Reklama

Droższy kredyt... wyjdzie nam na zdrowie

Nawet spóźnione i w tempie mającym znamiona paniki monetarnej podwyżki stóp procentowych są dobrą wiadomością dla polskiej gospodarki. Pomogą przyhamować szalejącą inflację, schłodzić rozgrzany rynek nieruchomości i rozpocząć stopniową odbudowę w bankach oszczędności zdemolowanych przez inflację. Sprawią też, że chętni do brania w owczym pędzie wcześniej rekordowo tanich kredytów zastanowią się teraz dwa razy i policzą dokładnie, czy ich na to stać.

Niestety, dwie z rzędu podwyżki stóp procentowych (głównej do 1,25 proc.) przez Radę Polityki Pieniężnej szybko nie przełożą się na pozytywne rezultaty na froncie walki z inflacją, która według wstępnych danych wystrzeliła w październiku aż do 6,8 proc.

Bo nie mogą. Efekty zmian ceny kredytu przychodzą dopiero po długich kwartałach. Ale dobrze, że w końcu ucichła ze strony sterników polityki pieniężnej wątpliwa retoryka o "przejściowej" inflacji, która miała usprawiedliwiać ich bezczynność. Szkoda tylko, że stało się to dopiero w momencie, gdy wystrzeliła ona do 6-7 proc. i mówiąc wprost: wymknęła się spod kontroli, stając się dla gospodarki i gospodarstw domowych ogromnym problemem.

Reklama

Niestety, znaleźliśmy się bardzo blisko zaprzepaszczenia jednego z największych osiągnięć trzech dekad transformacji - stabilnego pieniądza, którego wartość nie topnieje w oczach, jak na przełomie lat 80. i 90. poprzedniego wieku, gdy bankrutowała centralnie sterowana ekonomia PRL-u. Oczywiście, nie ma mowy dziś o żadnej hiperinflacji jak wówczas, ale ponad 7 proc., jaką najprawdopodobniej zobaczymy już w najbliższych kolejnych miesiącach, dla gospodarki na takim etapie rozwoju jak nasza, jest czymś tak samo nieakceptowalnym, jak blisko 80 proc. miesięczna (a nie roczna) inflacja na początku lat 90. zeszłego wieku.

A że cena kredytu została podniesiona obecnie z ogromnym opóźnieniem, to i tempo, i skala wzbudzają poczucie, że to próba rozpaczliwego ratowania nie tylko reputacji osób odpowiedzialnych za politykę monetarną, ale także perspektyw całej gospodarki, której inflacja zadaje cios.

Tłumaczenie, że wysoka inflacja jest ceną za uniknięcie głębszej recesji w okresie pandemii jest propagandowym chwytem i dorabianiem historii, gdy - mówiąc potocznie - mleko się rozlało. Gdyby nie ścięcie w pośpiechu stóp procentowych do blisko zera na początku pandemii w 2020 roku i pompowanie pieniędzy do gospodarki ponad potrzebę, inflacja byłaby dziś znacznie bliżej oficjalnego celu 2,5 proc. (plus/minus 1 pkt proc.). Bo sam wzrost cen nie jest niczym złym, ale umiarkowany i pod kontrolą.

Wiele wskazuje na to, że powrót do celu inflacyjnego będzie mozolny, nawet po ewentualnych kolejnych podwyżkach stóp, i może zająć to nam nawet do dwóch lat. Na niektóre czynniki inflacjogenne nie mamy w kraju wpływu, np. galopujące globalne ceny żywności czy surowców. Zatem nie mamy wyboru i do wysokiej inflacji trzeba będzie się przyzwyczaić ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Jednak kilka pozytywnych efektów już dokonanych podwyżek stóp może przyjść dużo wcześniej.

Wzrost ceny kredytu przełoży się szybko na wyniki odsetkowe banków, które były pod tak ogromną presją, że nie chciały już nawet przyjmować depozytów od firm i ludności, bo nie potrafiły na nich zarabiać przekuwając na kredyty. Doszło do paradoksalnej sytuacji, gdy otwarcie mówiono o możliwości wprowadzenia ujemnego oprocentowania depozytów, czyli faktycznego dopłacania bankom za to, że przechowuje się u nich pieniądze. Byłoby to wręcz postawienie ekonomii na głowie, trudne do zrozumienia i zaakceptowania przez rzesze przedsiębiorców i konsumentów, jako po prostu niezgodne ze zdrową logiką i rozsądkiem.

Podwyżki stóp doprowadzą do poprawy sytuacji finansowej banków i rozważania o ujemnym oprocentowaniu depozytów odejdą do historii. Ktoś może powiedzieć: "No tak, jak zawsze na wszystkim zarobią bogaci bankierzy, a stracą zwykli ludzie...". Ale zdrowa gospodarka działa właśnie tak, że banki potrafią się utrzymać dzięki marży odsetkowej, a nie niebotycznemu śrubowaniu opłat i prowizji, albo dopłatom do depozytów. Sektor bankowy musi być stabilny, bo to podstawa stabilnej gospodarki.

Z podwyżek stóp procentowych niezadowoleni będą spłacający pożyczki na zmienny procent. Ich wyższe raty dotkną najszybciej. Ale droższy kredyt będzie mieć też pozytywny efekt psychologiczny, bo nie jest tak, że każdego stać na kredyt. A kurczowe utrzymywanie prawie zerowych stóp procentowych powodowało, że dość powszechne stawało się przekonanie, że tak może być do końca świata i o jeden dzień dłużej. Nic bardziej błędnego i niebezpiecznego nie można zafundować słabo wyedukowanym ekonomicznie kredytobiorcom.

