Reklama

Felieton Gwiazdowskiego: Mamy kryzys, jakiego jeszcze nie było

"Zadanie polega nie tyle na tym, by zobaczyć to, czego nikt jeszcze nie widział, ale na tym, by pomyśleć, co nikt jeszcze nie pomyślał, o tym, co wszyscy widzą" - stwierdził kiedyś Erwin Schrödinger.

Z kolei Thomas S. Kuhn w "Strukturze rewolucji naukowych" pisał, że obraz nauki, jaki zawładnął naszym myśleniem, został niegdyś ukształtowany na podstawie analizy gotowych jej osiągnięć, w tej postaci, w jakiej przedstawia się je w dziełach klasycznych i w podręcznikach, na których kształci się każde nowe pokolenie. Często sugerują one jakoby na treść nauki składały się wyłącznie obserwacje, prawa i teorie omawiane na ich kartach, i że metody naukowe to nic innego jak po prostu techniki doświadczalne stosowane przy gromadzeniu danych oraz operacje logiczne, za pomocą których wiąże się je z wyłożonymi w podręcznikach uogólnieniami teoretycznymi. W takim ujęciu, zadaniem uczonego jest dorzucanie do zastanego zbioru teorii jakichś nowych szczegółów. Tymczasem świat uczonego przekształca się jakościowo i wzbogaca ilościowo zarówno w wyniku odkryć zasadniczo nowych faktów, jak i formułowania nowatorskich teorii.

Reklama

Nikt nie pomyślał, że mamy kryzys, jakiego jeszcze nie było

Większość uczonych i ich uczniów praktyków tkwi w przeświadczeniu, że dla gospodarki najważniejsze jest umiejętne manipulowanie strumieniami pieniędzy, które są w nią wpompowywane lub wypompowywane przez bank centralny i banki komercyjne w zależności od potrzeb i sytuacji. Nikt nie pomyślał, że mamy kryzys, jakiego jeszcze nie było, który musi nam w końcu uświadomić dwie rzeczy, że gospodarka jest podażowa! PODAŻOWA, a nie popytowa, i że centrum gospodarki jest człowiek - działająca jednostka, podejmująca suwerenne decyzje zgodne z własną marginalną użytecznością dokonywanych wyborów.

Przy okazji dygresja. Ta użyteczność nie ma nic wspólnego ani z logiką formalną, ani z prawem liczb. Użyteczność ludzie mierzą swoimi własnymi emocjami - przewagą przyjemności nad przykrością. Uczyli o tym liberałowie już w wieku XVIII.

Trzy warunki racjonalnych decyzji

Powszechnie przyjmuje się, że istnieją trzy warunki racjonalnych decyzji - spójności, zachłanności i przechodniości. Warunek spójności oznacza, że wiemy, czego chcemy i czego chcemy bardziej, a czego mniej. Mając do wyboru dwa koszyki z różną liczbą różnych owoców, wybierzemy albo jeden koszyk, albo drugi, albo będzie nam obojętne, który wybrać. 

Warunek zachłanności oznacza, że jeśli w jednym koszu jest jabłko, gruszka i śliwka, a w drugim jabłko, gruszka i dwie śliwki - wybieramy koszyk drugi. Gdy śliwek nie lubimy,  jest nam obojętne, czy nie zjemy jednej, czy dwóch, ale możemy kogoś obdarować śliwkami lub z kimś wymienić śliwki na gruszkę lub jabłko - wtedy też wolimy mieć pierwotnie dwie śliwki. Koszyk pierwszy wybierzemy wtedy, gdy nie wiemy zupełnie co zrobić z niezjedzonymi śliwkami, a musimy je jakoś zutylizować. Wtedy łatwiej jest zutylizować jedną niż dwie. 

Między wiadrami z wodą i owsem

Warunek przechodniości zakłada, że jeżeli wolimy jabłko od gruszki, a gruszkę od śliwki, to mając do wyboru jabłko i śliwkę wybieramy jabłko. Warunek spójności naruszany bywa w stanie niezdecydowania, co obrazuje anegdota Buridana o osiołku tak samo głodnym jak spragnionym, stojącym między wiadrami z wodą i owsem. Warunek zachłanności naruszany bywa przez zjawisko altruizmu lub nasycenia danym dobrem. A warunek przechodniości naruszany bywa, gdy pojawia się kilka elementów branych pod uwagę w ocenie, do których przypisujemy inną wagę.

Ale jest też czwarty warunek racjonalności - nie ilościowy, lecz jakościowy. Na nasz wybór mogą wpłynąć warunki, w jakich poszczególne koszyki zostaną nam zaoferowane, a nawet sama osoba oferenta. Jakbyśmy nie wiem jak nie lubili gruszek i preferowali jabłka, z dużą dozą prawdopodobieństwa wybierzemy koszyk gruszek, o ile będzie oferowany przez dziewczynę, która nam się bardziej podoba, z którą chcielibyśmy... (sami wiecie co) - o ile tylko dostrzeżemy na to cień szansy, choć z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora szanse takie mogą w ogóle nie istnieć. I ten zewnętrzny obserwator najczęściej ma rację, ale prawdopodobieństwo, że będzie nam w stanie to wytłumaczyć jest liczbowo dość niskie. Koniec dygresji. Wracamy do podaży i popytu.

Kredyt to coś, co człowiek już ma

Dwanaście lat temu, gdy wybuchł kryzys finansowy, ponoć z tego powodu, że kredytobiorcy nie spłacali kredytów hipotecznych, przypominałem, co o kredytach pisał Henry Hazlitt w "Ekonomii w jednej lekcji" - zakładając oczywiście, jak się okazało słusznie, że będzie to "głos wołającego na puszczy". Otóż kredyt, to nie jest coś, co bankier daje człowiekowi. "Przeciwnie, kredyt to coś, co człowiek już ma. Ma go na przykład ze względu na to, że posiada aktywa o większej rynkowej wartości pieniężnej niż pożyczka, o którą zabiega. Albo ma go dzięki swemu charakterowi i wynikom, które dotychczas osiągnął. Przynosi je ze sobą do banku. Bankier nie daje czegoś za nic. Uważa, że może być pewny spłaty długu. Po prostu wymienia bardziej płynną postać aktywów - czyli kredyt - na postać mniej płynną".

To nie przy pomocy kredytu z banku kreujemy popyt. Banki wykorzystują naszą zdolność kredytową, czyli nasze aktywa, z których najważniejsza jest nasza zdolność do tworzenia lub współtworzenia różnych dóbr lub usług, które mają odpowiednio dużą wartość wymienną - większą niż to, co chcemy pożyczyć.  Dlatego banki patrzą na naszą CREDIBILITY!!!

Grupa Polsat Plus i Fundacja Polsat razem dla dzieci z Ukrainy

Keynes tkwił w błędzie

Na szczęście niektórzy dostrzegają już fakty. Przeczytałem, że czeka nas "zupełnie inna recesja niż kiedyś. Covid, wojna i eksplozja popytu na dobra trwałe usztywniły krzywą podaży. To będzie recesja podażowa. Próby stymulowania konsumpcji skończą się głównie wyższymi cenami". Tak właśnie będzie. Nie wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi. Keynes tkwił w błędzie.

Druga teza, jaką usłyszałem od zwolenników Keynesa, jest taka, że "żeby pokonać inflację, społeczeństwo musi zbiednieć". Otóż bogactwo społeczeństwa zależy od tego, jaką ma ono credibility, a nie od tego, ile pieniędzy wyemituje bank centralny i ile ich "wykreują" banki komercyjne. Jak się przestanie pompować w gospodarkę pieniądze, to społeczeństwo nie zbiednieje. Warunek jest taki, że nie będziemy przepompowywać pieniędzy od społeczeństwa do "instytucji finansowych".

Robert Gwiazdowski

Adwokat, prof. Uczelni Łazarskiego

Autor przedstawia własne opinie i poglądy

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia Messengerem o kolejnych felietonach Roberta Gwiazdowskiego kliknij tutaj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »