Na wszelki wypadek przypomnę, co kiedyś pisałem o spadającej dzietności, gdy padały argumenty, że:
- zmienił się styl życia - młode kobiety chcą być niezależne, chcą studiować, pracować i nie mogą poświęcać się wychowywaniu dzieci, a:
*państwo nie pomaga - nie ma żłobków i przedszkoli,*panuje bezrobocie, więc jest niepokój, czy po urlopie będzie można wrócić na rynek pracy,*pracodawcy nie pomagają - nie gwarantują zatrudnienia po urlopie,*dochody są za niskie, żeby starczyły na wychowanie większej liczby dzieci.
Czy rzeczywiście tak bardzo panie chciały pracować?
A jeśli tak, to dlaczego? 30 lat temu? Niektóre nie chciały. Ale musiały. Dlaczego nie chciały? Bo spójrzmy na życie nie z perspektywy pań po studiach, planujących właśnie ścieżkę kariery zawodowej w jakiejś korporacji, czy administracji, tylko dziewczyn po szkołach zawodowych, czy ogólniakach, które nie dostały się na studia. One nie planowały ścieżki kariery zawodowej na kasie w hipermarkecie. A mając kilkoro dzieci musiałyby wstać o 6.00 rano i zrobić dzieciom śniadanie. Potem je odwieźć do żłobka, przedszkola czy szkoły. Na 8.00. A potem pojechać do pracy. Zajmuje to często około godziny. Więc pracę zaczyna się o 9.00. W żłobkach, przedszkolach i w szkolnych świetlicach można dzieci zostawić już o 7.00, żeby w pracy być już o 8.00. Ale wtedy trzeba wstać o 5.00. No może o 5.30. Potem przez 8 godzin (co najmniej i to bez przerwy "na lunch") trzeba użerać się z szefem, którego często (i często słusznie) uważa się za kretyna. Po pracy (o 16.00 w wariancie gdy się wstało o 5.00 i zaczęło pracę o 8.00 i nie było przerwy na "lunch") trzeba zrobić zakupy, odebrać dzieci ze żłobka, przedszkola, czy szkoły. Po powrocie do domu (najwcześniej około 18.00) pomóc dzieciom, które chodzą do szkoły podstawowej, w odrabianiu lekcji, zrobić kolację, posprzątać w domu, zrobić pranie. Z pomocy babci skorzystać nie można, bo babcia pracuje na swoją emeryturę.
Zaraz, zaraz - krzyczały feministki. I feminiści oczywiście! Te wszystkie obowiązki trzeba podzielić na dwoje rodziców. Oczywiście. Nie zmienia to postaci rzeczy, że trzeba wstać o 6.00 (albo o 5.00) - bo trudno spać, jak drugie już wstało, wzięło prysznic i krząta się po kuchni. We dwoje krzątać się po kuchni nie można, bo w większości polskich domów kuchnie nie są tej wielkości, jak pokazują w serialach telewizyjnych, jakie mają panie planujące po studiach ścieżkę kariery zawodowej. Więc można się zmieniać co drugi dzień, co nie zmienia harmonogramu dnia. Ale dzieci są zazwyczaj w różnym wieku.
Jedna pensja netto nie starczała na życie
Trojaczki (a tyle dzieci potrzeba na głowę jednej mamy - nie rodziny tylko właśnie mamy - aby społeczeństwa się nie starzały) rodzą się rzadko. Więc dzieci do żłobka, przedszkola, podstawówki lub szkoły średniej trzeba rozwozić sprawiedliwie - we dwoje. Co też niczego nie zmienia w harmonogramie dnia. Ale wtedy przynajmniej nie było jeszcze takich, którzy się domagali, żeby wozić te dzieci na rowerach!
Po pracy jedno z rodziców musiało odebrać dzieci, a drugie zrobić zakupy, albo jakoś inaczej się podzielić, w zależności o sytuacji. Dzięki takiej logistyce mogli wrócić do domu o 17.30. A może nawet o 17.00 jak mieli blisko z pracy do domu, a żłobek, przedszkole, czy szkołę po drodze i sklep pod domem. Lekcje z dziećmi z podstawówki to co najmniej godzina. No chyba, że trzeba było jakieś figurki z kasztanów robić. Kolacja - następna godzina. Potem jeszcze wstawienie prania. No i 20.00. I trzeba zaraz kłaść się spać, żeby wstać o 5.00 (no góra o 6.00). Ale raczej o 5.00 (albo może nawet wcześniej w wariancie z pracą od 8) bo trzeba jeszcze rozwiesić pranie wstawione poprzedniego dnia wieczorem.
A dlaczego kobiety musiały pracować zamiast po odwiezieniu dzieci do szkoły pójść na fitness? Dlatego, że w statystycznej rodzinie - nawet takiej szczęśliwej, w której rodzice spędzili ze sobą całe życie i kobiety nie bały się o swoją przyszłość - jedna pensja netto nie starczała na życie! Przez całe lata rodzina, w której pracowały dwie osoby za średnie wynagrodzenie, dysponował dochodem netto raptem o 200-300 zł wyższym, niż dochód brutto jednej z nich ("brutto, brutto" - ze składkami pracodawcy).
Dziś trendów demograficznych już się nie odwróci
Tak więc powodem konieczności pracy obojga rodziców, jedną z przyczyn bezrobocia i niepewności o miejsca pracy, był beznadziejny system podatkowo-składkowy.
Jakby panie, planujące wówczas ścieżkę kariery zawodowej, rodziły tylko jedno dziecko, a pozostałe panie - dwoje lub troje, nie byłoby dziś aż takiego problemu z demografią.
Sytuacja zmieniła się dopiero wówczas, gdy z jednej strony wzrósł poziom gospodarki, inwestycje stworzyły nowe miejsca pracy, a z drugiej strony z rynku pracy zaczęło schodzić pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Co niektórzy przepowiadali trzymając w ręku rocznik statystyczny. Dziś trendów demograficznych już się nie odwróci. Za późno. Nawet jak się więcej żłobków nabuduje. Ale tu dwa pytania mi się cisną. Pierwsze takie wręcz egzystencjalne: po co rodzić te dzieci skoro radości żadnej w zasadzie nie ma, do tego stopnia, że trzeba ryzykować (tak - ryzykować) - i to pytanie drugie - z posyłaniem do żłobka dzieci, które nie potrafią jeszcze dobrze mówić i opowiedzieć jak było z paniami, które... wstały rano o 5.00, rozwiesiły pranie, zrobiły śniadanie swoim dzieciom, odwiozły je do przedszkola albo szkoły i na 7.00 przyjechały pracować w żłobku?
No i na koniec jeszcze jedna prowokacja wobec feministek. I feministów oczywiście (którzy bywają bardziej feministyczni od feministek). Tak się składa, że w szkole wiejskiej, do której chodziły moje dzieci (od 4 klasy jeździły same na rowerach - co powinno ucieszyć ekolożki i ekologów, a o co miały do mnie pretensje mamy ich koleżanek i kolegów, którzy też chcieli móc tak samo), współczynnik dzietności kobiet był chyba wyższy niż 2. A jakby liczyć współczynnik od strony ojców to mogło być nawet grubo ponad 3. Ale analizy tego zjawiska i jego przyczyn nigdzie nie znajdziecie. "Niepoprawna politycznie" by musiała być.
Robert Gwiazdowski, adwokat, prof. Uczelni Łazarskiego
Autor felietonu prezentuje własne poglądy i opinie
Śródtytuły pochodzą od redakcji