Jednak obowiązująca aż do października tego roku retoryka utrzymywania stóp procentowych na niezmienionym poziomie co najmniej do 2022 roku mogła dawać złudne przekonanie, że kredyt był, będzie i pozostanie wyjątkowo tani.

Podwyżki ceny kredytu przyniosą otrzeźwienie wielu chętnym, którzy dwa razy się zastanowią, zanim pójdą do banku po pożyczkę. A ewentualne kolejne podwyżki stóp tylko wzmocnią ich ostrożność. Oczywiście nie chodzi o to, aby zahamować akcję kredytową, bo jest ona ze wszech miar potrzebna gospodarce. Jednak zapożyczać się powinni ci, których stać na spłatę długu nawet w bardziej niesprzyjających okolicznościach, np. z wyższym oprocentowaniem. Alternatywą jest budowanie na własne życzenie portfela złych kredytów, które obciążają banki, a gospodarstwa domowe mogą prowadzić do fali upadłości.

Szczególnie ważny będzie chłodzący wpływ droższego kredytu na rynek nieruchomości, który rozgrzał się do czerwoności nie tylko za sprawą obiektywnego zapotrzebowania na mieszkania w Polsce, ale także rozpaczliwego przesuwania grubych miliardów złotych z lokat bankowych w poszukiwaniu szansy na ochronę kapitału lub niewielki realny zarobek ponad inflację, np. z najmu. Zobowiązania hipoteczne zaciągane są na 20-30 lat i w tym czasie przecież wiele może się wydarzyć, jeśli chodzi o zdolność do obsługi zadłużenia. Tym bardziej, jeśli wzrośnie koszt kredytu.

Dlatego biorący jeszcze w zeszłym miesiącu kredyty rekordowo tanie w historii, np. na 3 proc., powinni zdawać sobie sprawę, że w przyszłości mogą płacić np. 6 proc. albo i więcej. I nie będą zupełnie mieć na to wpływu, jeśli stopy procentowe tak bardzo pójdą w górę. Zatem droższy kredyt powinien doprowadzić do schłodzenia rynku nieruchomości, aby nie doszło do dalszego pęcznienia i w końcu pęknięcia bańki spekulacyjnej, która pogrążyłaby wielu kredytobiorców.

Osobną sprawą jest zahamowanie szaleńczego wzrostu cen, podszytego spekulacyjnymi zakupami przez zagraniczne fundusze i rodzimych graczy, ponieważ obniża to dostępność własnego lokum np. dla młodych ludzi, szczególnie w dużych miastach. Jeśli na rynek nieruchomości nie będzie wlewało się tyle gorącego pieniądza, co dotychczas, np. z lokat bankowych, to zmniejszy się także presja na wzrost cen. I powinno przynieść to lepszą perspektywę zaspokojenia głodu własnego lokum niż polityczne obietnice budowy bez pozwolenia małego, białego domku o powierzchni 70 metrów.

Z drugiej strony, kluczowe pytanie nurtujące posiadaczy oszczędności brzmi: kiedy banki dadzą zarobić więcej na lokatach? Przy tak ostrym zwrocie w polityce monetarnej naturalne jest, że w pierwszej kolejności idzie w górę cena kredytów, a dopiero w drugiej - oprocentowanie depozytów. Pewne jest, że im szybciej zostaną podjęte kolejne decyzje o podwyżkach stóp i na im wyższym poziomie ostatecznie się one znajdą, tym szybciej i mocniej wzrośnie oprocentowanie lokat. Jednak trudno nawet rysować horyzont czasowy, w którym lokaty znowu dawałyby chociaż ochronę kapitału, czyli ich oprocentowanie pokrywałoby stratę wynikającą z inflacji.

Na razie mamy tak totalny rozjazd lokat i inflacji, że posiadacze oszczędności w bankach realnie liczą blisko 7 proc. stratę. Zatem mamy ogromną erozję wartości oszczędności, która na razie ma szansę zostać jedynie ograniczona, ale nie wyeliminowana. I to nie jest na pewno wiadomość, jakiej oczekiwaliby posiadacze lokat, ale na pewno lepsza niż sytuacja, z jaką mieli do czynienia dotychczas. Czas taniego pieniądza i co za tym idzie umownych lokat "na zero procent" przechodzi do historii.

Bilans blisko dwuletniej inflacyjnej wolnoamerykanki (warto tutaj przypomnieć, że ceny zaczęły niepokojąco piąć się w górę już na przełomie 2019 i 2020 roku), tylko chwilowo przyhamowanej przez skutki lockdownu gospodarki, jest fatalny, bo doszło do prawdziwego zdemolowania wartości oszczędności rzeszy gospodarstw domowych.

A nie tak dawno przecież budowa długoterminowych oszczędności miała być, przynajmniej propagandowo, jednym z filarów dobrobytu w Polsce. Tyle, że to niewykonalne przy szalejącej inflacji i utrzymywaniu prawie zerowych stóp procentowych. Tak nie buduje się dobrobytu, lecz skazuje na porażkę oszczędzających.

Dlatego dobrze się dzieje, że wkroczyliśmy w erę droższego kredytu, bo wyjdzie gospodarce na zdrowie. Teraz najważniejszym wyzwaniem dla polityki pieniężnej będzie takie jej skalibrowanie, aby - mówiąc potocznie - nie wylać dziecka z kąpielą, czyli nie zahamować wzrostu gospodarczego. Dlatego potrzebne są decyzje RPP przemyślane długoterminowo, wsparte jasnym i profesjonalnym przekazem komunikacyjnym, a nie "zaskakiwanie" zmianami stóp uczestników rynku, bo to wręcz nie przystoi na tym poziomie. Hydra inflacji na dobre już podniosła swój łeb i trzeba przeciwdziałać.


Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »