Reklama

Będą płacić za swoje grzechy?

Bank za nic nie odpowiada

Jednym z wielkich plusów bycia wielkim bankiem o złożonej strukturze, takim jak JP Morgan właśnie - oprócz tego, że dysponuje się najlepszymi prawnikami w kraju - jest fakt, że większość klientów takiego banku to instytucje o równie skomplikowanej strukturze. Dlatego też bank ma gotową linię obrony, kiedy coś pójdzie na opak. Wina za nabycie feralnych papierów spoczywa na inwestorach. Bank oferował im po prostu to, o co prosili.

Reklama

Tak też bronił się Goldman Sachs w związku z niesławną aferą Abacusa. Kilku wiodących inwestorów kupiło za jego pośrednictwem ryzykowne papiery dłużne o ratingu AAA. Instrumenty te były tworzone na podstawie kredytów hipotecznych wskazywanych przez Johna Paulsona, menedżera funduszu hedgingowego, który jednocześnie grał na obniżenie ceny tych samych papierów. I tak też broni się w tym przypadku JP Morgan Chase.

Z jednej strony argumenty takie doprowadzają słuchających do wściekłości, ponieważ sugerują, że firmy takie, jak Goldman i JP Morgan nie są obarczone żadną odpowiedzialnością powierniczą w stosunku do swoich klientów. Cała odpowiedzialność za podejmowane decyzje inwestycyjne spoczywa na klientach właśnie - nawet jeśli zostawili swojemu bankowi "pełną swobodę i moc prawną" w zakresie prowadzenia rachunku, jak miało to miejsce w przypadku Blavatnika.

JP Morgan nie poczuwa się do odpowiedzialności nawet za to, że odradził menedżerom miliardera wycofanie się z inwestowania w ryzykowne obligacje, gdy ich wartość zaczęła spadać. Skoro eksperci inwestycyjni pracujący dla Blavatnika nie zdawali sobie sprawy, że powinni zignorować rady ekspertów inwestycyjnych z JP Morgan, za straty mogą obwiniać tylko samych siebie. Przynajmniej tak sugerują prawnicy skarżonego banku.

Z drugiej jednak strony pamiętajmy, że specjaliści pracujący dla Blavatnika nie przekazali miliarda dolarów JP Morgan Chase, nie wiedząc, co działo się z tymi pieniędzmi. Mieli przecież wgląd w wytyczne inwestycyjne, które zakładały, że 20 proc. struktury ich portfela może zostać zainwestowane w obligacje zabezpieczone hipotecznie, a kolejne 20 proc. - w papiery wartościowe zabezpieczone wierzytelnościami. Dysponowali raportami miesięcznymi, które według JP Morgan szczegółowo precyzowały, jak inwestowane są te pieniądze (ludzie Blavatnika zaprzeczają, jakoby tak było).

Wreszcie, przyczyną, dla której JP Morgan namawiał Access do pozostania przy obligacjach zabezpieczonych hipotecznie - mimo spadku ich wartości - był fakt, że osoby prowadzące rachunek holdingu były autentycznie przekonane, że wartość ta z czasem zacznie rosnąć.

Lekkomyślność banku jest bez znaczenia

Powyższe stwierdzenia tłumaczą, dlaczego tego typu sprawy tak trudno jest wygrać, chociaż banki ewidentnie wykorzystywały swoich klientów w czasach inwestycyjnej bańki. Sędziowie nie kwapią się, by analizować, co mieli na myśli inwestorzy, udzielając danej rady - nawet, jeśli rada ta okazała się tragiczna w skutkach.

- Powód utrzymuje, że oskarżeni mieli zbyt wielki apetyt na ryzyko i nie ujawniali tego ryzyka w swoich sprawozdaniach, nawet jeśli ich decyzje inwestycyjne istotnie przekładały się na portfel zgodny z wytycznymi dywersyfikacji sektorowej - pisał Melvin L. Schweitzer, sędzia Nowojorskiego Sądu Najwyższego, w wydanym w lutym orzeczeniu.

W praktyce - orzekł sędzia - nie miało znaczenia, jak lekkomyślnie postępował JP Morgan. Jeśli tylko trzymał się wypracowanych wspólnie z klientem wytycznych, jego postępowanie było w porządku. Te zarzuty zostały więc oddalone (obecnie obie strony oczekują orzeczenia sądu apelacyjnego w tej i w kilku innych kwestiach).

W większości takich przypadków w tym momencie nastąpiłby koniec sprawy. Inwestor przyjąłby orzeczenie bez mrugnięcia okiem, a bank wyszedłby z całej sytuacji bez szwanku i gotowy do dalszej sprzedaży ryzykownych papierów klientom, gdy tylko napęczniałaby kolejna bańka inwestycyjna. Jeśli jesteś wiodącym graczem na rynku banków, złe doradzanie klientom nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami.

JP Morgan ma świetnych prawników

W tym przypadku jednak Blavatnik miał asa w rękawie. JPMorgan Chase - oznajmił - nie tyle podjął zbyt wielkie ryzyko w ramach zaakceptowanych wytycznych, co naruszył te wytyczne. Zamiast nie przekraczać ustalonego, 20-procentowego poziomu inwestycji w obligacje zabezpieczone hipotecznie w strukturze portfela, zainwestował w nie aż 46 proc. środków powierzonych mu przez Access Industries.

JP Morgan ma oczywiście wytłumaczenie i na to - mówiłem wam, że mają świetnych prawników! Otóż twierdzi, że w branży powszechne stało się klasyfikowanie obligacji zabezpieczanych pożyczkami pod zastaw nieruchomości jako "obligacji zabezpieczanych wierzytelnościami", a nie jako "obligacji zabezpieczanych kredytami hipotecznymi". Sędzia jednak nie wykazał się aż taką wyrozumiałością w stosunku do tego argumentu i nie oddalił tego zarzutu Blavatnika. Miliarder wciąż więc jeszcze może się odkuć.

Jednak jeśli sąd apelacyjny utrzyma obecne orzeczenia, a sprawa utonie w sporach o to, czy JP Morgan naruszył wytyczne, czy nie, nie pomoże to rzeszy inwestorów, którzy w podobny sposób zostali skrzywdzeni przez wielkie bank. Blavatnik miał osobliwe szczęście, gdy JP Morgan złamał wspólnie ustalone zasady (jeśli faktycznie je złamał); to dzięki temu sprawa ciągle jest w sądzie. Większość stratnych inwestorów nie może marzyć o podobnym "szczęściu".

W związku z powyższym wracamy do punktu wyjścia: w jaki sposób sprawić, by banki zapłaciły za swoje grzechy? Blavatnik może dostanie z powrotem jakieś pieniądze od JP Morgan, a może i nie. Na pewno jednak nie stanie na czele sprawiedliwej ofensywy pokrzywdzonych. Może i jest miliarderem, ale na tym froncie jest sam.

Joe Nocera "New York Times"

Tłum. Katarzyna Kasińska

Dowiedz się więcej na temat: morgan | bank | była | JP Morgan | obligacje | sędzia | nieruchomości | Holding | grzech | płacić | Access

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »