Reklama

Czy 500 plus powiększymy o 200 złotych?

Za pół tysiąca złotych z rządowego programu "Rodzina 500 plus" kupujemy dziś tyle, ile w 2016 roku można było dostać za 385 złotych. Z drugiej strony, żeby za świadczenie można było kupić tyle samo co 6 lat temu, powinno ono wzrosnąć do 650 złotych. Niewykluczone, że te rachunki bierze pod uwagę partia rządząca i na sobotniej konwencji programowej ogłosi, że 500 plus wzrośnie do 700 plus. Taka waloryzacja podniosłaby roczne koszty programu z 40 do 56 miliardów złotych.

Rządowy program "Rodzina 500 plus" wszedł w życie 1 kwietnia 2016 roku, a w lipcu 2019 roku został poszerzony i objął wszystkie dzieci w Polsce. Beneficjentom przysługuje comiesięczne świadczenie wychowawcze w wysokości 500 zł na każde dziecko, o ile nie ukończyło ono 18 roku życia. Pieniądze są wypłacane bez względu na dochód osiągany przez rodzinę.

Wyścig z drożyzną

Świadczenie 500 plus nie było waloryzowane od początku wprowadzenia programu, tymczasem mamy najwyższą inflację od 24 lat. W maju ceny konsumpcyjne były o 13,9 proc. wyższe niż rok wcześniej. Oficjalny cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego to 2,5 proc. w skali roku. Na bardzo duży wzrost cen NBP reaguje od kilku miesięcy podnoszeniem stóp procentowych, co staje się kolejnym problemem wielu polskich rodzin, zwłaszcza tych obciążonych dużymi kredytami.

Reklama

Analityk gospodarczy Rafał Mundry, przypomina, że w 2016 roku 500 złotych stanowiło niemal jedną trzecią płacy minimalnej. Dziś jest to znacznie mniej, bo najniższe wynagrodzenie od tamtej pory wzrosło z 1850 do 3010 złotych. Rafał Mundry na Twitterze pisze, że jeśli 500 plus miało być bodźcem demograficznym, to już dawno nim nie jest.

Jednak trzeba tu przypomnieć, że stanowisko demografów jest w tej sprawie jednoznaczne - rządowy program "Rodzina 500 plus" tak naprawdę tylko w pierwszym roku funkcjonowania przyczynił się do wzrostu liczby urodzonych dzieci. Natomiast od 2-3 lat polskie wskaźniki demograficzne są fatalne. Właśnie dlatego politycy PiS od dawna podkreślają, że celem programu jest "pomoc socjalna i wychodzenie z biedy polskich rodzin", a nie wspominają o jego wpływie na przyrost naturalny.

Oskar Sobolewski z Instytutu Emerytalnego zauważa, że gdyby świadczenie 500 plus było waloryzowane jak emerytury, to w przyszłym roku wyniosłoby około 675 złotych. Od 2016 roku, kiedy program wprowadzano, do dziś ceny w zaokrągleniu wzrosły o 30 proc. Oznacza to, że w tej chwili za 500 złotych można kupić tyle, ile ponad sześć lat temu kupowano za 385 złotych. Z drugiej strony, żeby dziś za świadczenie można było kupić tyle samo, co w kwietniu 2016 roku, powinno ono wzrosnąć do 650 złotych.

Pora na waloryzację?

Członkowie rządu Mateusza Morawieckiego od kilku lat dementują informacje o szykowanej waloryzacji 500 plus. To się jednak może zmienić, bo niewykluczone, że podczas sobotniej konwencji programowej PiS taki projekt zostanie przedstawiony.

Dziennik "Rzeczpospolita" poinformował w poniedziałek, że jedną z kluczowych propozycji PiS ma być ogłoszenie waloryzacji 500 plus polegającej na przyjęciu kwoty 700 zł. O potrzebie waloryzacji 500 zł mówiła w ostatnich dniach Elżbieta Rafalska - minister rodziny, pracy i polityki społecznej w rządzie PiS, z czasów, gdy wprowadzano świadczenie. W rozmowie z "Super Expressem" ujawniła, że zróżnicowałaby 500 plus dla rodzin wielodzietnych i dała im dodatek inflacyjny na czas wielkiej drożyzny.

Jednak zamiana 500 plus na 700 plus pociągnęłaby za sobą poważne koszty budżetowe. Roczny wydatek z 40 miliardów złotych wzrósłby do 56 miliardów. Tymczasem problemów ekonomicznych mamy w Polsce coraz więcej. Jest bardzo prawdopodobne, że oprócz bardzo wysokiej inflacji w najbliższych miesiącach doświadczymy także spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego.

Banknoty z drukarki

Może przyczynić się do tego coraz ostrzejsza polityka pieniężna NBP. Stopa referencyjna to w tej chwili 5,25 proc., a ekonomiści prognozują, że w najbliższym czasie wzrośnie do 7-7,5 proc. Jednak historia uczy, że podwyżki stóp procentowych obniżają inflację dopiero po 2-3 latach. Tyle czasu zajmuje "wysysanie" z rynku nadmiaru pieniądza. Ten nadmiar powstał w okresie walki z pandemią, kiedy to Narodowy Bank Polski, rząd, Bank Gospodarstwa Krajowego i Polski Fundusz Rozwoju "wydrukowały" i wprowadziły do obiegu 200 miliardów złotych.

Wielu ekonomistów podważa sens operacji, kiedy to rząd dosypuje pieniądze do gospodarki, a bank centralny działa w drugą stronę, czyli podnosi stopy. Można zapytać po co obie instytucje wykonują manewry, które się wykluczają, bo wtedy, gdy ministrowie wciskają gaz, NBP musi pociągać hamulec ręczny.

Operacja ma swój dalszy ciąg. Miesiąc temu na około 200 miliardów złotych szacowano następne wydatki rządu, których celem ma być głównie łagodzenie skutków drożyzny. Złożą się na nie: tarcze antyinflacyjne, trzynaste i czternaste emerytury, kwoty uzyskane w ramach "Polskiego Ładu", pieniądze na nadzwyczajne dozbrojenie armii i transfery dla uchodźców z Ukrainy. W tej kwocie mieściła się też kontynuacja na dotychczasowych zasadach programu "Rodzina 500 plus", bo nie uwzględniano jakiejkolwiek waloryzacji.

Wszystkie dodatkowe wydatki to jednak broń obosieczna - z jednej strony mają chronić ludzi przed skutkami wzrostu cen, ale z drugiej podsycają inflację (jak każdy inny nadmiar pieniędzy). Sytuację komplikuje fakt, że ciągle mamy bardzo ujemną realną stopę procentową. Przekracza do 8,5 proc. i jest różnicą między inflacją (13,9 proc.), a stopą referencyjną NBP (5,25 proc.). W rezultacie Polacy wolą wydawać pieniądze niż je oszczędzać. Tymczasem rosnąca skłonność do oszczędzania jest najważniejszym instrumentem ograniczania inflacji.

Kosztowne zadłużenie

Rząd przewiduje, że deficyt finansów publicznych w tym roku wzrośnie do 4,3 proc. PKB z zakładanych wcześniej 2,9 proc. Kłopot w tym, że obligacje Skarbu Państwa wykorzystywane do finansowania deficytu mają dziś ponad trzy razy wyższe rentowności niż rok temu. Dzieje się tak, bo inwestorzy żądają coraz więcej za ryzyko pożyczania nam pieniędzy.

Za 10-letnie papiery rynek każe sobie płacić teraz 6,5 proc. W marcu tego roku oprocentowanie 10-letnich obligacji było na poziomie 5 proc., w lutym wnosiło 4 proc., a w listopadzie 2021 roku 3 proc. Dokładnie rok temu nie osiągało nawet 2 proc . Im wyższa rentowność, tym większe koszty obsługi długu. Już teraz resort finansów przewiduje, że wzrosną one o 20 miliardów złotych w tym roku i drugie tyle w 2023 roku.

Trzeba pamiętać, że każdy dłużnik ma próg tolerancji rentowności obligacji, powyżej którego może mieć problemy z regulowaniem zobowiązań. Dowiodło tego chociażby bankructwo Grecji, bo kraj może się ugiąć nie tylko pod masą swojego długu, ale także pod kosztami jego obsługi.

Na całym świecie przyjęte jest, że dług publiczny podlega rolowaniu. Wygasające obligacje zastępuje się następnymi. Problemem pojawia się, gdy cała operacja za każdym razem odbywa się na nowych, coraz gorszych warunkach finansowych. Polska właśnie znalazła się w takiej sytuacji. Nawet jeśli inwestorzy nadal będą zgłaszać się po nasze obligacje, to postawią twarde warunki finansowe. Słono zapłacimy za ich żądania wypłaty coraz wyższych procentów.

Jacek Brzeski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »