Reklama

Argentyńska gospodarka na równi pochyłej

Trzy dni po "czarnym poniedziałku", kiedy to akcje na giełdzie w Buenos Aires taniały o 38 proc., a dewaluacja peso wobec dolara przekroczyła 32 proc., argentyńscy ekonomiści ostrzegają przed hiperinflacją. Niektórzy z nich zachęcają nawet aby zamiast dolarów - gwarancji ratowania w Argentynie oszczędności - kupować produkty żywnościowe, bo ich ceny lada chwila mogą wymknąć się spod kontroli.

Reklama

Przyczyną zapaści jest niespodziewane zwycięstwo w prawyborach Alberta Fernandeza - peronisty i kandydata na prezydenta centrolewicowej opozycyjnej partii Front Jedności Obywatelskiej.

Reklama

Od początku tygodnia w Argentynie działają nie wszystkie sklepy. Sprzedaż wstrzymało wiele salonów samochodowych, towarów nie dowożą też niektórzy producenci żywności. - Boją się. Nie wiedzą, jakich żądać cen, bo te rosną z dnia na dzień - wyjaśnia Sergio Levinsky, argentyński komentator sportowy Interii. W piątek za jednego dolara płacono 45 peso, w środę już 58 peso. Prezydent Mauricio Macri - wielki przegrany niedzielnych prawyborów - obiecał, że będzie negocjował z koncernami paliwowymi, by te nie podnosiły cen ropy i nie doprowadzały do inflacji. Jednak niektórzy producenci ogłosili już, że prewencyjnie podnoszą ceny swoich towarów o 10 proc.

Sytuacja jest krytyczna - ostrzegają argentyńscy komentatorzy. I wskazują, że prezydent, konserwatywny Mauricio Macri traci autorytet a Alberto Fernandez, który pokonał go różnicą 15 punktów procentowych długo jeszcze nie będzie rządził krajem, o ile w ogóle będzie. Do pierwszej tury głosowania pozostały ponad dwa miesiące (27 października) i drugie tyle do objęcia przez zwycięzcę władzy. Zgodnie z argentyńskim prawem, musi to nastąpić 10 grudnia. Dlatego kraj czekają prawie cztery miesiące niepewności politycznej i coraz bardziej chwiejnej gospodarki. Po poniedziałkowej zapaści, na giełdzie prawie nie ma obrotu, brakuje też chętnych na argentyńskie obligacje.

Szalupę ratunkową próbuje rzucić gospodarce prezydent. Aby przekonać do siebie elektorat, zniechęcony recesją, inflacją i polityką zaciskania pasa, Macri obiecał zwiększyć kwotę wolną od podatku, pomóc małym i średnim firmom i zmniejszyć podatki klasie średniej. Jednak wprowadzenie ich w życie nie będzie łatwe, bo w obu izbach parlamentu większość miejsc zajmują peroniści - przeciwnicy prezydenta. Na ratunek gospodarce i coraz słabszemu peso przyszedł też bank centralny i uruchomił swoje rezerwy. Jednak on też ma poważny problem. Duża część rezerw dewizowych przetrzymywana jest w juanach - chińskiej walucie, która przez wojnę handlową Waszyngtonu z Pekinem traci wartość.

Argentyńskie przysłowie brzmi: Jeśli wrócisz do kraju po tygodniu, wszystko będzie inne, jeśli po 30 latach - wszystko będzie takie same. Powrotu do przeszłości obawiają się argentyńscy a przede wszystkim zagraniczni inwestorzy. W ich ocenie, prawdopodobieństwo bankructwa Argentyny w ciągu najbliższych 5 lat wynosi 75 proc. Kraj ma już za sobą kilka zapaści gospodarczych. Od XIX wieku Argentyna przeżyła osiem wielkich kryzysów finansowych kończących się niewypłacalnością. Bank Światowy obliczył, że od 1950 roku do dzisiaj, przez 33 proc. tego okresu, panowała tam recesja. Ze wszystkich państw dłuższą historią kurczenia się gospodarki ma jedynie Demokratyczna Republika Kongo. Dla porównania, USA przeżywały recesję tylko przez 10 proc. tego czasu. Najgorszego scenariusza obawia się nawet sprzyjająca prezydentowi prasa. - Albo politycy zaczną działać albo do katastrofy - czytamy w prorządowej "La Nacion". Tytuł komentarza brzmi zdecydowanie: "Argentyna kopie swój własny grób".

Ewa Wysocka

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »