Reklama

EU-ETS. Emisje CO2 drożeją w zastraszającym tempie

Ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla wzrosły w ciągu roku skokowo, o ponad 145 proc. Obecnie kosztują 86 euro za tonę. Eksperci oceniają, że dojście do 100 euro jest kwestią czasu. Drogie prawa do emisji stanowią duże obciążenie dla energetyki, ciepłownictwa i przemysłu. Rozpoczęła się dyskusja o reformie systemu EU-ETS na szczeblu unijnym.

System handlu uprawnieniami do emisji CO2, czyli EU-ETS, został uruchomiony w 2005 roku. Obejmuje on kilka sektorów odpowiadających za około 40 proc. emisji CO2 - elektroenergetykę, ciepłownictwo, przemysł i lotnictwo. Emitenci dwutlenku węgla muszą pozyskiwać i umarzać uprawnienia do emisji CO2. Są one kupowane na rynku, przy czym ciepłownictwo, przemysł i lotnictwo otrzymują część uprawnień za darmo.

Z roku na rok pula dostępnych certyfikatów maleje, a ograniczona podaż podnosi ceny uprawnień. Cel jest jeden - doprowadzić do redukcji emisji gazów cieplarnianych poprzez finansowe motywowanie firm do przechodzenia na nisko- i zeroemisyjne rozwiązania. Wysokoemisyjna działalność staje się droższa niż wykorzystująca czyste technologie.

Reklama

Nie widać końca wzrostów

Ostatni rok przyniósł nieprawdopodobną zwyżkę cen uprawnień. Jeszcze rok temu kosztowały one 35 euro za tonę, tymczasem dziś trzeba za nie płacić ponad 85 euro za tonę. Analitycy podkreślają, że dojście do 100 euro za tonę jest tylko kwestią czasu. Wcześniej szacowano, że takie poziomy osiągniemy w okolicach 2030 roku. Dynamika wzrostów zaskoczyła wszystkich. Na pewno wspierała je zdecydowana polityka prośrodowiskowa w UE i podwyższenie celów redukcji emisji z 40 do 55 proc. na 2030 r.

Ze strony niektórych państw UE, w tym Polski, słychać zarzuty, że system został wypaczony przez spekulantów. Po ostatnim silnym wzroście posypały się oskarżenia, ze zawładnęły nim fundusze inwestycyjne i inne podmioty, które chcą na emisjach zarobić i sztucznie windują ceny uprawnień. - ETS w obecnej formie to gratka dla giełdowych graczy często niezwiązanych z rynkiem energii. W ten sposób uprawnienia do emisji stają się tak samo dobrym towarem do wirtualnego handlu, jak bitcoin czy akcje giełdowych spółek - mówił w grudniu premier Mateusz Morawiecki.

Głos w tej sprawie zabrał Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych, który w raporcie poinformował, że sam wzrost liczby uczestników rynku nie jest dowodem, że dochodzi na nim do nieprawidłowości. Ocenia on, że obecny wzrost cen to efekt reformy rynku, polityki klimatycznej i zakłóceń wywołanych przez pandemię.

Czas na reformę?

Dużo mówi się o korekcie systemu ETS. Polska złożyła do KE wniosek o reformę systemu handlu emisjami CO2. Jak przekonuje minister klimatu i środowiska Anna Moskwa, pierwszym działaniem, które powinna podjąć Komisja Europejska, powinno być wycofanie podmiotów finansowych z rynku uprawnień do emisji.

Wśród innych propozycji, które się pojawiają, jest wprowadzenie limitów transakcyjnych czy podatku od transakcji, wyłączanie podmiotów finansowych z aukcji w pierwszym kwartale każdego roku czy wprowadzenie maksymalnej kwoty oferty na aukcjach uprawnień czy wzmocnienie istniejących zabezpieczeń.

Problem może stać się jeszcze bardziej dotkliwy, bo w "Fit for 55" proponuje się, by do systemu handlu emisjami włączyć kolejne branże - budownictwo i transport drogowy. Polskie władze chcą zablokować rozszerzenie handlu emisjami na kolejne sektory. Według nieoficjalnych informacji przeciwna temu jest nie tylko Polska, ale też Francja, Czechy, Węgry i Słowenia.

Dostępne środki

W puli darmowej uprawnienia są przyznawane głównie instalacjom narażonym na ucieczkę emisji CO2. Z kolei pulę aukcyjną sprzedają państwa członkowskie (podstawowa i pula z mechanizmu solidarnościowego) oraz dedykowane fundusze, Fundusz Modernizacyjny i Fundusz Innowacyjności, za pośrednictwem Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

W związku z różnymi uwarunkowaniami krajów członkowskich pojawiają się mechanizmy wsparcia, które mają ułatwić redukcję emisji. To mechanizm solidarnościowy, na który składa się 10 proc. uprawnień przewidzianych na okres 2021-2030, dystrybuowany do 16 państw potrzebujących wsparcia, w tym Polski, a także fundusz modernizacyjny, na który składa się 2 proc. wszystkich uprawnień w UE. Pieniądze ze sprzedaży tych uprawnień przeznaczane są na projekty klimatyczne w najmniej zamożnych krajach Unii, również w Polsce. Jest jeszcze fundusz innowacyjności, na który przeznaczono 450 mln uprawnień. Pieniądze z ich sprzedaży mają wspierać projekty innowacyjne w całej Unii.

Środki pozyskiwane ze sprzedaży uprawnień są przychodem budżetowym poszczególnych krajów. Zgodnie z dyrektywą ETS, minimum 50 proc. przychodów z puli podstawowej i 100 proc. z puli solidarnościowej powinno trafiać na cele klimatyczne.

Jak wyglądały dochody budżetu państwa ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2? Z danych resortu finansów wynika, że w 2015 r. było to 548 mln zł, w 2016 r. 588 mln zł, w 2017 r. 2,1 mld zł, w 2018 r. 5,1 mld zł, w 2019 r. również ponad 5 mld zł, a w 2020 r. 12,1 mld zł. Na rynku pojawiają się szacunki, że dochody za miniony rok mogą wynieść nawet 25 mld zł.

Za mało przeznaczamy na transformację

Z wypełnienia zobowiązania do przeznaczenia 50 proc. środków na cele związane z politykę klimatyczną Polska rozlicza się przed instytucjami unijnymi. W resorcie klimatu przekonują, że pieniądze zasilają takie programy jak "Mój prąd", "Czyste powietrze" czy programy rozwoju niskoemisyjnego transportu.

Think-tank Forum Energii podkreśla, że potrzeby inwestycyjne Polski, która w dużym stopniu opiera się na węglu, przemawiają za przeznaczeniem całości środków na transformację. - ETS może stać się kołem zamachowym niskoemisyjnej modernizacji - zaznacza Forum Energii.

Jesteśmy jednak daleko do osiągnięcia tego celu. Powszechne są głosy, że w Polsce węgiel jest tematem politycznym, tymczasem mechanizm działania systemu ETS jest ekonomiczny. Handel emisjami nie spełnia swojego zadania, bo nie mamy w kraju do czynienia z działaniami czysto rynkowymi. Pojawiają się też zarzuty, że środki w niewystarczającym stopniu kierowane były na promowanie nisko- i zeroemisyjnych źródeł energii. 

Jerzy Buzek, były premier a obecnie europoseł, podkreśla, że w ciągu ostatnich sześciu latach polski budżet został zasilony kwotą, za którą można by wybudować dwie-trzy duże farmy wiatrowe na Bałtyku. Zastanawia się on, na co wydawane są pieniądze z ETS i dlaczego nie udało się jak dotąd zmniejszyć presji ze strony systemu handlu emisjami na polską gospodarkę.

Z analizy Forum Energii wynika, że zależnie od cen uprawnień, Polska w latach 2021-2030 mogłaby uzyskać z aukcji ETS nawet do 100 mld zł. Przemyślane wykorzystanie tych środków mogłoby stać się impulsem do modernizacji polskiej gospodarki, szczególnie w obszarze energetyki i efektywności energetycznej. Aby to się udało, konieczne jest jednak przyspieszenie działań, planowanie w długim terminie i silna determinacja, by przeprowadzić rewolucję.

Monika Borkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »