W stolicy Argentyny, Buenos Aires, nie ustają protesty.
Ludzie domagają się pracy i środków do życia, w tym swoich oszczędności
z zamrożonych kont bankowych. Jeszcze gorzej kryzys wygląda z punktu widzenia
prowincji – na niej ludzie mówią, że Buenos Aires to raj, choć to
właśnie tam odbywają się wszystkie demonstracje. Na prowincji tymczasem
ludzie nie protestują, choć właśnie oni mieliby może nawet większe po temu
powody. Niejednokrotnie zarabiają równowartość 100 dolarów miesięcznie.
Ludzie jednak nie tracą wrodzonego optymizmu. Mają tylko nadzieję, że kryzys
nie skończy się wojną domową.








