Reklama

Inflacja. Choć ceny rosną jak szalone, możemy mieć deflację

Choć ceny rosną jak szalone, to wcale może nie być inflacja, lecz zapowiedź deflacji - stawia przewrotną tezę Marc Chandler, były strateg od inwestycji walutowych w globalnych bankach HSBC i BNY Mellon, profesor Uniwersytetu w Nowym Jorku, a teraz właściciel prywatnej firmy inwestycyjnej. Inflacja może mieć niejedną twarz. A jakie mogą być skutki rozmaitych rodzajów inflacji?

Marc Chandler w artykule na portalu inwestorskim Seeking Alpha zwraca uwagę, że głównym powodem wzrostu cen konsumpcyjnych w USA, przekraczającego już od kilku miesięcy 5 proc. w skali roku, są wzrosty cen surowców energetycznych. A to zupełnie co innego niż zwykła inflacja.


"Wzrost cen ropy i gazu różni się od innych podwyżek cen (...) Z jednej strony wygląda to jak inflacja (...) Z drugiej strony, biorąc pod uwagę powszechne wykorzystanie ropy i gazu, dramatyczny wzrost cen należy uznać za podatek konsumpcyjny" - napisał Marc Chandler.

Różne rodzaje inflacji

Chciałeś kupić żonie pod choinkę wymarzoną nową pralkę? Ale pralka ta zdrożała o 200 zł, od czasu kiedy ostatni raz sprawdzałeś ceny pralek. Zawsze jednak masz wybór - możesz przeznaczyć o 200 zł mniej na pozostałe prezenty. Trudno, będą skromniejsze, skoro pragniesz usatysfakcjonować żonę. Albo możesz też kupić żonie pralkę o 200 zł tańszą, nie tak wymarzoną jak tamta, ale przecież nową - nie będzie przez jakiś czas piszczeć przy wirowaniu i skakać po łazience. Takich wyborów dokonuje każdy konsument, gdy widzi, że ceny rosną, czyli ma do czynienia z inflacją. Z "normalną" inflacją.

Reklama

W przypadku wzrostu cen energii (ropy, gazu, prądu, ogrzewania) jest inaczej. Oczywiście, można jeździć do pracy na rowerze zamiast autem i wydawać na benzynę mniej, ale zima idzie i takie rozwiązanie wydaje się coraz bardziej dyskusyjne. Można przykręcić w domu termostat o stopień czy dwa. Bo przecież chyba nie o 10? Nie gotować zupy? Nie odpalać komputera, żeby sobie wieczorami pograć? Czytać po ciemku? Są pewne granice, prawda?

Tymczasem rachunki przychodzą co miesiąc i zapłacenia ich nie da się uniknąć. Mark Chandler podaje taki przykład. Wyobraźmy sobie, że pewien kraj gwałtownie podnosi podatek od wartości dodanej, czyli VAT. Co się wtedy dzieje? Ceny natychmiast rosną mniej więcej o skalę podwyżki podatku od konsumpcji, ale przecież podwyżka ta nie jest przyczyną inflacji. Co więcej, może ona dać ostatecznie deflacyjny impuls. 

"W naszym eksperymencie myślowym dramatyczna podwyżka VAT początkowo podniosłaby ceny konsumpcyjne, ale osłabiłaby popyt i ostatecznie byłaby impulsem deflacyjnym. Wydatki na inne niż niezbędne dobra zazwyczaj mocno cierpią, gdy ceny ropy naftowej gwałtownie rosną" - napisał Marc Chandler.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

O ile ze "zwyczajną" inflacją konsumenci lepiej lub gorzej sobie radzą i dostosowują do niej swoje wybory i preferencje co do posiadania rzeczy lub zakupu usług, do szokowego wzrostu cen energii (paliw, prądu, gazu, ogrzewania) dostosować się jest o wiele trudniej. Działa ona tak, jak skokowy wzrost podatku od konsumpcji albo np. raty kredytu. Obcina z dnia na dzień o parę, kilka, kilkanaście procent siłę nabywczą gospodarstw domowych, zamraża popyt i gwałtownie zmniejsza pozostałe wydatki konsumpcyjne.

Kilkadziesiąt czy kilkaset złotych więcej za światło czy ogrzewanie oznacza o tyle mniejszą kupkę pieniędzy na kino, fast-foody, kosmetyczki, pachnidła, pralnie, pralki, restauracje, podróże, meble, remonty itp. I to natychmiast, gdy przychodzi kolejny rachunek. A to oczywiście przekłada się na zyski przedsiębiorstw i w konsekwencji na ich możliwości w zakresie płac i zatrudnienia.



Bywały nawet kryzysy

To jednak nie jedyny skutek "inflacji" wynikającej ze skokowego wzrostu cen energii. Jest ich znacznie więcej. Już dziś polscy rolnicy skarżą się na gigantyczne podwyżki cen nawozów. Surowcem do ich produkcji jest gaz, który podrożał o kilkaset procent. W ten sposób wzrost cen energii prowadzi do inflacji "kosztowej", czyli wzrostu kosztów producentów, w tym przypadku żywności. Ale skutki wzrostu kosztów spowodowanych rosnącymi cenami energii odczuwają już wszyscy producenci. I odczują je jeszcze bardziej.

Dodajmy, że rosnące ceny surowców energetycznych i paliw nie są jedyną przyczyną inflacji "kosztowej". Kolejną jest wzrost kosztów dostaw i logistyki w międzynarodowym handlu, przerwy w łańcuchach dostaw dóbr pośrednich, a w związku z tym ich braki. W końcu spowodowany amerykańsko-chińską wojną handlową szok podażowy na rynku półprzewodników. Przypomnijmy jeszcze, że tylko jeden szok podażowy na rynku paliw i surowców energetycznych wepchnął w 1973 roku gospodarki rozwinięte w trwający dekadę kryzys.

Właśnie w środę GUS ogłosił, że ceny polskich producentów we wrześniu wzrosły o 10,2 proc. rok do roku. Ostatni porównywalny, ale jednak mniejszy skok, bo o zaledwie 9,5 proc., nastąpił w marcu 2011 roku. Warto pamiętać, że działo się to także w okresie silnego wzrostu cen paliw i surowców, jaki nastąpił po wielkim globalnym kryzysie finansowym. Ale teraz mamy o wiele więcej współwystępujących szoków, niż w latach 70. zeszłego wieku, czy dekadę temu. Łącznie z niezakończoną pandemią. 

Niedawno agencja Bloomberg opublikowała mapę przedstawiającą mozaikę stanów USA i zaznaczyła, w którym czego najbardziej brakuje. W blisko połowie - mikroprocesorów, ale w kilku, w tym np. w New Jersey - nie można już kupić auta. W kilku innych brakuje rąk do pracy, lecz w Oregonie i Wirginii następują przerwy w dostawach gazu. W kilkunastu stanach w sklepach zaczyna brakować żywności.   

W Polsce żywności na półkach w sklepach jeszcze jest pod dostatkiem, ale 28,3 proc. firm produkcyjnych jako barierę swojej działalności wskazało we wrześniu niedobór surowców, dostaw i dóbr pośrednich. Główny ekonomista banku ING BŚK Rafał Benecki zwraca uwagę, że to najwyższy odsetek w historii badania GUS. 

Spirala cenowo-płacowa? A może deflacyjna?

Te szoki oczywiście wpływają i na koszty, i na ceny. Kiedy jednak producenci mogą przerzucać rosnące koszty na konsumentów i podwyższać ceny, inflacja pokazuje swoją kolejną twarz. Drożeje już wszystko - nie tylko energia czy żywność. Także ubrania, buty, pralki, kino, meble, glazura, firanki, piwo itp. Co w tej sytuacji mogą zrobić konsumenci, z których większość jest również pracownikami? Poprosić grzecznie swoich pracodawców o podwyżkę. I właśnie wtedy inflacja pokazuje swoją kolejną twarz - spirali cenowo-płacowej.



Nawet jeśli ceny energii i surowców zatrzymają się albo też spadną, nie znaczy to wcale, że inflacja wygaśnie. Nakręconą raz spiralę bardzo trudno zatrzymać. Wszyscy bankierzy centralni - jak do tej pory - mówili zgodnie - walka z taką inflacją jest najtrudniejsza. Do jakich poziomów może dojść inflacja o takiej twarzy? Ktoś mówi, że będzie 7 proc.? Nikt tego naprawdę nie wie. Ale - jak mawiają Anglicy - sky is the limit.

Zamiast poddawać się przerażającym wizjom wróćmy do "eksperymentu myślowego" Marka Chandlera. Polega on na tym, że z jednej strony mamy wzrost kosztów producentów, a z drugiej gwałtowny skok "podatku" inflacyjnego (inflację cen energii), który obciąża wydatki konsumentów. Z ich strony następuje skurcz popytu, a producenci, będący pod presją wzrostu kosztów, nie mogą podnosić cen.

Zamiast spirali inflacyjnej - mamy deflacyjną. Widzisz, jak rosną twoje rachunki za światło i ogrzewanie, wiec idziesz do szefa po podwyżkę? Właśnie miałem cię zwolnić - usłyszysz w odpowiedzi. Sorry, stary, ale na półpancerze praktyczne, które przyozdabiasz biało-czerwonymi szachownicami, nie ma po prostu zbytu. Deflacja może iść ręka w rękę z bezrobociem.   

Na jakim etapie rozwoju wydarzeń jesteśmy?

Fakt, że u nas płace realne wciąż rosną, zwiększa prawdopodobieństwo scenariusza z niegasnącym popytem, ale za to z wysoką inflacją i spiralą cenowo-płacową. Część ekonomistów zwraca uwagę, że tuż przed wybuchem pandemii inflacja w Polsce notowała rekordowe wyniki, choć oczywiście w okresach "zamrażania" gospodarki i popytu - przygasła.

Bo - w przeciwieństwie do producentów - polscy konsumenci nie dostali jeszcze (z małymi wyjątkami) nowych rachunków za prąd, gaz i ogrzewanie. Nie było jeszcze - na masową skalę - podwyżek cen biletów komunikacji miejskiej i kolejowych. Słowem, jesteśmy jeszcze w przededniu szoku, który spowodowany może być wzrostem cen energii. Od tego, jaki on będzie silny, zależy to, jak skurczy się popyt. 

Wiadomo już, że za uruchomienie przedpandemicznych procesów inflacyjnych (rok 2019 i początek 2020) odpowiadają źle adresowane transfery socjalne (500+ dla wszystkich dzieci, "trzynastka" dla wszystkich emerytów itp.) w szczycie koniunkturalnego cyklu, czyli procyklicznie. Te pieniądze mogłyby okazać się bardzo potrzebne teraz, na osłonę dla gospodarstw domowych żyjących w "ubóstwie energetycznym". Byłoby to zgodne z ekonomiczną wiedzą działanie antycykliczne, ale z wypowiedzi przedstawicieli rządu widać, że nie za bardzo jest skąd na to brać. Być może powinni się zastanowić nad zmianą kierunków transferów.

W przestrzeni publicznej do głosu dochodzą narracje obarczające odpowiedzialnością za obecny szokowy wzrost cen energii "europejski", czyli obcy Zielony Ład. Są wyjątkowo szkodliwe, bo Zielonemu Ładowi można zarzucić głównie to, że powstał o dekadę za późno. "Suwerenności" energetycznej w takim kraju jak Polska nie da się zbudować inaczej niż w oparciu o krajowe, odnawialne źródła energii. Zapóźnieni o dwie dekady będą ponosić spotęgowane skutki energochłonności i wysokiej emisyjności gospodarki. Jej dotychczasowe przewagi kosztowe łatwo mogą ulec odwróceniu.

Który ze scenariuszy jest zatem bardziej prawdopodobny tu i teraz? Mówiliśmy już, że na krótką metę ten przewidujący samonakręcającą się inflację. Na dłuższą metę polskiej gospodarce grozi utrata konkurencyjności. Mogą przesądzić o tym rosnące koszty i prawdopodobny skurcz konsumpcyjnego popytu. Skutkiem może być deflacja i bezrobocie.

Jacek Ramotowski   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »