Reklama

Czy Polska jest skazana na atomową przepaść?

Wprowadzenie w UE nowych wymagań klimatycznych, zwłaszcza co do emisji CO2 oraz wiele ograniczeń i opłat, spowodowało zatrzymanie modernizacji energetyki klasycznej w Polsce oraz groźbę wzrostu cen energii nawet o 50 proc. W stosunku do polskiej gospodarki to program dyskryminacyjny oraz hamujący.

Podporządkowując się nowym wymaganiom, przyjęta przez radę ministrów "Polityka energetyczna Polski do roku 2030" przewiduje m in. dywersyfikację struktury produkcji energii elektrycznej przez wprowadzenie energetyki jądrowej.

Ciąg na atomowy interes

Reklama

W styczniu 2009 r. rząd zdecydował o przygotowaniu programu polskiej energetyki jądrowej, który opracował i przedstawił do konsultacji społecznych, powołany w maju 2009 r. Pełnomocnik Rządu ds. Polskiej Energetyki Jądrowej, umocowany w randze podsekretarza stanu w ministerstwie gospodarki. Przewiduje się budowę i uruchomienie w Polsce dwóch elektrowni jądrowych o mocy 3000 MW każda. Inwestorem strategicznym została Polska Grupa Energetyczna (PGE), z której łona wyszła spółka córka i, wysunąwszy się na czoło spraw związanych z energetyką jądrową, przemówiła oświadczając, że jednak z uruchomieniem pierwszego bloku energetycznego; pierwszej siłowni zdąży do roku 2020 (czy tak twierdzi klub optymistów, w tym PGE?). Choć później realistycznie zauważyła, że ze względu na awarię w japońskiej Fukushimie budowa pierwszego bloku może się rozpocząć później niż planowano, ze względu na konieczność wprowadzenia zmian w programach postępowania awaryjnego.

Mamy galimatias z tą datą, a czas w miejscu nie stoi. Za to niedawno - 25 listopada 2011 r. - PGE ogłosiła, że trzy wybrane, potencjalne lokalizacje pierwszej naszej elektrowni jądrowej to: Choczewo (powiat wejcherowski, gmina Choczewo) - teren bezpośrednio nad Bałtykiem, Gąski (powiat koszaliński, gmina Mielno) - teren także bezpośrednio nad Bałtykiem oraz znany nam już Żarnowiec (powiat pucki, gmina Krokowa) - nad jeziorem Żarnowieckim. Ostateczna lokalizacja, zgodnie z Programem, ma zostać określona do końca 2013 r.

Na dodatek, w kwietniu 2010 r., o planach budowy swojej elektrowni jądrowej poinformowała grupa Enea S.A. Jakby nie było dosyć, w czerwcu zainteresowanie energetyką jądrową wyraził również Tauron S.A., który oświadczył, że będzie chciał objąć 49 proc. udziałów w spółce budującej pierwszy obiekt. W grudniu 2010 r. prezesi KGHM i Tauronu poinformowali o planach budowy wspólnej elektrowni atomowej. Jak widać ciąg na atomowy interes jest duży, co mogłoby nie dziwić, gdyby zbagatelizować znane wtajemniczonym, a oficjalnie niedomówione trudności, pułapki, pozorności, i zgoła - nierealności.

Nie uwzględniono potencjalnie możliwej katastrofy

Planuje się instalację reaktorów generacji III albo III+, bezpieczniejszych niż te, które eksplodowały w Czarnobylu, ale bezpiecznych tylko pozornie. Na naprawdę nowe rozwiązania należałoby poczekać od 20 do 40 lat, podczas gdy światowe złoża uranu zaczynają się stopniowo wyczerpywać i wykorzystuje się już ten z demontowanej broni atomowej, zaś kwestia odzysku i trwałego, bezpiecznego składowania zużytego paliwa jądrowego, pozostaje nierozwiązana.

Program Polskiej Energetyki Jądrowej podczas konsultacji społecznych został oceniony w sposób - delikatnie mówiąc - sceptyczny, co dobrze reprezentuje stanowisko Instytutu na Rzecz Ekorozwoju, które ukazuje jednostronność zawartej w tym dokumencie prognozy, lekceważenie istotnych zagrożeń związanych z energetyką jądrową, jak również brak równoprawnego pokazania alternatywy dla energetyki nuklearnej. W ocenie instytutu: w prognozie nie dokonano w sposób prawidłowy oceny potencjalnych skutków dla środowiska, ludzi i dóbr materialnych największej możliwej awarii. Zlekceważono problematykę odpadów promieniotwórczych, zarówno w świetle obaw społecznych, jak i prowadzonej w tym zakresie polityki UE.

Zbyt słabo udokumentowano koszty inwestycyjne i eksploatacyjne, które przy głębszej analizie okazują się najwyższe przy rozwoju energetyki jądrowej w porównaniu z innymi opcjami. Nie pokazano rzetelnie alternatywy dla energetyki jądrowej, co jest proceduralnym wymogiem, podważając w ten sposób równoprawne traktowanie programu i alternatywy w stosunku do niego a to jest niedopuszczalne. Po macoszemu potraktowano kwestie efektywności energetycznej, wzrostu udziału OZE w wytwarzaniu energii, problematykę energetyki rozproszonej, zmniejszenia energochłonności transportu i rozwoju lokalnych sieci elektroenergetycznych.

Tak przygotowana prognoza nie przedstawia opinii publicznej złożoności oraz wieloaspektowości problematyki energetyki polskiej. Nie pokazuje bowiem w szerokim stopniu wielu kontrowersyjnych aspektów energetyki jądrowej. Na przykład: bardziej niebezpieczne niż sam reaktor są nagromadzone po paru latach tysiące ton zużytego paliwa o dużej radioaktywności. Reaktor EPR, jaki miałby być zastosowany w Polsce, wymaga 120 ton silnie radioaktywnego paliwa, którego 1/3 trzeba co 18 miesięcy wymienić. Odpady z elektrowni jądrowych powinny być składowane przez ponad 100 tys. lat, czego koszty są trudne nawet do oszacowania.

Czy to ta sama "parszywa dwunastka"?

Pełnomocnik rządu zawiaduje departamentem energii jądrowej ministerstwa gospodarki, zatrudniającym personel w imponującej liczbie 12 osób - wliczając w to samego pełnomocnika, dyrektora departamentu i sekretariat. Osoby dobrze znające zagadnienia energetyczne twierdzą, że wśród tej dwunastki w problemach energetyki jądrowej orientuje się sam pełnomocnik, a w sposób wystarczająco profesjonalny, wpędzony już w wiek emerytalny, jeden z pracowników. Różnorodną resztę kadry zawiodły tam najpewniej rozmaite wypadki losu oraz niezbadane decyzje personalne. Dyrektorzy zmieniają się bezustannie. To już chyba w ciągu półtora roku piąty przypadek fluktuacji na najwyższym stanowisku. Ze spotkania na spotkanie albo z konferencji na konferencję przychodzi nowy. Aktualny na stanowisku jest od niedawna. O energetyce ma nie mieć rzekomo zielonego pojęcia, zaś o jądrowej w szczególności. Stan rzeczonego departamentu świadczy o stosunku rządu RP oraz kierownictwa ministerstwa gospodarki do energetyki jądrowej i utwierdza nas w wierze, jak poważnie projekt ten jest traktowany. A co jest traktowane poważnie? Prawdopodobnie jedynie kariery i osobiste profity.

"Zieloni", ale w innym niż ekologiczne znaczeniu

W ramach uprawiania fikcji, w końcu zeszłego roku Polska została przyjęta w poczet członków Agencji Energii Nuklearnej OECD, gdzie składka członkowska wynosi 130 tys. euro rocznie. Dodatkowo za 50 tys. euro moglibyśmy należeć do banku danych tej organizacji. Tymczasem naukowcom, dopominającym się o cenny dla tempa rozwoju badań i dostęp do odpowiednich informacji, zleca się opracowanie szczegółowych prognoz korzyści finansowych. Jeszcze zatem raz urzędnik nad uczonym góruje, bo temu ostatniemu tupetu i arogancji często brak (nie piszę o wszystkich urzędnikach), by z fusów co trzeba wywróżyć, a potem, jak wyjdzie inaczej, wyłgać się albo przeprosić.

Za ciężkie pieniądze pełnomocnicy oraz urzędnicy-pupile po świecie wycieczkują, twarze pokazują, znajomości nawiązują, kariery wspomagają, zaś na składkę żałują, choć dałaby ona Polsce na dziś i na zaś profity znacznie przekraczające jej wysokość.

Jeśli już jesteśmy przy kadrach, to Polska w tej dziedzinie ich nie posiada. Były na Żarnowiec, ale się w większości po świecie rozjechały. Pozostali są już tak zaawansowani wiekiem, że po zbudowaniu pierwszej elektrowni atomowej o własnych siłach do niej nie dotrą. Myśli się o uruchomieniu odpowiednich kierunków studiów. Ale to w Polsce trwa lata świetlne, a potem praktyka. A co z absolwentami będzie, jeśli program zostanie zarzucony? Francuzi kształcą nam tzw. edukatorów, którzy z kolei mają przyuczać innych. To coś, jak kursy na kartę rowerową dla przyszłych kierowców tirów.

A więc śpijcie spokojnie ekolodzy, bo ci, którzy zajmują się energetyką atomową, są zieloni. Poza tym nie mamy technologii, urządzeń ani paliwa do konstrukcji, eksploatacji i likwidacji takiego obiektu. Wszystko trzeba będzie kupić za granicą, co oprócz pogorszenia bilansu handlowego, uzależni nas technicznie oraz politycznie od innych. Jakby dotychczasowej zależności energetycznej nie było dość!

Cudowna perspektywa

Koszt wybudowania dwóch elektrowni jądrowych o mocy 3000 MW każda i pracujących na reaktorach III generacji, licząc po cenach z zeszłego roku, to według PGE ok. 100 mld zł. Po katastrofie w japońskiej Fukushimie konieczne i obowiązkowe będzie zastosowanie bardziej rozbudowanych, a także złożonych systemów zabezpieczeń. Ergo, będzie drożej i to dużo, bo systemy bezpieczeństwa w takich elektrowniach to potężna część kosztów. Eksperci twierdzą, że koszt wzrośnie przynajmniej o 20 proc.

A inne wydatki towarzyszące? Jak choćby cały czas trwające ekspertyzy, konferencje (ostatnio uczestniczyłam w warszawskiej konferencji międzynarodowych ram ds. współpracy w zakresie energii jądrowej - koszt takiej imprezy to przynajmniej kilkaset tys. zł dla 150 osób ze świata; egzotyczne nacje, uroczyste kolacje, delicje, gale), podróże służbowe, kampanie informacyjne, etaty, badania geologiczne i inne. Do ceny trzeba doliczyć demontaż i likwidację elektrowni oraz składowanie odpadów radioaktywnych. To da, optymistycznie licząc, doraźny koszt w wysokości ok. 150 mld zł.

Czy PGE zdobędzie takie pieniądze? Bardzo wątpliwe. Zdolność kredytowa tej grupy nie przekracza 16-17 mld zł. Zagraniczny inwestor, na podstawie Europejskiej Karty Energetycznej, zbuduje siłownię i będzie sprzedawał na miejscu oraz eksportował energię. My będziemy mieli całą gamę ambarasu z elektrownią atomową, a on zyski? Cudowna perspektywa! A jaka obiecująca dla rozwoju kraju! Co za niezależność!

Powrót do przeszłości

Koncentrując wysiłek logistyczny, finansowy i polityczny na tworzeniu energetyki jądrowej, Polska zaniedba i opóźni rozwój innych sektorów, a w konsekwencji całej gospodarki.

Obecnie żaden kraj zachodnioeuropejski, ani Kanada, ani USA nie budują elektrowni atomowych. W wielu państwach istnieje konstytucyjny lub ustawowy zakaz budowy takich siłowni i programy likwidacji już istniejących. Kraje rozwinięte, także pod wpływem katastrofy w Fukushimie, planują stopniowe wycofywanie się z energetyki jądrowej. I tak na przykład: Bundestag podjął decyzję o wyłączeniu ostatniego niemieckiego reaktora do roku 2022; Szwajcaria postanowiła wyłączać kolejno swoje do 2034; Belgia i Szwecja planują stopniową redukcję energetyki jądrowej; Japonia zapowiedziała rychłe zamkniecie wszystkich swoich 54 reaktorów. Za nimi idą inni i pójdą następni.

A my? My jak zwykle opóźnieni i na dodatek pod prąd. Gdy świat już na dobre będzie wycofywał się z energetyki jądrowej, Polska właśnie uruchamia pierwszą taką elektrownię. Gdy inni będą wdrażać nowe, czyste i bezpieczniejsze sposoby pozyskiwania energii, nasz rząd forsuje przestarzałą metodę. Może dla przyjemności Francuzów, którzy produkując 80 proc. energii elektrycznej w elektrowniach atomowych, są w kropce i starają się handlować swoją technologią? Francja, Finlandia i Rumunia, jako wyjątkowe przypadki potwierdzające regułę, zapowiadają - choć coraz mniej pewnie - konstrukcję elektrowni jądrowych.

Niewykorzystany potencjał

Milczy się u nas na temat wykorzystania ciepła z kogeneracji, czyli jednoczesnego wytwarzania go wraz z energią elektryczną i to w niemałych ilościach. Pomysły budowy wielkich bloków jądrowych, bez możliwości odbioru energii cieplnej, można było tolerować w epoce początków energetyki jądrowej, ale przyjęcie obecnie założenia, że ciepłem z elektrowni jądrowej się nie zajmujemy, jest co najmniej dziwne. Czyżbyśmy mieli podgrzewać otwarte wody, np. jeziora Żarnowieckiego, by hodować tam podzwrotnikową faunę i florę?

Wielu pamięta jeszcze czasy, gdy polscy inżynierowie i technicy budowali na całym świecie "elektrownie klasyczne". Byliśmy w tej dziedzinie jednym ze światowych liderów. Mamy potencjał ludzki i produkcyjny. Modernizacja istniejących obiektów oraz nowe inwestycje w okresie ostatniej półtorej dekady podniosły o 10 proc. sprawność elektrowni węglowych oraz znacznie obniżyły emisję zanieczyszczeń, spełniając z dużym zapasem wymagania z Kioto.

W ciągu ostatniego ćwierćwiecza przyrost konsumpcji energii elektrycznej w naszym kraju wyniósł jedynie 11 proc. W przyszłości może on być szybszy (choć, przy zmniejszeniu energochłonności przemysłu i strat oraz marnotrawstwa energii, wprowadzeniu programu oszczędności itd., nie musi), ale po modernizacji i rozbudowie krajowej bazy elektrowni węglowych mógłby być z zapasem zaspokojony. Korzystne warunki do rozbudowy energetyki węglowej stwarzają złoża węgla w rejonie Gubina, Cybinki, Mostów i Legnicy, które umożliwią powstanie dwóch ośrodków górniczo-energetycznych, dostarczających energię znacznie tańszą od tej z elektrowni jądrowych.

Wśród korzyści wynikających z utworzenia energetyki jądrowej wymienia się powstanie nowych miejsc pracy. Mówi się o ok. 1000 stanowisk, w tym tzw. specjaliści wymieniają bary, restauracyjki i usługi - kpina czy żart? Centrum węglowo-energetyczne to dziesiątki tysięcy miejsc pracy. W Niemczech, w klasycznej, nowej energetyce pracuje ponad ćwierć miliona osób.

Świat odchodzi od energetyki jądrowej

Zaniedbując rozbudowę i postęp w zakresie klasycznej i realnej energetyki termicznej, opartej na węglu czy gazie oraz porzucając rozwój odnawialnych źródeł energii, bazujących na biomasie, wietrze, energii słonecznej czy geotermalnej - na rzecz beztrosko promowanej energetyki jądrowej, która najprawdopodobniej nigdy nie powstanie i jeśli obecne tempo przyrostu zapotrzebowania na energię elektryczną się utrzyma, za kilka lat kraj stanie w sytuacji impasu energetycznego, deficytu energii - czytaj powstrzymania rozwoju gospodarczego.

Węgla wystarczy nam na co najmniej 160 lat, gazu łupkowego - według prognoz - na 350, a elektrownia gazowa jest czysta i buduje się ją kilka (ok. 4), a nie kilkanaście lat. Rozbudowujmy i rozwijajmy odnawialne źródła energii (OZE), bo sieci elektroenergetyczne są niedostosowane i nie stać nas na konstrukcję oraz spełnianie wymogów eksploatacyjnych elektrowni atomowych.

Trend światowy wskazuje na odchodzenie od energetyki jądrowej, rozbudowę systemów różnorodnych odnawialnych źródeł energii, poszukiwanie nowych rewolucyjnych technik wytwarzania energii. Czy w tych okolicznościach ma jakikolwiek sens angażowanie się w energetykę jądrową, która już w momencie wdrożenia będzie w okresie schyłkowym, ustępując miejsca udoskonalonym i czystym technologiom klasycznym, rozwiniętym OZE i nowym, właśnie opracowywanym lub jeszcze nieprzewidzianym metodom?

Postęp przyspiesza. Czy znowu mamy być zapóźnieni i bezskutecznie gonić ostatni wagon? Może lepiej robić swoje, a w odpowiednim momencie stworzyć nowoczesną lokomotywę. Nieracjonalne hasła pożytku, potrzeby, nieuchronności budowania polskiej energetyki jądrowej, głoszone są przez tych, którzy z samego faktu planowania i przygotowywania odnoszą doraźne korzyści oraz przez naiwnych i zindoktrynowanych przez tych pierwszych. Ktoś po prostu robi sobie z nas przysłowiowe atomowe jaja.

Karolina Michalczewska

Autorka jest ekspertem w zakresie energetyki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »