Reklama

Co się kryje za markami alkoholi?

W każdym dowolnym barze rodzi się wiele pytań bez odpowiedzi. Jaka jest szansa, że ktoś się odwdzięczy i postawi następną kolejkę? Która połowa połówki jest moja - ta na górze czy ta na dole? Jak dostać od niej numer telefonu?

Jednak największą tajemnicą owiane są szeregi butelek stojących za barem, których zawartość przelewana jest do szklanek klientów. Wiele alkoholi nosi imiona dawno zapomnianych kobiet i mężczyzn. Kim tak naprawdę byli Captain Morgan i Johnnie Walker?

W szczegółach: Co się kryje za markami alkoholi

Piwa ekstremalne

Wizyta w browarze HammerSmith

Jak oszczędzić na letnich wakacjach

Wodoodporne wakacje

Możecie mi wierzyć lub nie, ale ci panowie naprawdę istnieli. Pierwszy z nich był bezwzględnym piratem, a drugi szkockim sklepikarzem. Dziś słyną już tylko jako nazwy marek, a nie osoby.

Historię powstania produktów takich jak Jack Daniel's wykorzystuje się, by sprzedawać emocje związane z szacunkiem dla tradycji - od wieków ta sama jakość, właściwa receptura, wielkie beczki przenoszone ręcznie itp. A klienci chętnie płacą za pochodzenie - butelka 750 ml whisky Johnnie Walker King George V Edition kosztuje ponad 500 dolarów.

Nazwa wyraźnie ewoluowała od czasu Johnego Walkera, szkockiego sklepikarza, który sam nigdy nie wydestylował ani kropli tego alkoholu. Na początku XVIII w. Brytyjczycy chcieli opodatkować szkocką whisky. Miejscowi producenci zamiast poddać się nakazowi, który ich zdaniem był atakiem na ich narodowy trunek, zaczęli działać na zasadzie tajnych laboratoriów kokainy - w ukryciu produkowali niewielkie partie alkoholu i rozpierzchali się zanim urzędnicy brytyjscy zdążyli ich nakryć. Ucierpiała jednak jakość.

Wejdźmy do sklepu spożywczego należącego do Johnego Walkera z Kilmarnock. Potrafił on umiejętnie mieszać liście herbaty od różnych dostawców, pomyślał więc, czemu by nie spróbować tego samego zrobić z różnymi gatunkami whisky, które trzymał na zapleczu. Tak zrobił, a powstała w ten sposób pierwsza marka mieszkanki whisky zbożowej i słodowej zyskała popularność.

Nie wszystkie marki trunków pochodzą od nazwisk realnych ludzi. Wystarczy popatrzeć na butelkę Baileys Irish Cream - widnieje na niej podpis fikcyjnej pary: R & A Bailey.

W 1970 r. producenci ginu Gilbey rozpoczęli prace nad likierem, który byłby uosobieniem irlandzkości. Wymyślili wysokokaloryczną mieszankę śmietanki i whisky, ale potrzebowali dla niej nazwy. Zespół projektowy w Dublinie wyszedł po pracy na piwo do pobliskiego Bailey Pub.

Okna londyńskiego biura zespołu wychodziły na Bailey Hotel. Przypadek? Nie, wygoda. Mózg całej operacji brandingowej, David Dand, spojrzał na butelkę ginu Gilbey i dostrzegł podpisy braci, którzy założyli firmę: W & A Gilbey. Zamienił W na R, a R na A i w ten sposób powstał podpis R & A Bailey.

Dalej mamy markę wódki, którą sprzedano za 2 mld dolarów - w gotówce! - mimo że jej historia sięga niecałą dekadę wstecz.

W 1996 r. przedsiębiorca Sidney Frank wymyślił nazwę Grey Goose, która nawiązywała do ptaków występujących we francuskim regionie Cognac. Następnie zaczął produkować wódkę z tego regionu. Ludzie zaczęli ją kupować i w 2004 r. Frank sprzedał markę za 2 mld koncernowi Bacardi. Była to największa sprzedaż marki trunku.

Oto, co się kryje za nazwami niektórych sławnych marek. Historie, jak stały się tym, czym są obecnie, mówią również wiele o tym, w jaki sposób klienci wybierają alkohole. Następnym razem, gdy będziecie (po raz kolejny!) przeklinać José Cuervo, będziecie wiedzieć kogo przeklinacie.

Pierwszą wersję tego artykułu opublikowano w lipcu 2008 r.

Jak wydać 100 tys. dolarów w Vegas

Sam Barclay

Dowiedz się więcej na temat: whisky | Marek | alkohole

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »