Reklama

Energetyczne dylematy

W 2014 r. mija 10 lat odkąd Polska została wcielona w szeregi państw członkowskich Unii Europejskiej. Do naszych obowiązków dołożono konieczność podporządkowania się różnorakim dyrektywom, między innymi tym, dotyczącym ekologii i energii, które (okiem przeciętnego Polaka) pojawiają się w mediach z częstością większą od pozostałych.

Do roku 2020 Unia Europejska chce osiągnąć 20-proc. udział energii odnawialnej, w stosunku do całkowitego jej zużycia oraz 10-proc. udział energii odnawialnej w całkowitym jej zużyciu w zakresie transportu. Zaangażowanie Polski polega na uzyskaniu pułapu 15 proc. energii ze źródeł odnawialnych, w stosunku do całkowitej. Kolejnym, nieco bardziej odległym etapem jest stopniowa redukcja emisji CO2 o 40 proc. (do roku 2030) i 60 proc. (do 2040 r.).

Jak wygląda redukcja CO2 w praktyce?

Reklama

Zatrzymajmy się na moment przy redukcji emisji dwutlenku węgla. Unia kładzie na ten proces duży nacisk. Powszechnie znana jest szkodliwość tego gazu względem środowiska (którym są także istoty ludzkie). Redukcja emisji CO2 wiąże się z zakupem kosztownej aparatury, wprowadzeniem nowych rozwiązań technologicznych, wymagających reorganizacji dotychczasowego porządku. Czy jest to rzeczywiście konieczne, czy może raczej to tylko fanaberia i moda na bycie "eko"? Proste liczby pozwalają podważyć słuszność tak restrykcyjnych ograniczeń.

Szacuje się, że obszar Unii Europejskiej odpowiada za produkcję około 7 proc. dwutlenku węgla w skali całego świata. Lwia część całości należy do dwóch obszarów: Chin oraz USA. Oznacza to, że Polska odpowiada za produkcję poniżej 1 proc. CO2 w skali globalnej, a jeśli, podporządkowując się dyrektywom UE, zredukuje jego emisję, to będzie ona sięgać dziesiętnych części procenta - czyli niewiele się zmieni. O ile Unia Europejska jest (lub powinna być) w stanie utrzymać porządek na własnym podwórku, o tyle nie ma wpływu na poziom emitowanego CO2 przez wcześniej wspomniane Chiny czy Stany Zjednoczone. Przykłady dobrego zachowania proekologicznego powinny być zaserwowane w momencie tworzenia i rozwoju potęg gospodarczych. Obecnie konkurencyjność gospodarki europejskiej spada, bo żyjemy w dobie, gdzie każdy szuka sposobu na oszczędności.

A może Odnawialne Źródła Energii (OZE)?

Sen z powiek spędza także obowiązek zwiększenia produkcji i zużycia energii ze źródeł odnawialnych. Powstaje pytanie, czy rzeczywiście powinno się wszystkie kraje Unii mierzyć jednakową miarą? Polskie ziemie bogate są w zasoby węgla kamiennego i brunatnego, który wydobywany i użytkowany jest od lat. OZE, czyli Odnawialne Źródła Energii, to przede wszystkim: energia wodna, geotermalna, słoneczna i wiatrowa oraz biopaliwa, biomasa i biogaz.

Praktycznie mają one zastosowanie w postaci na przykład: kolektorów słonecznych, farm wiatrowych czy elektrowni wodnych. Pozyskiwanie energii z takich źródeł uważa się za bardziej przyjazne środowisku naturalnemu. Z resortowych informacji wynika, że Polska już w roku 2010 uzyskała 9,5 proc. energii ze źródeł odnawialnych (mając w rzeczywistości czas do 2014 r. na osiągnięcie takiego wyniku).

Przewidziane są możliwości wsparcia finansowego dla rozwoju OZE, zależące od charakteru, efektywnej mocy i roku oddania urządzenia wytwarzającego energię do użytku. Z jednego źródła produkcja energii jest tańsza, z innego droższa, np. energia wodna, gdzie 1 MWh pochłania około 100 zł i energia słoneczna, gdzie koszt takiej samej jednostki jest od 6 do 12 razy wyższy. Przewiduje się, że względem Polski największe znaczenie będzie miała odpowiednio: energetyka wiatrowa i słoneczna. Rząd zdecydowanie zamierza wspierać OZE, jednak nadal nie wycofuje się z planów budowy elektrowni atomowych, mających być uzupełnieniem tworzenia energii. Należy jednak wspomnieć o fakcie, że obecnie nasi zachodni sąsiedzi - Niemcy - zamykają swoje elektrownie atomowe, inwestując w farmy wiatrowe.

Czy więc nasze rozwiązanie jest słuszne? Energia atomowa to kontrowersyjne źródło, bo pochłania nie tylko wiele nakładów finansowych, lecz także może pochłonąć niezliczone istnienia ludzkie.

Wracając jednak do tematu OZE (ściśle ujmując - pozyskiwania energii słonecznej) należy rozważyć wpływ na środowisko procesu produkcji kolektorów słonecznych. Fotowoltaika to rozwiązanie wyoskotechnologiczne. Komponenty do produkcji ogniw to przede wszystkim tworzywa sztuczne, otrzymywane w obecności rozpuszczalników organicznych, metali ciężkich i innych substancji, których ze środowiska łatwo pozbyć się nie jest, a sieją one ogromne szkody. Dodatkowo panele słoneczne to nie ponadczasowe urządzenia, które będą służyć wiekami, a wiążąca się z tym ich utylizacja to kolejny aspekt, który trzeba dokładnie rozpatrzyć i pod względem finansowym, i w kontekście wpływu na środowisko naturalne.

Stereotypy czy praktyka rozwiązań?

Kopalnie węgla usytuowane są w miejscach jego występowania - proste i logiczne. Minusem konkretnej lokalizacji jest potrzeba transportu wydobytego surowca do kolejnego miejsca. A transport to koszty, to także emisja gazów cieplarnianych i spalin. Plusem OZE jest zatem możliwość wybudowania elektrowni (wodnych, wiatrowych) lub zamontowania kolektorów słonecznych w miarę równomiernie na terenie całego kraju (w zależności od predyspozycji naturalnych regionu). Dzięki temu nie ma potrzeby dalekiego transportowania energii (mniej strat) i istnieje szansa na powstawanie nowych miejsc pracy.

Na arenie europejskiej Polska, niestety, nie wypada zbyt pozytywnie pod względem polityki efektywności energetycznej, szczególnie w zakresie celów redukcyjnych. Wynika to częściowo z zakorzenionego postrzegania naszej energetyki przez pryzmat kopalni węgla. Jest to źródło sprawdzone, dobrze wykorzystywane, stąd też niechęć do zmian, które wymagają nakładów finansowych i pracy.

Dodatkowo efekty energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych trudno jest obliczyć wprost, ponieważ Polska to kraj leżący w sercu Europy, gdzie tak naprawdę pogoda i klimat warunkują to, która metoda energetyczna będzie wiodła prym: słoneczna, wiatrowa czy wodna, więc decyzje inwestycyjne nie są tak oczywiste, jak w krajach skandynawskich czy południowoeuropejskich.

dr Beata Glinkowska

adiunkt w Katedrze Zarządzania na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego

inż. Adrianna Glinkowska

od pięciu lat związana jest z wydziałem Chemicznym Politechniki Łódzkiej

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »