Reklama

Czy można zastrzelić złodzieja?

Obrona konieczna nie jest pojedynkiem prowadzonym według zasad kodeksu honorowego, ale decydując się na odparcie bezprawnego, bezpośredniego zamachu musimy uważać, by w odpieraniu ataku nie posunąć się o jeden krok za daleko. Wrocławski sąd, który w ubiegłym tygodniu oceniał obronę konieczną radnego ze Środy Śląskiej, uznał, że mężczyzna ten, choć nie przebierał w środkach, działał jednak w granicach prawa. Precedens tego rozstrzygnięcia polega na tym, że radny, broniąc się przed bezprawnym zamachem, zabił napastnika.

Trzy lata temu kilkunastu uzbrojonych w pałki i pręty osobników zaczęło demolować należącą do żony radnego kawiarenkę. Nie był to ani pierwszy, ani drugi wybryk grupki młodych awanturników. Kilkanaście wcześniejszych włamań i kradzieży na posesji radnego zakończyło się umorzeniami przez prokuraturę.

Tym razem widząc uzbrojonych w pałki i pręty napastników, samorządowiec chwycił strzelbę i oddał trzy strzały z broni myśliwskiej w kierunku grupy napastników. Jeden z nich zmarł, drugi został kaleką. Na ławę oskarżonych trafił radny, i to pod zarzutem najcięższej zbrodni, zbrodni zabójstwa. "Radny ze Środy Śląskiej strzelał świadomie, ale strzelał w nogi. Nie po to, by zabić. Miał do tego prawo" - stwierdził przewodniczący składu orzekającego w ustnych motywach uniewinniającego wyroku. "Miał do tego prawo, gdyż widział, jak kilkunastu uzbrojonych w pałki osobników demoluje należącą do niego kawiarenkę" - podkreślił sędzia.

Reklama

Prawo nie może ustąpić

W obronie koniecznej nie chce się zabić człowieka, ale można użyć wszelkich niezbędnych środków, żeby ochronić zaatakowane przez napastnika dobro - takie przesłanie płynie z uniewinniającego, jeszcze nieprawomocnego, wyroku wrocławskiego sądu. To dla wszystkich ludzi odważnych, którzy nie chcą ustępować przed bezprawiem, bardzo ważny sygnał. I dobrze się stało, że właśnie dzisiaj, kiedy wzrost groźnej przestępczości bije wszelkie rekordy, a ludzie są przeświadczeni, że na sprawne działanie policji nie ma co liczyć, sąd zdecydował się postawić w tej sprawie kropkę nad i: prawo nie może ustępować przed bezprawiem, a napastnik jest sam sobie winien. Do tej pory sygnały, jakie wychodziły z sal sądowych, nie były tak jednoznaczne.

Wręcz przeciwnie, ludzie odważni, którzy chcieli skutecznie bronić się przed bezprawiem, opuszczali salę rozpraw w przekonaniu, że sądy mają dla nich tak naprawdę tylko jedną radę: "Lepiej uciekajcie". Przekonał się o tym na własnej skórze pewien łódzki biznesmen, który przez sześć lat zmagał się z wymiarem sprawiedliwości, by nie pójść do więzienia za to, że śmiertelnie zranił włamywacza, który zakradł się w nocy, by go okraść. Łódzkiego biznesmena aresztowano na dziewięć miesięcy, a prokuratura oskarżyła go o zabójstwo.

Według prokuratora był to samosąd, a nie obrona konieczna, gdyż po odebraniu napastnikowi noża właściciel posesji nie miał powodu, by zadawać nim ciosy. Dopiero po rozpatrzeniu kasacji biznesmen usłyszał coś, co go podniosło na duchu. "To napastnik powinien się bardziej bać, a nie ten, kto broniąc się, ma prawo użyć środka bardziej niebezpiecznego niż ten, którego użył sprawca zamachu" - usłyszał w Sądzie Najwyższym.

Makarewicz wiecznie żywy

Przytaczam te pierwsze z brzegu, kontrowersyjne decyzje, gdyż odnoszę wrażenie, że osoby, które je podejmują, nie zawsze wnikają dostatecznie głęboko w sedno obrony koniecznej. W oczy rzuca się przede wszystkim rozbieżność niektórych decyzji podejmowanych przez prokuratorów i sędziów w konkretnych sprawach z poglądami nauki prawa karnego, a także orzecznictwem Sądu Najwyższego. Zdaniem prof. Andrzeja Marka z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika, Sąd Najwyższy i doktryna znacznie szerzej dopuszczają obronę konieczną, praktyka zaś ogranicza ją z czystej ostrożności procesowej.

Granice obrony koniecznej wyznacza w ostatniej instancji praktyka sądowa. Od szczegółowych ustaleń dowodowych zależy przecież ostateczna ocena - czy działanie odpierające zamach było w granicach obrony koniecznej czy też te granice przekroczyło. W pierwszym przypadku jest to działanie całkowicie legalne, bez żadnych konsekwencji prawnych, w drugim osobie odpierającej zamach przypisuje się przestępstwo. Twórca liberalnego kodeksu karnego z 1932 r. J. Makarewicz podawał słynny przykład sparaliżowanego właściciela posesji, który siedział w swoim ogródku na wózku inwalidzkim. Miał przy sobie strzelbę.

Zauważył złodzieja kradnącego deski. Ostrzegł, że użyje broni. Złodziej zlekceważył ostrzeżenie. Właściciel oddał strzał, który okazał się śmiertelny. Dla J. Makarewicza było to działanie w granicach obrony koniecznej. Czy dzisiaj sądy zgodziłyby się z taką interpretacją zdarzenia? Z pewnością prędzej z oceną J. Makarewicza zgodziłby się senator Robert Smoktunowicz, który w lipcu złożył w parlamencie własny projekt ustawy liberalizujący granice obrony koniecznej.

Znany warszawski adwokat pragnie wzmocnić prawną pozycję ofiary napadu. Osoba, która broni własnego domu, mienia, rodziny, nie powinna być narażana na konsekwencje prawne w przyszłości. Nie może być ona zwłaszcza karana. Bo gdy nawet taka osoba po przejściach zostanie w końcu uniewinniona, to z pewnością znalazłszy się jeszcze raz w sytuacji człowieka napadniętego, wybierze ucieczkę lub spełni żądanie napastnika. Bezprawność jeszcze raz zatriumfuje. Sprawy bezsporne, gdy obrona konieczna była jedynym środkiem odparcia zamachu, powinny być umarzane już w prokuraturze - uważa R. Smoktunowicz.

Zła jest praktyka

Część prawników sądzi jednak, że choć zdarzają się pomyłki prokuratorów, którzy oskarżają o zabójstwo, gdy w rzeczywistości sprawca działał w obronie koniecznej, to sprawy, o których mówi R. Smoktunowicz, można także osiągnąć na gruncie obowiązujących przepisów. Innymi słowy przepisy o obronie koniecznej nie są złe, zła jest natomiast praktyka. Stosowanie prawa, w tym również przepisów o obronie koniecznej, jest sztuką wartościowania.

Osoba godząca w cześć lub godność nie może być w majestacie prawa pozbawiana tak cennego dobra jak życie, podobnie jak nie można zastrzelić w obronie koniecznej złodzieja, który ukradł słoik dżemu z komórki. Z drugiej jednak strony, gdy do mieszkania włamuje się bandyta i żąda wydania kosztowności, zabiera pieniądze, grozi rodzinie, demoluje mieszkanie, to czy wtedy właściciel mieszkania nie powinien mieć prawa do zastosowania takich środków obrony, których użycie nie wyklucza również śmierci napastnika? To napastnik narzuca nam przecież tę wojnę, a nie ma wojny bez ofiar.

Z orzecznictwa Sądu Najwyższego

Instytucja obrony koniecznej pozwala na użycie każdego niezbędnego środka obrony w celu odparcia bezpośredniego i bezprawnego zamachu na życie, przy czym narzędzie i sposób ochrony muszą być podjęte w granicach konieczności (wyrok SN z 4 lutego 1972 r., IV KR 33/71);

Każdy obywatel ma prawo do bezpieczeństwa osobistego i wszelki zamach na te dobra ma prawo skutecznie odpierać. Skuteczność taka może zachodzić tylko wówczas, gdy przeciwdziałanie zawiera w sobie element przeciwwagi (wyrok SN z 6 października 1973 r., I KR 145/73);

Napastnik, który przedsiębierze działanie stanowiące bezpośredni, bezprawny zamach musi sobie samemu przypisać winę za wszelkie szkody, jakie poniesie z rąk osób działających w obronie koniecznej (wyrok SN z 31 października 1973 r., II KR 139/73).

Andrzej Jankowski

Dowiedz się więcej na temat: zlodzieje | Pałki | obrona konieczna | tym | wyrok | ze | złodziej | zamachy | ten | napastnik | zlodziej | radny | właściciel | obrona

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy