Reklama

Do widzenia recesjo

Recesję, która jeszcze w I kwartale zżerała polską gospodarkę, utopiliśmy z radością jak Marzannę. W II kwartale - pomimo kwietniowego lockdownu - wzrost będzie bardzo mocny. Nie zmienia to faktu, że wzrost polskiej gospodarki od kilku ostatnich lat nie jest zdrowy. Może się szybko wypalić. Czy wtedy czeka nas rozwój poniżej potencjału, a nawet stagnacja?


Powiedzmy od razu - dane o PKB ogłoszone przez GUS za I kwartał były gorsze od oczekiwań analityków. Spodziewali się oni spadku PKB (niewyrównanego sezonowo) o 1 proc., gdy tymczasem wyniósł on 1,2 proc. Tego nie można uznać jednak za duże zaskoczenie i prawdopodobnie nie jest czynnikiem, który zaciąży na silnym odbiciu w II kwartale. Wraz z otwarciem knajpianych ogródków właśnie się ono zaczyna.

Bardziej zaskakujące jest to, że PKB w I kwartale skurczył się aż o 1,2 proc. pomimo znakomitych danych za marzec. Przypomnijmy, że produkcja sprzedana przemysłu w marcu zwiększyła się o 18,9 proc. rok do roku, wobec wzrostu o 2,7 proc. w lutym. Sprzedaż detaliczna w cenach stałych w marcu była wyższa niż przed rokiem o 15,2 proc. Wartość polskiego eksportu wzrosła w marcu o 27,7 proc. rok do roku. Znaczenie tych faktów będzie można interpretować dopiero wówczas, gdy GUS poda pełne dane o PKB za I kwartał.

Po danych za I kwartał niektórzy analitycy skłonni są sądzić, że gospodarka odbije w II kwartale nawet o 9,5 do 10 proc. To nie jest wykluczone, ale cieniem na ten optymizm kładzie się kwietniowy lockdown. Przypomnijmy, że od 29 marca do 17 kwietnia Oxford Stringency Index, pokazujący w syntetyczny sposób siłę administracyjnych obostrzeń (100 oznacza całkowite "zamrożenie" aktywności gospodarczej i społecznej) utrzymywał się w Polce na poziomie 78,7, czyli dość wysokim. W czasie jesiennej fali od 8 listopada do 17 stycznia było to 75, z wyjątkiem "godziny policyjnej" w Sylwestra. 

Reklama

Dobry prognostyk

Znakomita część analityków odebrała dane za I kwartał jako dobry prognostyk na cały rok, niezmieniający całorocznych przewidywań sytuujących się w okolicach 4,5 proc. wzrostu. Na razie nic nie wskazuje na to, żeby te prognozy trzeba było rewidować. Nie można jednak nie brać pod uwagę zagrożeń. 

Najważniejszym z nich jest w dalszym ciągu sam rozwój pandemii. Naukowcy z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania UW przewidują możliwość wystąpienia kolejnej fali już w czerwcu, w związku z planowanym otwarciem szkół. Choć dodają, że nie będzie tak wysoka jak ostatnia, a wygaśnie wraz z nadejściem wakacji. 

Epidemiolodzy - pomimo szczepień - mówią o kolejnej "jesiennej" fali związanej z nowymi wariantami wirusa. Silną barierą dla wzrostu całej gospodarki będzie stosunkowo mała akceptacja dla szczepień. Sondaże pokazują, że 25 proc. Polaków nie zamierza się zaszczepić, podczas gdy przyjęcie szczepionki odrzuca tylko 13 proc. Amerykanów.    

Nauczyły się żyć z pandemią

Z drugiej strony widać, że przemysł i handel międzynarodowy nauczyły się "żyć" z pandemią. A jednocześnie w nienotowanym od lat tempie rosną ceny surowców, kosztów dostaw, występują braki w zaopatrzeniu, z powodu których zamykane są fabryki. W kwietniu występowały również duże braki w zatrudnieniu z powodu zachorowań. Skutki przejścia zakażenia SARS-COV-2 dla zdrowia ludzi, a tym samym dla wydajności ich pracy, mogą być katastrofalne i długotrwałe - alarmują lekarze. Na razie nawet nie wiemy, jaki odsetek populacji jest nimi dotknięty.  

Teraz kluczowe będą dane o wynikach produkcji, eksportu i sprzedaży detalicznej za kwiecień. A także o optymizmie konsumentów w maju. Ci ostatni mają do wydania odłożone przez ponad rok pandemii ok. 100 mld zł, czyli ponad 4 proc. PKB. To mogą być pieniądze, które poprawią statystyki wzrostu. Mogą rozpalić gospodarkę jak słoma, ale szybko wyczerpią się i zgasną.  

Kwiecień przed rokiem był miesiącem najsilniejszego "zamrożenia" gospodarki, w tym zamykania zakładów przemysłowych i gwałtownego zahamowania konsumpcji. Na tle takiej bazy dane za kwiecień tego roku muszą prezentować się imponująco. Co najważniejsze, z danych za kwiecień trzeba będzie odseparować efekt zeszłorocznej bazy, żeby zorientować się, na jakiej naprawdę ścieżce jest gospodarka.    

Nie ma co prężyć wątłych muskułów

Jeśli popatrzeć na dane o PKB za I kwartał wyrównane sezonowo, to wyglądają już znacznie słabiej. Przypomnijmy, że kiedy okazało się, iż polska gospodarka skurczyła się zaledwie o 2,7 proc. w pandemicznym 2020 roku, był to jeden z najlepszych wyników w całej Unii. 

W I kwartale tego roku PKB wyrównany sezonowo zmniejszył się, licząc rok do roku, o 1,7 proc., czyli o tyle, ile przeciętnie w całej Unii. Kilka państw mocno dotkniętych przez pierwszą falę zachorowań na wiosnę zeszłego roku i ponownie na jesieni zaczęło się z recesji trochę wygrzebywać. W Szwecji PKB zmalał o 0,2 proc., w Belgii - skurczył o 1 proc., a we Włoszech - o 1,4 proc. PKB Francji wzrósł w I kwartale o 1,5 proc. 

Po otwarciu gospodarki, a zwłaszcza usług turystycznych i innych świadczonych "twarzą w twarz", można oczekiwać, że PKB najsilniej odbije w tych krajach, gdzie te właśnie sektory mają największy udział w gospodarce, a więc w krajach Południa. Tam właśnie - z powodu ich zamknięcia - gospodarka skurczyła się najmocniej w ubiegłym roku. Na tym tle polska gospodarka wcale już nie będzie sprawiać wrażenia championa.   

A co nas czeka, jeśli popatrzymy na dalszą perspektywę? Warto pamiętać, że już 2019 rok pokazywał z kwartału na kwartał postępujące osłabienie polskiej gospodarki - coraz niższy wzrost. Paliwo konsumpcyjne w postaci 500+ czy "trzynastych" emerytur zaczynało się wypalać. Udział inwestycji w polskim PKB nie zmieniał się od lat i pozostawał na poziomie w okolicach 17 proc. Daleko od 25 proc., które w "Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju" premier Mateusz Morawiecki uznał, słusznie, za warunek "doganiania" przez Polskę zamożnego Zachodu. Spadek inwestycji w PKB nastąpił pomimo wciąż napływających do Polski szeroką rzeką hojnych środków z Unii. 

Klęska reformy wymiaru sprawiedliwości

Recesję, która jeszcze w I kwartale zżerała polską gospodarkę, utopiliśmy z radością jak Marzannę. W II kwartale - pomimo kwietniowego lockdownu - wzrost będzie bardzo mocny. Nie zmienia to faktu, że wzrost polskiej gospodarki od kilku ostatnich lat nie jest zdrowy. Może się szybko wypalić. Czy wtedy czeka nas rozwój poniżej potencjału, a nawet stagnacja? 

Dziś dla wszystkich jest oczywiste, dlaczego polskie przedsiębiorstwa wstrzymywały się z inwestycjami pomimo znakomitej koniunktury przed pandemią. Sam rząd zresztą to przyznaje: "istotną kwestią w otoczeniu przedsiębiorstw jest również sprawność, niezawodność, rzetelność i niezawisłość systemu sądownictwa oraz niezależność i sprawność działania instytucji regulacyjnych" - napisano w Krajowym Planie Odbudowy. Tak zwana reforma wymiaru sprawiedliwości odniosła całkowitą instytucjonalną klęskę, a galopada trwających od pięciu ostatnich lat zmian prawnych, w tym podatkowych (niekiedy zresztą słusznych), spowodowała ogromną niepewność prawną.         

Wzrost gospodarczy w latach 2016-2019 popychany był przez konsumpcję wspomaganą przez 500+ i inne socjalne dopalacze oraz przez rosnący w siłę eksport, konkurencyjny głównie za sprawą wcześniejszych inwestycji zagranicznego kapitału. Wzrostowi nie służyły zmiany strukturalne. Przeciwnie, 500+ i obniżenie wieku emerytalnego spowodowało "wypchnięcie" kilkuset tysięcy osób z rynku pracy. 

Retoryka rządu niechętna "obcemu" kapitałowi nie sprzyjała napływowi do Polski kolejnych zagranicznych inwestycji. Analitycy PKO BP zwracają uwagę, że bezpośrednie inwestycje zagraniczne spadły w I kwartale tego roku do wartości 1,1 proc. naszego PKB, co jest najgorszym wynikiem od 2017 roku. 

Ruszą inwestycje?

Inwestycje powinny w końcu ruszyć, bo na Polskę czekają wielkie pieniądze za sprawą Funduszu Odbudowy i nowej perspektywy budżetowej Unii. Z tzw. Polskiego Ładu widać, że na inwestycje rząd chce przeznaczyć 650 mld zł. To pieniądze publiczne, które oczywiście "podbiją" polski PKB, nawet jeśli zostaną wydane na odbudowę zamków lub betonowanie łąk. Kluczowe jest pytanie o ich jakość, o to, czy pieniądze te zostaną jedynie przepalone, czy też wydane w sposób dający długoterminowe stopy zwrotu. To zasadnicza różnica, która przesądzi o tempie wzrostu do 2030 roku, a także jeszcze później.  

W tej sytuacji konieczne jest przyciągnięcie do programów inwestycyjnych kapitału prywatnego, a z tym już mamy spore kłopoty. We współfinansowaniu inwestycji trudno będzie liczyć na polski sektor bankowy, którego rozwój wyraźnie wyhamował. Trzeba będzie przyciągać zagraniczny kapitał. I jemu także oferować stopy zwrotu. 

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Barierą wzrostu będzie rynek pracy, a raczej brak pracowników. Bo zanim znajdziemy się w cudownej erze cyfrowej, kiedy pracować będą wyłącznie roboty kierowane sztuczną inteligencją (co nota bene wymaga kolosalnych inwestycji prywatnych), ludzkie ręce (i mózgi) do pracy będą jeszcze potrzebne. Najniższej w Unii stopie bezrobocia w Polsce towarzyszy tymczasem jeden z najniższych wskaźników partycypacji, czyli udziału pracujących w populacji zdolnych do pracy. To druga, bardzo istotna bariera wzrostu na najbliższe dekady.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: makroekonomia | recesja | pandemia koronawirusa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »