Reklama

Banki centralne nadal trzymają rękę na pulsie

Przynajmniej w to zdają się wierzyć inwestorzy, a szefowie banków centralnych (na razie) nie chcą psuć tego dobrego wrażenia. Inaczej mogłoby być fatalnie, gdyż wizja globalnego spowolnienia gospodarczego jest coraz bardziej prawdopodobna.

Ben Bernanke bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, że możliwości jakie posiada FED nie są nieograniczone i tym samym dość dużą uwagę przykłada do polityki, czy też gry, jaką należy prowadzić z rynkami finansowymi. Niektórych jego piątkowe wystąpienie na naukowym sympozjum w Jackson Hole, nieco rozczarowało, ale inni dostrzegą w tym umiejętną grę "oczekiwaniami". Bo teraz przesuną się one na najbliższe posiedzenie 12-13 września, a ewentualne rozczarowanie zaplanowanymi na najbliższy piątek danymi z rynku pracy, sprawi, że inwestorzy znów będą mieć przed oczami zapiski z ostatniego posiedzenia FED, gdzie wyrażono wręcz gotowość do natychmiastowych działań.

Reklama

A czy szef ECB dobrze pojął tajniki komunikacji z rynkami finansowymi? Poczynając od 26 lipca, kiedy to na konferencji w Londynie nieoczekiwanie zapowiedział, iż ECB powinien bardziej zaangażować się w walkę z kryzysem, zdaje się dobrze rozdawać karty. Jego talia jest jednak już coraz bardziej wybrakowana, a inwestorzy za chwilę zrozumieją, że bank centralny stawia tyle warunków, aby tak naprawdę uniknąć zbytniego zaangażowania się na rynku. Mario Draghi mając cały czas świadomość, iż nadmierna pomoc dla zagrożonych krajów mogłaby zostać odebrana, jako naruszenie mandatu banku centralnego, będzie chciał przesunąć jak największą odpowiedzialność na polityków.

Zresztą jeszcze podczas sierpniowego posiedzenia ECB dawał do zrozumienia, iż główną rolę powinny odgrywać mechanizmy ratunkowe w postaci funduszy EFSF/ESM, a zagrożone kraje powinny trzymać się drogi reform. Tymczasem strefa euro w najbliższych miesiącach będzie zmagać się z postępującą recesją, a reformy oparte o nadmierny fiskalizm (kwestia Hiszpanii), mogą sprawić, iż trudno będzie oczekiwać szybkich, pozytywnych efektów.

Reasumując, inwestorzy mogą niedługo wystawić Mario Draghiemu "żółtą kartkę".

Za chwilę może się jednak okazać, że to nie sytuacja w strefie euro, czy też w USA jest kluczowym czynnikiem, który będzie warunkował globalną koniunkturę. Od kilku tygodni napływają coraz bardziej niepokojące dane z chińskiej gospodarki, a w zachodniej prasie nie brakuje spekulacji nt. potencjalnym kryzysie na rynku nieruchomości i w inwestycjach infrastrukturalnych, oraz góry złych długów w chińskich bankach. Tamtejsza propaganda daje do zrozumienia, iż wszystko jest pod kontrolą, chociaż jednocześnie przygotowuje obywateli na "trudne czasy". Z kolei Ludowy Bank Chin cały czas stoi z boku nie decydując się na żadne posunięcia. Jeżeli Zhou Xiaochuan szybko nie wejdzie do wspólnego tańca z FED i ECB, to może się okazać, że inwestorzy na całym świecie będą mieć duży problem.

Marek Rogalski - główny analityk walutowy DM BOŚ

Dowiedz się więcej na temat: banki centralne | bańki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »