Reklama

Dotacje mają kolosalne znaczenie

Rozmowa z Andrzejem Olechowskim, ekonomistą, byłym ministrem finansów i byłym ministrem spraw zagranicznych.

Rozmowa z Andrzejem Olechowskim, ekonomistą, byłym ministrem finansów i byłym ministrem spraw zagranicznych.

Małgorzata Schwarzgruber: Na ile uzasadniony jest optymizm wyrażany przez niektórych ekonomistów, że kryzys mamy już za sobą?

Andrzej Olechowski: Przeważa nastrój optymistyczny. Pytanie: czy to zasługa kroplówki czy sam pacjent lepiej się czuje? Nie jesteśmy do końca przekonani, że w gospodarce światowej przejawy ożywienia są naturalne, mogą być jeszcze wynikiem sztucznej stymulacji. Gdy chodzi o Polskę, to przy pewnym zadowoleniu, że przeszliśmy przez kryzys względnie suchą stopą, niepokoi fakt, że bezrobocie nie spada. A tak będzie, póki tempo wzrostu nie przekroczy 3 procent. Obawiam się, że do 2012 roku będziemy mieli niższe tempo.

Reklama

Jak w tej sytuacji ocenia Pan antykryzysowe działania rządu?

- Jestem zadowolony, że rząd nie podjął działań sugerowanych przez opozycję. Nie mogę jednak mówić o antykryzysowych działaniach, bo nie bardzo je widzę. Jedynym więc działaniem było stawianie oporu opozycji. I chwała rządowi na to.

Na czas kryzysu przypadł duży zastrzyk finansowy w postaci unijnych funduszy. Czy i jak w Pana opinii sprawiają one, że przebieg kryzysu nie był w Polsce tak gwałtowny jak w innych krajach? Jakie znaczenie przypisuje Pan ich oddziaływaniu na naszą gospodarkę?

- Kolosalne. Gdyby nie pieniądze z Brukseli, mielibyśmy w ubiegłym roku spadek PKB.

Dostali je także inni członkowie Unii, np. państwa nadbałtyckie, które gorzej poradziły sobie w kryzysie.

- To fakt, że te państwa bardzo mocno odczuły kryzys. Ale też trzeba pamiętać, że przez kilka lat miały znacznie wyższy wzrost niż my. Mogą też i w nadchodzących latach rosnąć szybciej niż Polska. Mówię to po to, aby podkreślić, że to nie jakość naszego systemu gospodarczego i polityki zadecydowały o tym, że nie było spadku. Powodem był przede wszystkim stan naszych przedsiębiorstw. Okazały się one być w doskonałej formie, zahartowały się bardzo w poprzednich latach w bojach o utrzymanie się na rynku.

Jakie głosy przedsiębiorców do Pana docierają?

- Fundusze unijne stały się już naturalną częścią naszego pejzażu w przypadku dwóch środowisk: samorządów, które tak planują projekty, aby jak najwięcej skorzystać z tej puli środków oraz drobnych przedsiębiorców i takich, którzy dopiero startują z działalnością. Te środowiska wymagały specjalnego wsparcia. Gdy rozmawiam z dużymi i średnimi firmami, w mniejszym stopniu są one zainteresowani tą formą wsparcia, co pewnie wynika z mniejszej puli przeznaczonej dla tej grupy.

Która droga jest lepsza: wydać szybko przyznane nam fundusze w tych programach, gdzie zainteresowanie przedsiębiorców jest bardzo duże, czy jednak rozłożyć je na kilka lat? Lepiej, abyśmy realizowali dużo małych projektów biznesowych, czy więcej wielkich projektów infrastrukturalnych?

- Odpowiem "nieekonomicznie". Polska gospodarka jest za mała, dlatego ludzie wyjeżdżają do pracy za granicę. Potrzebujemy więcej przedsiębiorców, którzy stworzą miejsca pracy. Naszą siłą są małe i średnie firmy, a nie te wielkie. Dlatego uważam, że powinniśmy starać się rozproszyć fundusze na tyle, aby trafiły do jak największej liczby ludzi i do jak największej liczby miejscowości. Aby pojawiły się wszędzie i stały się odczuwalne. Z praktyki wiemy, że małe inwestycje są mniej ryzykowne niż większe. Każdy bankowiec powie, że straty w sektorze małych przedsiębiorstw są mniejsze niż w przypadku średnich i większych.

W jakie dziedziny powinniśmy inwestować fundusze unijne, aby przyniosły one jak najwięcej korzyści gospodarce?

- Odpowiem klasycznie: powinniśmy inwestować we wszystko, co jest innowacyjne, i co przyspiesza w Polsce proces innowacji. W projekty dotyczące energooszczędności i ochrony środowiska. To obiecujący kierunek. Coraz częściej zwracamy uwagę, aby żyć zgodnie z naturą, kupujemy energooszczędne żarówki, segregujemy śmieci. Dobrze, aby powstała moda na takie zachowania, a powstanie ona wtedy, gdy będziemy otoczeni firmami, które będą nas do tego zachęcać, zachwalać swoje produkty, bombardować ofertami. Polska jest dużym krajem, więc trudno mówić o "specjalnościach" w inwestycjach, poza pewnymi drogowskazami: innowacyjność, energooszczędność - to kierunki przyszłościowe.

W kierunku innowacyjności powinien iść nowy budżet UE na lata 2014- 2020. Tak chcą głównie starzy członkowie wspólnoty, nowe kraje muszą jeszcze wiele nadrobić w budowie infrastruktury. Jak znaleźć złoty środek?

- Trzeba się podciągnąć. Nadrobienie opóźnień w infrastrukturze zajmie nam jeszcze trochę czasu. Nie możemy jednak zapominać o innowacjach. A jakoś nie słychać, aby ministrowie czy premier wypowiadali się na ten temat, aby toczyła się poważna debata. Toczy się ona w Brukseli, a nie u nas. Przy globalnej gospodarce, gdy nie możemy konkurować niższymi kosztami pracy, trzeba zwrócić się ku innowacjom. Potrzebna jest jednak współpraca sektora nauki z przemysłem, uczelni z przedsiębiorcami, a rząd musi stworzyć taki system, który dopinguje do innowacji. Czy jest to możliwe? Popatrzmy na Finlandię, której w niedługim czasie udało się takie przedsięwzięcie.

Podziela Pani ocenę eksperta BCC dr Jerzego Kwiecińskiego, że "samolot z unijnymi funduszami wreszcie wystartował" i jest duża poprawa w wydawaniu tych pieniędzy?

- Wydawanie funduszy idzie nam nieźle, co nie znaczy, że organizacje przedsiębiorców i media nie powinny bić na alarm w razie jakichś zatorów i opóźnień. Mamy ugruntowane przeświadczenie, że na naszych urzędnikach nie bardzo można polegać, więc trzeba patrzeć im na ręce. Ale to dobry przykład, że gdy pilnujemy spraw, na jakich nam zależy, idą one do przodu. Zainteresowanie funduszami przekroczyło nasze przewidywania, o czym najlepiej świadczą kolejki przed urzędami. Ludzie zrozumieli, że to dla nich szansa.

Jak ocenia Pan rolę banków w pomocy przedsiębiorcom? Nie podchodzą zbyt ostrożnie do tej grupy klientów?

- Skoro coraz lepiej wydajemy fundusze unijne, znaczy to, że i pośrednik finansowy skuteczniej działa. Niektóre banki uznały to za swoją specjalność i przekonują, że to one najlepiej obsłużą unijne projekty. Kryzys pokazał, że banki są na dobrym poziomie, w żadnym wypadku nie są "blaszkami cholesterolowymi'' w naszym krwioobiegu. Nie hamują przepływu pieniądza, nie powodują zawałów. Był taki moment zawahania, zwiększonej ostrożności i niepewności, co do kierunku w ostrej fazie kryzysu finansowego, ale trwało to zaledwie kilka tygodni.

Czy podanie daty, kiedy możemy znaleźć się w strefie euro, byłoby wróżeniem z fusów?

- Dość powszechnie się uważa i ja też podzielam ten pogląd, że 2015 rok jest sensowną datą. Chciałbym jednak widzieć więcej determinacji liderów politycznych, że jest to naszym celem.

Dziś nie spełniamy żadnego z kryteriów.

- Kryzys uzmysłowił nam, że nie tylko data jest istotna, ale też kurs, po którym wejdziemy do strefy euro. Dziś jeszcze za mało na ten temat dyskutujemy, a powinniśmy, gdy popatrzymy na doświadczenia Słowaków. Euro oszczędziło im wielu wahań kursów, które my przeżyliśmy, gdy kurs franka szwajcarskiego poszybował w górę i zaczęły się kłopoty z kredytami, doszło do spekulacji na opcjach kredytowych. Euro jest trochę jak konstytucja: sprawdza się w długim okresie. Na razie wspólny pieniądz fantastycznie funkcjonuje, a przecież Europejczycy wymyślili go jako projekt polityczny, nie brakowało wówczas opinii, że to szalony pomysł.

Jaki wpływ będzie to miało na absorpcję funduszy unijnych?

- Wejście do strefy euro spowoduje większą stabilność gospodarki. Wyrówna też boisko, na którym nasi przedsiębiorcy konkurują z zagranicą. Dziś koszty finansowania w strefie euro są niższe niż w Polsce, co ma wielkie znaczenie przy twardej konkurencji, gdy liczą się ułamki. Dlatego za wejściem Polski do strefy euro optują przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy zyskaliby podobne warunki, jak ich koledzy w krajach, które mają wspólną walutę. W innych dziedzinach boisko jest już wyrównane. No, może poza regulacjami państwowymi: w Polsce na przykład na pozwolenie budowlane czeka się ponad 300 dni, a w Niemczech - sto. Ale i dla konsumentów euro będzie korzystne - będziemy mogli dobrze porównywać ceny i eliminować pazernych dostawców.

Małgorzata Schwarzgruber

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »