Reklama

Anatomia kryzysu (część 1)

Lata poprzedzające kryzys były okresem wzrostu światowej koniunktury, który wtedy wydawał się mieć bardzo zdrowe podstawy. Wzrost produktywności, stabilna inflacja, niskie stopy procentowe sugerowały, że aktywność biznesowa rozwija się z dynamiką nieprzekraczającą tempa wzrostu potencjału gospodarki.

Doświadczenia z okresu niedawnego spowolnienia koniunktury, które nastąpiło po pęknięciu "bańki internetowej", wskazywały, że nawet jeżeli boom gospodarczy się zakończy, to łatwo będzie przeciwdziałać niekorzystnym tendencjom poprzez obniżki stóp procentowych. Ta sytuacja wywołała na rynkach finansowych przesadny optymizm. Większość uczestników procesów gospodarczych na całym świecie wierzyło, że w dającej się przewidzieć przyszłości możliwe jest zachowanie tego zadowalającego wszystkich status quo.

Reklama

Relatywnie niskie rentowności aktywów pozbawionych ryzyka w połączeniu z nadmiernym poczuciem bezpieczeństwa skierowały znaczny popyt w stronę ryzykownych aktywów takich jak akcje czy nieruchomości. Ich ceny zaczęły dynamicznie rosnąć. Kapitały z całego świata przyciągał oczywiście najbardziej płynny, amerykański rynek finansowy. Z tym, że napływ dodatkowo przybierał na sile z powodu powiększającej się tak zwanej "globalnej nierównowagi". Chiny, eksportowa potęga, oraz kraje wydobywające ropę i inne surowce dysponowały coraz większymi nadwyżkami na rachunku obrotów bieżących. Nadwyżki te trzeba było zainwestować w większości w USA - kraju z największym rynkiem kapitałowym a jednocześnie z ogromnymi potrzebami sfinansowania swojego olbrzymiego deficytu handlowego.

Kapitał szukał coraz to bardziej efektywnych sposobów lokowania

W środowisku niskiego wynagradzania bezpiecznych inwestycji oraz wysoko wycenionych akcji, napływający do USA kapitał szukał coraz to bardziej efektywnych sposobów lokowania. Takich, które oprócz zapewnienia relatywnie wysokiej stopy zwrotu zapewnią także względnie niski poziom ryzyka.

Na to zapotrzebowanie odpowiedział amerykański system finansowy rozwijając stosunkowo nową wtedy klasę aktywów jaką były strukturyzowane instrumenty finansowe. Instrumenty te z jednej strony zaspakajać miały popyt na wyższe rentowności w danej klasie ryzyka. Z drugiej pozwalały na efektywniejsze wykorzystanie kapitału własnego emitujących je instytucji finansowych. Kreowane były w procesie tzw. sekurytyzacji, który polegał na emitowaniu papierów wartościowych zabezpieczonych na aktywach banku bądź innej instytucji finansowej. W istocie proces ten skutkował wyprowadzaniem aktywów poza bilans banków maskując wielkość niedopasowania struktury aktywów i pasywów oraz rzeczywisty poziom ryzyka w skali całego sytemu finansowego.

Po sekurytyzacji aktywów, banki ponownie dysponowały wolnym kapitałem, który mogły przeznaczyć na udzielanie kolejnych kredytów i pożyczek - najlepiej tych tradycyjnie uznawanych za najbezpieczniejsze, czyli zabezpieczonych na hipotece.

ZOBACZ FILM

Mimo, że amerykański rynek mieszkaniowy u progu XXI wieku wydawał się być relatywnie nasycony, to wartość udzielonych kredytów i pożyczek hipotecznych w przeciągu zaledwie 6 lat (od 2001 do 2007 roku) zwiększyła się w USA o niemal 100 proc. Przeznaczone były nie tylko na zakup domów. Amerykanie, przyzwyczajenie do ciągłego wzrostu wartości swojego lokum, bez wahania brali zabezpieczone na nieruchomości pożyczki przeznaczone np. na zakup nowego samochodu czy inne potrzeby stricte konsumpcyjne. Na początku 2008 roku wskaźnik relacji wartości zadłużenia gospodarstw domowych do ich dochodu rozporządzalnego wynosił aż 131 proc. Znaczne powyżej poziomu uznawanego za próg bezpieczeństwa, czyli 100 proc., który nie był przekroczony jeszcze na początku XXI wieku.

Banki zaczęły drastycznie obniżać swoje standardy

Naturalnie zaczynało też powoli brakować chętnych na zakup domu czy dóbr konsumpcyjnych, którzy jednocześnie legitymowaliby się relatywnie wysoką zdolnością kredytową. Specyfika sekurytyzacji kredytów hipotecznych pozwalała jednak na tworzenie transz o różnym poziomie ryzyka i rentowności. To z kolei pozwalało na wzrost liczby tzw. kredytów subprime, czyli udzielanych klientom o niskiej wiarygodności kredytowej. Jednocześnie w wyścigu po klienta amerykańskie banki zaczęły też drastycznie obniżać swoje standardy oceny ryzyka oraz akceptować coraz większe stosunki wartości kredytów do wartości zabezpieczenia (LTV - Loan To Value Ratio).

W tym samym czasie amerykański bank centralny koncentrował się głównie na celach inflacyjnych oraz na wspieraniu aktywności gospodarczej. Niestety w niewystarczającym stopniu zajmował się ryzykiem systemowym związanym z nadmiernym wzrostem cen aktywów finansowych i nieruchomości, kreacją zawiłych instrumentów finansowych oraz przesadnym zadłużaniem się społeczeństwa.

Niewystarczający okazał się też sposób kontroli Fed nad sektorem finansowym. Amerykański bank centralny powinien był hamować nadmierny rozwój sekurytyzacji. Niestety nie robił tego. Co więcej sam ówczesny prezes Rezerwy Federalnej, Alan Greenspan mówił o wzroście wartości udzielanych kredytów typu subprime jako o "kreatywnym i innowacyjnym sposobie demokratyzacji kredytu". Takie podejście doprowadziło do niedoszacowania wzrastającego ryzyka systemowego oraz zbyt powolnej reakcji, gdy było już ono widoczne.

Ceny nieruchomości nie mogły wzrastać w nieskończoność

Rynek musiał dojść do punktu nasycenia, przy którym dalsze zwyżki cen nie były już możliwe. Szybko okazało się, że pierwsze zniżki cen domów przy tak dużej, spowodowanej nadmiernym zadłużeniem, nierównowadze w gospodarce, uruchomiły szybki wzrost wartości niespłacanych kredytów. To z kolei przenosiło się na spadek wartości zabezpieczonych nimi papierów wartościowych. Z początku dotyczyło to tylko kredytów subprime, jednak zaraza przenosiła się także na zobowiązania bardziej wiarygodnych klientów banku. Z powodu, spowodowanego załamaniem rynku nieruchomości, spowolnienia w gospodarce tracili oni pracę.

Wartość ich nieruchomości spadała w tym samym czasie znacznie poniżej wartości zaciągniętego pod nie kredytu. Nie trzeba było długo czekać na pogorszenie sytuacji w sektorze finansowym. Banki cierpiały na lawinowy wzrost złych kredytów. Instytucje finansowe notowały straty na inwestycjach w papiery zabezpieczone na kredytach i pożyczkach hipotecznych. Rosnące bezrobocie oraz trudna sytuacja instytucji rynku kapitałowego, powodująca zmniejszony dostęp do kredytu, miały znaczny wpływ na zmniejszenie konsumpcji indywidualnej, która stanowi ok. 70 proc. zagregowanego popyt w gospodarce amerykańskiej. To z kolei, na zasadzie zaklętego kręgu, prowadziło do zmniejszenia zysków przedsiębiorstw, dalszych zwolnień i wzrostu bezrobocia, które coraz bardziej zmniejszało wartość konsumpcji. Gospodarka USA i większość innych, szczególnie rozwiniętych gospodarek świata, zaczęły pogrążać się w recesji.

Rządy i banki centralne wobec kryzysu

Kryzys finansowy miał swoje źródła w Stanach Zjednoczonych i to właśnie amerykańskie instytucje musiały jako pierwsze reagować na jego pierwsze symptomy, a później skutki. Nierównowaga na rynku kredytowym rozpoczęła się 9 sierpnia 2007 roku, kiedy gwałtownie skoczyła cena pieniądza na rynku międzybankowym. Tego i następnego dnia FED zasilił amerykański system bankowy kwotą 24 miliardów dolarów, poprzez zakup krótkoterminowych papierów dłużnych. Podobne operacje w kolejnych dniach przeprowadził też EBC, odniosły one jednak tylko niewielki skutek, a skala niepewności na rynku nie ulegała większej zmianie.

W tym okresie rządy były gotowe angażować bezpośrednio pieniądze podatników dla ratowania sytuacji na rynku finansowym. Najbardziej spektakularny posunięciem rządu USA było na tym etapie znacjonalizowanie Freddie Mac i Fannie Mae, dwóch instytucji które skupowały i gwarantowały amerykańskie kredyty hipoteczne. Wcześniej amerykański rząd ochronił także przed upadkiem bank inwestycyjny Bear Stearns.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »