Czy Europa pójdzie w ślady USA?

Komisja Europejska wyraziła w czwartek zadowolenie z przyjęcia przez Senat USA rządowego planu ratowania systemu finansowego kosztem 700 miliardów dolarów, ale na razie nic nie wskazuje, że UE pójdzie tą samą drogą.

- Przewodniczący Jose Barroso ucieszył się z głosowania w amerykańskim Senacie dotyczącego poprawionego planu Paulsona. Ocenił to jako krok w dobrą stronę - powiedział rzecznik Johannes Laitenberger.

Dodał, że przyjęcie planu pozwoli zwiększyć zaufanie i wiarygodność rynków finansowych.

Ustawa przewidująca ratowanie systemu finansowego przez wykupienie długów banków inwestycyjnych przeszła w środę wieczorem (czasu lokalnego) większością głosów 74 do 25. Znaczna większość, jaką uzyskał rządowy plan, stanowi poważny nacisk na Izbę Reprezentantów, aby poszła w ślady Senatu. Izba ma ponownie głosować nad nim w piątek. Dochodzą z niej sygnały, że opozycja przeciw planowi słabnie.

Reklama

Tymczasem pomiędzy europejskimi stolicami trwa debata, czy także UE potrzebuje analogicznego planu, a przynajmniej ustanowienia specjalnego wspólnego unijnego funduszu, z jakiego można by finansować doraźną pomoc dla banków, które znalazły się w tarapatach. Byłby on szczególnie użyteczny w przypadku upadłości banków działających w wielu krajach. KE nie zajmuje w tej sprawie wyraźnego stanowiska, ograniczając się jedynie do apeli o "większą współpracę" krajów członkowskich w obliczu zawirowań na rynkach.

Przewodnicząca UE Francja kilkakrotnie dementowała we wtorek, że zaproponowała powołanie funduszu w wysokości 300 mld euro. Odciął się od tego sam prezydent Nicolas Sarkozy, odrzucając "zarówno wysokość funduszy, jak i samą zasadę". Informację, że Francja taki fundusz szykuje, podały anonimowe źródła rządowe w Berlinie - te same, które od razu pomysł skrytykowały, twierdząc, że nie myślą "nic dobrego" o takim planie.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel zastrzegła, że jej kraj "nie ma zamiaru wystawiać czeku in blanco wszystkim bankom".

Przewodniczący Eurogrupy, premier Luksemburga Jean-Claude Juncker oświadczył z kolei, że z ulgą przyjął wiadomość o głosowaniu w Senacie USA, ale "taki plan nie jest konieczny w Europie, gdzie sektor finansowy jest stabilniejszy".

Szef Europejskiego Banku Centralnego Jean Claude Trichet uciął dywagacje, podkreślając, że w UE planu na wzór amerykański nie będzie, bowiem "nie koresponduje on ze strukturą polityczną UE". - UE nie ma budżetu federalnego - przypomniał.

Z poparcia dla unijnego funduszu wycofała się też Holandia, która wcześniej niespodziewanie przypisała sobie autorstwo pomysłu. Premier Jan Peter Balkenende wyjaśnił w czwartek, że chodzi co najwyżej o porozumienie, że zainteresowane kraje przekazują na wsparcie płynności swojego sektora bankowego nie więcej niż 3 proc. PKB. W przypadku Holandii oznaczałoby ok. 18 mld euro, dla całej UE - ok. 380 mld euro.

Według Balkenendego, przede wszystkim "kraje członkowskie powinny być gotowe dokonać zastrzyku kapitałów dla instytucji finansowych, które ich potrzebują". - To jest właśnie ten plan - powiedział premier w Paryżu. - Czego trzeba unikać, to działań czysto krajowych. To one stanowią dzisiaj zagrożenie. Musimy się skoordynować - podkreślił.

Właśnie brak skoordynowanego działania to jeden z głównych zarzutów stawianych UE w dobie kryzysu, po serii przedsięwziętych przez poszczególne rządy akcji ratunkowych. O ile niektóre rządy podejmowały działania w ścisłej współpracy z KE (np. Francja, Belgia, Luksemburg i Holandia w przypadku banków Fortis i Dexia), o tyle np. Irlandia objęła na dwa lata nieograniczonymi gwarancjami sześć swoich banków, nie informując wcześniej unijnych partnerów.

Niezadowolenia nie kryła ani Komisja Europejska, ani rząd w Londynie, który nie ogłosił takich gwarancji i ma powody do obaw o ucieczkę kapitału na sąsiednią wyspę. Wielka Brytania zarzuciła Irlandii nieuczciwą konkurencję.

Okazją do rozmowy o tym, jak UE ma zareagować na kryzys, będzie sobotnie spotkanie przywódców Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch (europejscy członkowie grupy G-8) w Paryżu. Będą im towarzyszyć Jean Claude Trichet, Jean Claude Juncker oraz przewodniczący Barroso.

Brytyjski premier Gordon Brown z góry odrzucił ewentualne podjęcie w Paryżu decyzji o europejskim funduszu i zasugerował, że jest przeciwko jednej daleko idącej unijnej odpowiedzi na zawirowania na rynkach. - Celem spotkania jest przedyskutowanie, jak każda z czterech największych europejskich gospodarek odpowiada na światowy kryzys finansowy - powiedział.

Jeszcze w tym tygodniu źródła dyplomatyczne w Brukseli wskazywały, że do spotkania nie dojdzie, jeśli nie będzie gwarancji, iż przyniesie ono konkretne wyniki. Zapowiedź Pałacu Elizejskiego nie przynosi odpowiedzi na pytanie, co przywódcy postanowią, ograniczając się do stwierdzenia, że "szczyt ma na celu przygotowanie stanowiska unijnych członków G8 na dalsze rozmowy poświęcone międzynarodowemu kryzysowi finansowemu".

Rzecznik Laitenberger przypomniał w czwartek, że okazją do debaty całej "27" na temat kryzysu na rynkach finansowych będzie najbliższy szczyt UE 15-16 października w Brukseli. Już w najbliższy wtorek mają zaś o tym rozmawiać unijni ministrowie finansów zebrani w Luksemburgu.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Francja | jean | Europa | Komisja Europejska | czwartek | USA | senat USA | Jose Manuel Barroso | ślady
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »