Felieton Gwiazdowskiego: Ekonomia wojenna

Najazd Rosji na Ukrainę wywołał falę rozważań o ekonomii wojennej. "Wojny można finansować na różne sposoby - z nagromadzonych oszczędności, bieżących podatków, kredytów (krajowych lub zagranicznych) lub przez inflację" - pisał w 1940 r. w książce "Jak płacić za wojnę" John Keynes, twórca współczesnej teorii interwencjonizmu opartego na manipulowaniu "zagregowanym popytem".

Za sztandarowy przykład polityki interwencjonizmu uchodzi amerykański Nowy Ład, dzięki któremu miało dojść do przezwyciężenia Wielkiego Kryzysu lat 20. Dowcip polega tylko na tym, że po pierwsze, "kryzys ten - jak pisze Milton Friedman - nie został wywołany wadami prywatnej przedsiębiorczości, lecz niepowodzeniami rządu w dziedzinie, za którą był odpowiedzialny - czyli, by posłużyć się sformułowaniami artykułu 8. amerykańskiej konstytucji, bicia monety, określania jej wartości oraz wartości walut zagranicznych".

Ale o tym napiszę innym razem. Na dziś ważniejsze jest rozprawienie się z drugą tezą Keynesa, że "nawet wojny mogą się przyczynić do wzrostu bogactwa" - co jest oczywiście totalną bzdurą. Wojny przyczyniają się - owszem - do wzrostu Produktu Krajowego Brutto (PKB) mierzonego wydatkami, a nie "bogactwa". Najlepszym kupującym jest państwo. A państwo najwięcej kupuje podczas wojny. Czołgów, w odróżnieniu od samochodów, czy samolotów pasażerskich, trzeba produkować tym więcej, im więcej wróg ich zniszczy. Porządny samolot może latać wiele lat, a jak zostanie zestrzelony, to potrzebny będzie szybciej nowy. Jak wybucha wojna przemysł zbrojeniowy nie nadąża wręcz z produkcją. Jeśli jednak im więcej wydajemy, tym się bardziej "bogacimy", to może częściej powinniśmy wywoływać jakąś wojnę i wtedy będziemy jeszcze "bogatsi"?

Reklama

Grupa Polsat Plus i Fundacja Polsat razem dla dzieci z Ukrainy

Z lubością zwolennicy gospodarki wojennej przywołują przykład Wielkiej Brytanii w przededniu i w trakcie II wojny światowej. W brytyjskim przemyśle lotniczym pod koniec lat 30. działało kilkanaście prywatnych firm, które zatrudniały około 30 tys. osób i produkowały 200 samolotów miesięcznie. W 1939 r. za sprawą zamówień rządowych przemysł dostarczył lotnictwu 8 tys. samolotów bojowych, w 1940 r. już 15 tys., a w 1941 - 20 tys. Ma to być dowód na sukces gospodarki wojennej. Ale III Rzesza wyprodukowała w 1940 r. 10 tys. samolotów, a rok później 12 tys. A przecież interwencjonizm państwowy trwał tam dłużej niż w Wielkiej Brytanii, a niemieccy ekonomiści dużo wcześniej zaczęli krytykować nauki Adama Smitha. Czy gospodarka niemiecka była mniej wojenna i dlatego produkowała mniej, czy może była bardziej wojenna i właśnie dlatego produkowała mniej?

Samolotów Wielka Brytania przed wojną produkowała mniej z uwagi na złe prawo patentowe, którym nie przejmowali się Niemcy. Wszystko przez braci Wright. Byli oni nie tylko genialnymi konstruktorami, którym udało się w 1903 r. przeprowadzić pierwszy kontrolowany lot cięższej od powietrza maszyny latającej z pilotem na pokładzie. Stali się też pierwszymi "patentowymi trolami". "Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że każdy awiator zawdzięcza możliwość oderwania się od ziemi i bezpiecznego lądowania nam i tylko nam" - pisał Wilbur Wright. "A czy jeśli człowiek skacze z urwiska i macha rękami to, jeśli przeżyje, też musi płacić Wrightom tantiemy za ich wynalazek" - ironizowali adwokaci firm takich jak Curtis Aeroplane Company, które próbowały rozwinąć produkcję samolotów na skalę przemysłową i spotykały się ze wściekłym oporem obu braci. Dziś dla większości historyków gospodarki nie ulega wątpliwości, że to patenty lotnicze ignorowane w kaiserowskich Niemczech spowodowały opóźnienie Aliantów w produkcji samolotów.

Zaślepieni teorią Keynesa ekonomiści, pytani o gospodarcze konsekwencje huraganu Katrina, który w 2005 roku zniszczył Nowy Orlean bredzili, że przyczyni się do "wzrostu gospodarczego". Podobnie było w 2011 roku, jak tsunami zniszczyło Fukushimę w Japonii. Może zamiast czekać nie wiadomo ile na kolejne tsunami powinni wywołać je sami? Wtedy będziemy mogli nawet ewakuować wcześniej ludzi w wieku produkcyjnym i zostawić na terenach, które ma "nawiedzić" fala uderzeniowa samych emerytów. Nawet sytuacja demograficzna się wówczas poprawi i system emerytalny będzie miał się lepiej.

Niektórzy nasi ekonomiści są dumni, że wielki wkład do tego, co wypisywał Keynes, wniósł Michał Kalecki. Zajmował się on w Anglii ekonomią niedoboru. Tym, jak zapewniać ludziom deficytowe dobra konsumpcyjne, by nie trafiały one na czarny rynek i znacząco nie drożały. I to akurat ma sens. W czasie wojny. Racjonowanie żywności jest wówczas oczywistością. Tak robili obrońcy większości obleganych zamków już w czasach starożytnych. Ale nie ma to nic wspólnego ze wzrostem gospodarczym. A Keynes upierał się, że ma. Wprowadzenie kartek na żywność i kontroli cen, miało być jego zdaniem sposobem "na znalezienie dodatkowych zasobów na wysiłek wojenny". Że też obrońcy Leningradu tego nie wiedzieli.

Zachwycającym się sukcesami gospodarki wojennej chciałbym przypomnieć, że za wszystkie wydatki rządu trzeba ostatecznie zapłacić pieniędzmi uzyskanymi od podatników. Jeżeli rząd buduje samoloty, to widzimy ludzi zatrudnionych przy ich budowie, widzimy postępy ich pracy. "Ale są inne rzeczy, których nie widzimy, ponieważ - niestety - nie pozwolono im powstać" - pisał Henry Hazlitt w "Ekonomii w jednej lekcji". Wydatki rządowe w jakimś sektorze niszczą w innych sektorach gospodarki tyle miejsc pracy, ile tworzą w tym jednym. Przynoszą także skutek w postaci na przykład prywatnych domów, których się nie buduje, bo buduje się samoloty.

Robert Gwiazdowski

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Felietony Interia.pl Biznes
Dowiedz się więcej na temat: gospodarka | wojna w Ukrainie | Robert Gwiazdowski
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »