Reklama

Czy USA czeka nowe rozdanie?

Tegoroczne wybory w USA zapowiadają się niezwykle emocjonująco dla obu kandydatów i dla całego kraju, a ich konsekwencje dla rynków światowych mogą być istotne uważa John Hardy, analityk rynków walutowych Saxo Banku.

Kilka tygodni temu być może napisalibyśmy prognozę przedwyborczą zastanawiając się jedynie, jaka będzie druga kadencja Obamy, tak wielka była jego przewaga w sondażach. Ale wyścig zaostrzył się natychmiast po agresywnym wystąpieniu Romney'a i osaczeniu Obamy w czasie pierwszej debaty prezydenckiej na początku października.

Podczas gdy wynik wyborów waży się na ostrzu noża, przyjrzyjmy się szansom i zagrożeniom, jakie niesie ze sobą dla inwestorów każdy z rezultatów.

Impas nadal przeszkodą

Jeśli ostatnie cztery lata cokolwiek nam pokazały to to, że zarówno dla Prezydenta Obamy, jak i dla Prezydenta Romney'a stronnictwa i impas nadal stanowią poważną przeszkodę na drodze do zrealizowania jakichkolwiek istotnych nowych celów politycznych, zwłaszcza na froncie gospodarczym. Wydaje się, że Izba Reprezentantów będzie miała solidną republikańską większość, podczas gdy w Senacie niewielką przewagę utrzymają demokraci. Tak więc niezależnie od tego, kto wygra, impas będzie trwał jeszcze przynajmniej przez dwa lata, do czasu przypadających w połowie kadencji wyborów w 2014 r.

Reklama

Jednak między dwoma kandydatami jest kilka istotnych różnic, które mogą wywrzeć znaczący wpływ na rynki światowe, zwłaszcza w dalszej części przyszłego roku, gdy nadejdzie czas na decyzję, czy prezes Rezerwy Federalnej Bernanke pozostanie na stanowisku przez kolejną czteroletnią kadencję. W najbliższych kilku - a nawet kilkunastu - miesiącach lokator Gabinetu Owalnego będzie miał wpływ na trzy główne obszary: klif fiskalny, ogólne perspektywy gospodarcze dla USA i Rezerwę Federalną. Dziś przyjrzymy się pierwszym dwóm tematom; Rezerwę omówię jutro.

Klif fiskalny

Najpilniejszym zadaniem dla rynku jest teraz zrozumienie, w jakim zakresie prezydencja Obamy lub Romney'a zmieniłaby przebieg "klifu fiskalnego", tj. serii automatycznych cięć wydatków i podwyżek podatków (jako że ulgi podatkowe wygasają), które wejdą w życie 1 stycznia 2013 r., jeśli Kongres i Obama nie uzgodnią nowego układu. (Pierwsze posiedzenie nowego Kongresu odbędzie się 3 stycznia, podczas gdy kolejna kadencja Prezydenta USA zaczyna się 20 stycznia.)

Podstawowe założenie jest takie, że w przypadku nowego "rozdania" pewne złagodzenie klifu jest nieuniknione. Spoglądając w przeszłość, wydaje się niemal niepojęte, że Obama i Kongres nie patrzyli wystarczająco daleko w przyszłość, by przewidzieć paskudny moment, w jakim ten klif nadejdzie: wypracowanie nowego układu będzie zadaniem dla przegranego Kongresu, a może także dla przegranego prezydenta, którego motywacja jest wątpliwa.

Niezależnie od tego, kto wygra, podstawowe założenie jest takie, że wprowadzone przez Obamę ulgi w zakresie podatku od wynagrodzeń nie zostaną przedłużone, co natychmiast zmniejszy marginalną zdolność konsumentów do wydawania pieniędzy. Kolejną istotną kwestią na froncie podatkowym są ulgi podatkowe ery Busha, które wygasną, o ile nie zostaną przedłużone.

Jeśli wygra Obama, możemy się spodziewać paskudnej walki w Kongresie na temat wygaśnięcia ulg ery Busha oraz tego, czy należy je przedłużyć dla wszystkich, czy tylko dla tych, którzy zarabiają mniej niż 250 000 dolarów rocznie.

Gra w cykora i tak będzie ostra, ale klif fiskalny może okazać się marginalnie gorszy, jeśli drugą kadencję zdobędzie Obama. W przypadku nieznacznej wygranej Obamy niektórzy republikanie mogą stać się niesforni, chcąc zyskać punkty przed przypadającymi w połowie kadencji wyborami w 2014 r. Obama może też w swojej drugiej kadencji próbować rządzić cięższą ręką - w interesie swojej spuścizny, ale także dlatego, że nie będzie się ubiegał o ponowny wybór.

Jeśli wygra Romney, istnieje ryzyko, że Obama nie będzie miał motywacji, by wypracować układ z Kongresem. A może raczej będzie wolał wypracować układ hojny? Albo taki, który skutecznie opóźni większość decyzji o kolejny rok - by uniknąć nadszarpnięcia spuścizny? Klif fiskalny może się okazać mniejszym zagrożeniem w przypadku zwycięstwa Romney'a.

Gospodarka

Zazwyczaj konsensus jest taki, że dla gospodarki lepszy jest prezydent-republikanin niż prezydent-demokrata, po prostu ze względu na "pro-biznesową" postawę partii republikańskiej. Jednak nie zawsze tak jest.

Prezydent Obama: Kolejne cztery lata tej samej polityki, być może z wyższymi podatkami i bez prawdziwych cięć wydatków. Czy świat zacząłby tracić wiarę w amerykańskie bony skarbowe lub w dolara, gdyby krajowi nie udało się zmniejszyć deficytów, a Bernanke mógł drukować coraz więcej pieniędzy?

Obama najprawdopodobniej będzie musiał znosić ten sam impas w Kongresie, co przedtem, i może nie być w stanie wprowadzić żadnych nowych ustaw oprócz tego, co zostanie naprędce uchwalone dla złagodzenia klifu fiskalnego. To zostawia gospodarkę i rynki na łasce i niełasce polityki Rezerwy Federalnej. Bernanke dostałby zapewne kolejne cztery lata, ponieważ to właśnie Fed umożliwia rządowi życie ponad stan.

Prezydent Romney:

Rynek będzie oczekiwał, że polityka Romney'a może być bardziej przyjazna dla biznesu, zwłaszcza w perspektywie długoterminowej, jako że koszty "Obamacare" mogą zostać w końcu odsunięte, a także dzięki lżejszej polityce podatkowej. Jednak bardzo trudno jest określić, co rzeczywiście może osiągnąć Romney jako prezydent, gdyż obietnice wyborcze i ostateczne decyzje polityczne to często dwie zupełnie różne rzeczywistości.

Wydaje się, że Romney snuje tradycyjne republikańskie marzenia o możliwości cięcia podatków bez wpływu na przychody (wystarczy spojrzeć na fatalne historie Reagana i Busha II pod tym względem), cały czas wypowiadając się twardo w sprawie deficytu, a w rzeczywistości nie robiąc z nim absolutnie nic. Powiem jasno: ryzyko dla zaufania do amerykańskiego długu i amerykańskiej waluty jest takie samo zarówno w przypadku rządów Romney'a, jak i rządów Obamy.

Natomiast jeśli Romney rzeczywiście zrealizuje swoje obietnice co do cięć wydatków, ucierpią wyniki amerykańskiej gospodarki - nawet MFW ostatnio przyznał, że z analiz wynika, że mnożnik fiskalny (który pokazuje wpływ wydatków rządowych na gospodarkę) wynosi od 0,9 do 1,7, a nie - jak do tej pory zakładano - 0,5.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »