Reklama

Deflacyjne strachy na lachy?

Czerwcowy nieoczekiwany wzrost inflacji podważa kasandryczne przepowiednie rządu i NBP o grożącej nam deflacji, które wygodnie uzasadniały obniżki stóp procentowych do prawie zera. To sygnał, że inflacja była i jest u nas wyzwaniem dla polityki pieniężnej.

Po szczycie inflacji w lutym (4,7 proc.) przyszła pandemia, zamrożenie gospodarki, i alarm inflacyjny został odwołany przez wielu ekonomistów. Inflacja miała już "tylko spadać". O ile, od marca do maja taki scenariusz się spełniał, bo spadek cen (rok do roku) wyniósł w maju 2,9 proc., o tyle czerwcowe dane okazały się zimnym prysznicem dla wszystkich zwolenników głoszących szybki spadek cen. Bo stało się odwrotnie - inflacja podskoczyła do 3,3 proc.

Reklama

Jak bumerang wróciły pytania o słuszność cięcia na wyścigi stóp procentowych przez RPP, a także trafność przewidywań rządowych i banku centralnego, które w świetle najnowszych danych stają się wątpliwe.

Urzędowe lekceważenie inflacji

W sprawach inflacyjnych mamy w ostatnich miesiącach prawdziwy rollercoaster. Wzrost cen z przełomu roku został kompletnie zlekceważony przez Radę Polityki Pieniężnej, której z "odsieczą" przyszły dopiero gospodarcze skutki pandemii. Ale okazało się, że gdy po trzech miesiącach konsumenci i firmy zaczęli wracać do zakupów, problem cen wrócił jak bumerang. I zaskoczył ekspertów. Zawsze, gdy dzieje się coś wbrew powszechnym przewidywaniom okazuje się, że "coś poszło nie tak" i trzeba się przeprosić z rzeczywistością, która przerosła modele i analizy. Powody zawsze się znajdą: a to paliwo jest za drogie, a to w górę idą usługi ze względu na wyższe koszty, a to żywność nie chce tanieć tak, jak chcieliby tego optymiści. 

Co dalej z inflacją, która trzyma się tak mocno? Standardowym sposobem jej okiełznania byłaby podwyżka stóp procentowych, ale na taki ruch nie ma co liczyć w najbliższym czasie, zarówno z powodu dogmatycznego trzymania się niskiej ceny kredytu, jak i działań innych banków centralnych, które także tną do zera stopy. Na fali działań antykryzysowych dokonano w Polsce trzech szybkich obniżek stóp procentowych i główna spadła z 1,5 do zaledwie 0,1 proc. 

To sprawiło, że kredyt stał się tani jak nigdy w historii, ku uciesze - także przedwyborczej - wszystkich zadłużonych w złotówkach. Spadki cen przez trzy kolejne miesiące działały uspokokajająco na zwolenników zerowych stóp procentowych, tak samo jak oficjalne sygnały z NBP, bo zdaniem banku centralnego niższa aktywność gospodarcza na świecie, w tym w Polsce i niższe ceny surowców, miały sprzyjać dalszemu obniżaniu inflacji. Co więcej, jako ryzyko wskazywano spadek inflacji poniżej celu, który wynosi 2,5 proc. (plus/minus 1 pkt proc.). Jednak, o ile w maju taki pogląd mógł się bronić, to po czerwcu inflacja 3,3 proc. jest nie tylko powyżej celu, ale ponownie także blisko górnej granicy tolerancji. I powraca pytanie o zasadność cięcia stóp procentowych do nieomal zera. Ale nie tylko. 

Straszenie deflacją 

Czołowi politycy i sternicy polityki pieniężnej tak pośpieszyli się z "uśmiercaniem" inflacji w Polsce, że wielkiego zagrożenia doszukiwali się w... deflacji. Zarówno premier, jak i prezes NBP, postraszyli Polaków deflacją już w kwietniu. Co do zasady mają oczywiście rację, że deflacja jest bardzo groźnym zjawiskiem i należy się go bać, bowiem konsumenci wstrzymują się z zakupami, licząc, że za te same pieniądze będą mogli kupić więcej, a firmy obniżają ceny i tną koszty, aby konkurencyjnie się utrzymać.

Już raz w okresie transformacji doświadczyliśmy deflacji, bo ceny spadały przez długich 29 miesięcy i dopiero pod koniec 2016 roku zaczęły rosnąć. 

Doszło do tego, że szef NBP mówił, że w oczy zagląda nam groźba deflacji, a inflacja jest "ostatnim problemem". Na razie, przynajmniej po czerwcu, inflacja okazuje się problemem wcale nie ostatnim. Szczególnie dla oszczędzających, bo na skutek prawie zerowych stóp procentowych bezpieczne formy lokowania przynoszą im coraz większe realne straty.

Coraz trudniej zarobić na kredytach

Średnie oprocentowanie lokat spadło poniżej 1 proc., a umowne "0,01 proc." śni się zapewne po nocach wielu posiadaczom kapitału. Nie można mieć pretensji do banków, że najlepiej kapitał zbierałyby na rynku "za zero złotych", ponieważ i tak coraz trudniej im zarobić na kredytach. Osłabia to perspektywy ich działania, a także stabilność całego systemu bankowego, który dotychczas stawiany był za wzór w całej Europie.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

A deflacji na razie nie widać na horyzoncie. Można zaryzykować tezę, że straszak deflacyjny był potrzebny, aby łatwiej było przyjąć kontrowersyjne uzasadnienie szybkiego i tak głębokiego cięcia stóp. No bo przecież skoro nie zagraża nam inflacja, a jej przeciwieństwo, to zerowymi stopami nie ma co się przejmować, że doprowadzą do wzrostu cen, bo mimo że kredyt będzie tani jak barszcz, to teoretycznie ceny i tak polecą w dół. 

Paradoksalnie, scenariusz inflacyjny, a nie deflacyjny, to dobra wiadomość dla rządu, bo daje szansę na większe wpływy do budżetu. Inflacja pomoże też spłacić długi, których w ostatnich miesiącach państwo zaciąga na potęgę. Deflacja, szczególnie w długim okresie, byłaby wyniszczająca dla gospodarki, bo zabijałaby aktywność przedsiębiorców i konsumentów, a o solidnym wzroście gospodarczym musielibyśmy zapomnieć. Ale zanim ponownie decydenci zaczną straszyć deflacją, warto może zastanowić się co zrobić z inflacją, która jak na złość nie chce spadać, a bije w oszczędności Polaków. 

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Dowiedz się więcej na temat: inflacja | Polska | makroekonomia | zmiany stóp procentowych

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »