Reklama

Branża turystyczna czeka na rządową pomoc

Przedstawiciele branży turystycznej czekają na projekt specustawy, która ma przeciwdziałać negatywnym skutkom epidemii koronawirusa w Polsce. Jak podkreślają, każdy dzień zwłoki to dla nich problem, a diabeł będzie tkwił w szczegółach. Rynek usług turystycznych może skurczyć się nawet o 60 proc.

 - Dla nas największym problemem jest czas, który nam ucieka, a decyzje nie są wprowadzane w życie. Znamy pierwotne zapisy ustawy - pierwotne bo nikt z nas nie zna jeszcze finału i to problem, bo nie wiemy co będzie - mówi o proponowanych rozwiązaniach "tarczy antykryzysowej" Piotr Henicz, wiceprezes biura podróży ITAKA i członek sztabu kryzysowego z udziałem przedstawicieli branży turystycznej przy Ministerstwie Rozwoju. Jak dodaje, prace nad ustawą trwają, ale diabeł tkwi w szczegółach. - Zaproponowane rozwiązania są dla nas w jakimś stopniu interesujące, ale najważniejsze jest to, na ile uda się je rozszerzyć i na ile będą one obejmować dużych touroperatorów - mówi Interii Henicz.  

Reklama

Tarcza niewystarczająca

Jak wskazuje wiceprezes biura podróży ITAKA, branża turystyczna była jedną z pierwszych, która wystąpiła do rządu z prośbą o rozmowy. - Byliśmy na pierwszej linii ataku, razem z branżą transportową. Rozmowy zaczęliśmy prowadzić stosunkowo szybko. W miarę upływu dni ilość przedstawicieli branż rosła, co powoduje że te braki i oczekiwania są tak duże, że pojawia się proste pytanie: powiem wprost "komu ile?" - mówi wiceprezes.

I dodaje, że w tym momencie od przedstawicieli branży zależy już mniej. - My swoje obawy i potrzeby wyartykułowaliśmy jednoznacznie. Mamy nadzieje, że niektóre znajdą odzwierciedlenie w pierwszej wersji proponowanej ustawy. Ale jestem przekonany, że będzie potrzeba kolejnych ruchów i nowelizacji, bo to co znajduje się w propozycji tarczy antykryzysowej jest niewystarczające. To nie podlega dyskusji - ocenia Henicz.

180 dni

W ubiegłym tygodniu minister rozwoju Jadwiga Emilewicz poinformowała, że dla branży turystycznej przewidziano rozwiązanie pozwalające na wydłużenie do 180 dni możliwości zwrotu pieniędzy za niezrealizowane wycieczki.  - To pomoc, która pozwala utrzymać cashflow. To niezwykle istotne, bo chodzi tutaj o relację rentowności do obrotu, a w naszej branży mamy do czynienia ze stosunkowo niską rentownością w stosunku do bardzo dużego obrotu. To odłożenie problemu w czasie, mając na uwadze, że czas będzie działał na naszą korzyść - mówi o tej propozycji wiceprezes biura podróży ITAKA.

Jak jednak dodaje, problem polega na tym, że biura podróży miały zastój sprzedaży już w lutym i odwoływały wiele imprez turystycznych. - Ruch w lutym i marcu jest żaden, dlatego ilość klientów, którzy nie skorzystali z usług, czy zrezygnowali z nich, jest dość duża. Boimy się, że ustawa nie obejmie tych dwóch miesięcy - wyjaśnia Henicz. I wskazuje, że najlepszym rozwiązaniem dla branży byłoby określenie w przepisach konkretnej daty, od której działa 180 dni na zwrot opłaty za wycieczkę.

- Dla nas ta data to początek lutego. Są tutaj problemy natury legislacyjnej i wynikające z przepisów kodeksu cywilnego, ale te dwa miesiące są dla nas niezmiernie istotne. Każdy dzień, kiedy to wydłużenie zwrotu za niezrealizowane wycieczki wchodzi w życie później, jest dla nas dużym problemem - mówi Interii.

Rynek się skurczy

Na szczęście dla touroperatorów ostatnie lata były dla branży stabilne, co może stanowić solidny fundament do walki z obecnym kryzysem. Biura podróży weszły w ten sezon z dobrym zapleczem finansowym. - Zaufanie klientów do biur podróży rosło z roku na rok, a ostatnie sezony były bardzo dobre dla branży od strony finansowej. Jakie będą dla nas konsekwencje kryzysu, trudno jednak przewiedzieć. Na pewno ilość klientów będzie nieporównanie niższa niż to, co zakładaliśmy. Myślę, że rynek konsumenta skurczy się o kilkadziesiąt procent, nawet o między 40 a 60 proc. - przewiduje Piotr Henicz.

Zdaniem wiceprezesa biura podróży ITAKA, wszystko zależy od tego, w którym momencie nastąpi odbicie, a w przypadku branży turystycznej rozruch po kryzysie potrwa dłużej. - Wysyłamy klientów za granicę i kluczowe jest kilka elementów. Po pierwsze, jeżeli u nas będzie już bezpiecznie, to nie wiadomo, jak będzie wyglądała sytuacja w innych krajach. Po drugie, nie wiemy jaka będzie sytuacja finansowa naszych klientów po tym powrocie do normalności. Jakie będą ich priorytety. Odpowiedź na te pytanie jest bardzo trudna i może być różna w zależności od stanu gospodarki i zasobności portfeli Polaków po kryzysie - podsumowuje Henicz.

Dominika Pietrzyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »