Reklama

Brazylijczycy wybrali Bolsonaro, chcą zmian i trzeba to uznać

Wybór Jaira Bolsonaro na prezydenta nie oznacza, że Brazylijczycy chcą faszyzmu czy dyktatury wojskowej, lecz zmian w zmagającym się z recesją i korupcją kraju, a świat zamiast ich krytykować, powinien uszanować i zrozumieć tę decyzję - pisze w tym tygodniu The Wall Street Journal'.

"+Bolsonaro zagraża światu, a nie tylko raczkującej brazylijskiej demokracji+ głosił w zeszłym tygodniu tytuł w +Guardianie+, odnoszący się do prezydenckiego kandydata Jaira Bolsonaro. I było to jedno z łagodniejszych ostrzeżeń w międzynarodowej prasie. Mimo wszystko to jego Brazylijczycy wybrali w niedzielę, dając mu 55 proc. głosów.

Może świat powinien przyzwoicie okazać respekt dla brazylijskiej demokracji i spróbować zrozumieć, co się stało" - pisze w komentarzu redakcyjnym "WSJ". "Zacznijmy od faktu, że był to transparentny, konkurencyjny i uczciwy proces. Bolsonaro nie sfałszował tych wyborów, on je wygrał przekonując wyborców" - dodaje.

Reklama

Gazeta podkreśla, że Brazylia nie wydobyła się z efektów lewicowego populizmu prezydentów wywodzących się z Partii Pracujących (PT) - Luiza Inacio Luli da Silvy (2003-2010) i jego następczyni Dilmy Rousseff (2011-2016). Dziedzictwem ich rządów jest wzrost deficytu budżetowego, długu publicznego, inflacji, zwiększenie liczby państwowych przedsiębiorstw, a także zmarnowanie okazji do budowy trwałego wzrostu, jaką było odkrycie w 2007 r. ogromnych podwodnych złóż ropy naftowej.

"Dziedzictwem PT jest także korupcja. Firmy budowlane wzmacniały oferty łapówkami i dawały +działki+ politykom, władzom oraz PT (...). Wielu polityków z innych partii włączyło się w ten korupcyjny system. Bolsonaro - nie. To dało mu wiarygodność, gdy prezentował się jako antidotum na chciwość PT i obiecał osuszyć to bagno" - zwraca uwagę "WSJ".

Jak podkreśla dziennik, Bolsonaro, chcąc przeforsować swój program reform, będzie musiał stawić czoło rozlicznym grupom interesu we wpływowej brazylijskiej elicie biznesowej, a także poradzić sobie z niestabilnym układem w brazylijskim Kongresie, w którym w niższej izbie jest reprezentowanych 30 różnych partii politycznych, a w wyższej - 20.

"Bolsonaro często pozwalał sobie na ofensywne wypowiedzi na temat ras, homoseksualizmu i kobiet, a także w czasach PT niekiedy nostalgicznie wspominał minioną erę rządów wojskowych. Ale Brazylijczycy poszli do wyborów, wiedząc to wszystko, a także wiedząc, że ich demokratyczne instytucje udowodniły swoją siłę, przeciwstawiając się korupcji Luli i PT. Brazylijczycy nie zagłosowali na faszyzm i pucz wojskowy. Zagłosowali na nadzieję i zmianę i wyrzucą Bolsonaro, jeśli nie zdoła on wypełnić złożonych obietnic" - przekonuje "WSJ".

Bolsonaro, który w przeszłości był kapitanem brazylijskiej armii, a od 1991 roku zasiada w parlamencie, jest z racji kontrowersyjnych wypowiedzi porównywany do prezydenta USA Donalda Trumpa.

Opowiada się m.in. za rozszerzeniem prawa do posiadania broni, z uznaniem wypowiada się o okresie dyktatury wojskowej w latach 1964-1985, zaś przeciwnicy oskarżają go o rasizm, seksizm i homofobię. Jego zwolennicy postrzegają jednak go jako jedynego polityka, który jest w stanie zaprowadzić porządek w pogrążonym w politycznym i gospodarczym chaosie kraju.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »