Reklama

Bankowcy wierzą w moc złotego

Inflacja w 2011 wyniesie średnio 3,1 proc., a PKB na poziomie 3,8 proc. - wynika z ankiety Komisji Nadzoru Finansowego przeprowadzonej wśród działających w Polsce banków komercyjnych i oddziałów instytucji kredytowych.

Inflacja w 2011 średnio na poziomie 3,1 proc. - ankieta KNF. Ankietowani spodziewają się kursu PLN/euro na poziomie 3,8217, a PLN/USD 2,8679 i 2,8553 za PLN/CHF. Stawka WIBOR 3M i stopa referencyjna NBP będą według banków na koniec 2011 r. średnio na poziomie odpowiednio 4,6 proc. i 4,3 proc.

Na ankietę odpowiedziały wszystkie banki komercyjne i oddziały instytucji kredytowych.

Opinia ING Banku

Oczekujemy powolnego trendu umocnienia złotego z istotniejszymi poziomami wsparcia na 3,90 i 3,845/euro. Główne czynniki działające na złotego to obecnie:oczekiwania sprzedaży euro przez rząd na rynku walutowym, bardzo słaby dolar i bardzo mocne giełdy. Kontynuacja stosunkowo łagodnej polityki Fed także działa na korzyść walut wschodzących.

Reklama

Ryzyko stanowi wątek restrukturyzacji długu greckiego, a tym samym poważniejszych zaburzeń na rynku międzybankowym.

Oczekiwania analityków na podwyżkę stóp procentowych przez NBP już podczas majowego posiedzenia zostały mocno zredukowane. Po wywiadzie Marka Belki dla TVN CNBC, oraz po zapewnieniach wzajemnego wsparcia ministerstwa finansów i NBP w obniżaniu inflacji i utrzymywaniu możliwie wysokiego wzrostu gospodarczego jedynie dwóch z 21 ekonomistów

ankietowanych przez Parkiet oczekuje podwyżki stóp NBP w maju. To jak ostry usłyszymy jednak komunikat, zależeć będzie od konferencji prasowej EBC i ewentualnej zapowiedzi podwyżki w czerwcu.

Sytuacja, jeśli chodzi o inflację w Polsce, nie jest dramatyczna, aby należało reagować gwałtownie. Jest ona powodem do troski, ale nie wymaga gwałtownych ruchów w polityce monetarnej - uważa Paweł Samecki, doradca prezesa NBP.

"Jest oczywiste, że znaczna część inflacji jest pochodną procesów, które mają charakter globalny i na którego wpływ władz monetarnych pojedynczego kraju - nie tylko Polski, ale w ogóle nawet wielkich krajów, potężnych gospodarek - jest znikomy.

Z drugiej strony niewątpliwie jednak ten wzrost cen czy procesów inflacyjnych globalnych jest znaczący, dlatego też nie można tego lekceważyć. Ponieważ nawet jeśli on jest niezależny od władz monetarnych, on się przenosi na to, co nazywamy oczekiwaniami inflacyjnymi społeczeństwa i jeżeli te oczekiwania będą rosły i przekształcały się w realną presję płacową, to będzie niekorzystne dla tendencji cenowych w Polsce.

Więc RPP stoi rzeczywiście przed trudnym dylematem - czy reagować z powodu właśnie tych przyszłych, możliwie zwiększonych oczekiwań, czy nie" - powiedział w rozmowie z PAP Samecki.

"Ciągle mamy jeszcze sytuację postkryzysową. Wzrost gospodarczy w Europie jest dość kruchy. On po tym pierwszym roku odbicia teraz zdaje się troszeczkę - jeśli nie słabnąć, to nie zwiększać się, więc dbanie o wzrost też jest z kolei pożądaną rzeczą. Więc jesteśmy tutaj w takim rozkroku i trudno powiedzieć, co jest lepsze" - dodał. "Wydaje mi się, że sytuacja nie jest dramatyczna, żeby jakoś gwałtownie reagować. Sytuacja jest powodem do troski, ale nie wymaga jakichś gwałtownych ruchów" - ocenia Samecki.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »