowym, jej przyczyny są i po stronie popytu, i po stronie podaży, gospodarki i ich potrzeby miedzy sobą jednak bardzo się różnią - zwraca uwagę w artykule na stronach Project Syndicate Dani Rodrik. Jest on autorem miedzy innymi "paradoksu globalizacji", czyli prawa mówiącego o konflikcie pomiędzy nieograniczoną globalizacją, demokracją i suwerennością państw. Na marginesie - jego książka wydana w 2011 roku “The Globalization Paradox: Democracy and the Future of the World Economy" to lektura, którą zwolennicy tzw. suwerenności powinni koniecznie przestudiować.
Polska to nie Ameryka, i polityka pieniężna też prawdopodobnie powinna podążać ścieżką dostosowaną do potrzeb polskiej, a nie amerykańskiej gospodarki. Także argumenty powtarzane przez amerykański bank centralny Fed, iż "podwyższona inflacja ma charakter przejściowy" niekoniecznie muszą pasować do procesów inflacyjnych zachodzących w polskiej gospodarce.
"(...) istnieje ryzyko, że zmiany w USA zostaną źle zrozumiane w innych krajach, a decydenci w innych krajach będą ślepo kopiować amerykańskie środki zaradcze, nie zwracając uwagi na specyfikę ich własnej sytuacji i okoliczności" - napisał Dani Rodrik.
Polska to nie Ameryka, i polityka pieniężna też prawdopodobnie powinna podążać ścieżką dostosowaną do potrzeb polskiej, a nie amerykańskiej gospodarki. Także argumenty powtarzane przez amerykański bank centralny Fed, iż "podwyższona inflacja ma charakter przejściowy" niekoniecznie muszą pasować do procesów inflacyjnych zachodzących w polskiej gospodarce. Nawet jeśli ekonomiści w USA nie odmawiają całkiem Fed rzetelności w ocenie sytuacji i przedstawiają badania uzasadniające, iż "podwyższona inflacja przez pewien czas" może - przy wielu innych zastrzeżeniach - pomóc transformacji gospodarki.
Za około miesiąc potężny zespół analityczny NBP przedstawi kolejną projekcję inflacji i wzrostu gospodarczego będącą kluczowym dokumentem pozwalającym Radzie Polityki Pieniężnej rewidować swoje poglądy. Miejmy nadzieję, że dokument będzie zawierał rzetelną analizę przyczyn i źródeł inflacji oraz jej specyfikę właśnie w Polsce.
Jacek Ramotowski














