Reklama

John McAfee - ekscentryczny wirus w świecie milionerów

"Może to co się wydarzyło, wcale się nie wydarzyło". Zdarza się, że między fikcją a rzeczywistością szaleństwo nawiązuje romans z geniuszem. Czy można wiecznie wygrywać w rosyjską ruletkę?

Szaleństwa nie można jednoznacznie zdefiniować, a nazywanie kogoś szaleńcem jest ryzykowne i mogą sobie na to pozwolić jedynie uprawnieni do tego specjaliści z dziedziny psychologii klinicznej. Mimo to, gdy ktoś odbiega od ogólnie akceptowanych norm; przez całe życie je przekracza, świadomie bądź w afekcie, przyklejamy mu etykietkę "szalonego".

Dziwaczne zachowanie, skłonności do używek, paranoidalne teorie spiskowe, dwubiegunowe zwroty od depresji do hiperaktywnej twórczości - to klasyczny repertuar cech wielu wybitnych artystów i przedsiębiorców. "Szczęście w nieszczęściu" polega na tym, że są na tyle "maniakalni", że potrafią osiągnąć sukces i zbić fortunę. Spektakularnie zdobywają szczyt i gwałtownie spadają w przepaść... Nieliczni spośród nich potrafią odbić się od dna, ocalić zdrowie, dobre imię na wolności, a na koncie choćby tylko milion dolarów na dobry początek nowej życiowej "wspinaczki".

Reklama

Matematyka i inne pasje

Takim przypadkiem ekscentrycznego milionera ocierającego się o szaleństwo jest z pewnością John McAfee. Jego historia zaczyna się pod koniec wojennej zawieruchy, gdy amerykański żołnierz poznaje młodą wyspiarkę. Wkrótce w Wielkiej Brytanii na świat przychodzi ich potomek - John. Dzieciństwo spędza w małym, "westernowym" miasteczku Salem w stanie Virginia (USA), gdzie rodzina przenosi się tuż po jego narodzinach.

Ojciec o żołnierskim życiorysie przeistacza się w nowym otoczeniu w surowego inspektora drogowego i sfrustrowanego alkoholika, który często zaciska pięść, kierując ją przeciwko żonie lub synowi. Spokojny i grzeczny jedynak, obdarzony ścisłym umysłem gwarantującym wzorowe świadectwa w szkole, przeżywa ciężką rodzinną traumę.

Gdy ma piętnaście lat, McAfee senior chwyta za rewolwer i jednym strzałem żegna się ze światem. Parę lat po tragicznym zdarzeniu John wyjeżdża na studia do Luizjany (Roanoke College), by szlifować swoją matematyczną pasję. Wewnętrzne problemy spowodowane traumatycznymi doświadczeniami z okresu dorastania tłumi alkoholem i narkotykami, co jednak nie przeszkadza mu z powodzeniem kontynuować nauki. Po obronie pracy magisterskiej z marszu otwiera przewód doktorski, który w niedługim czasie zostaje zaprzepaszczony romansem ze studentką. Niezrażony dyscyplinarnym usunięciem z uczelni, zakochany po uszy, żeni się i rozpoczyna dorosłe życie.

Jako utalentowany matematyk z talentami do informatyki nie musi długo szukać pracy. Przez krótki czas angażuje się jako programista w firmie Univac, jednak po raz wtóry karierę blokuje mu skandal: zatrzymany przez policję w trakcie zakupu marihuany wylatuje z posady. Szybko adaptując się do nowych warunków, łapie wakat w przedsiębiorstwie kolejowym Missouri Pacific Railroad w St. Louis.

Jego zadaniem jest praca nad algorytmem, który miałby udoskonalić połączenia kolejowe, jednak w rzeczywistości pochłania go wówczas "praca" zgoła odmiennej natury - bardziej prywatne i bezpośrednie - połączenie z absolutem.

Wielki odlot

Idąc śladem "psychonautycznej" większości końca lat 60. przeżywa euforię spotkania z LSD. Poranna dawka "kwasu" i kilka skrętów z trawki wystarczająco inspirująco nastrajały go do pracy na kolei, aż do chwili, gdy pewnego dnia, zamiast "śniadania à la Jimmy Morrison", zaaplikował sobie porcję DMT. Ten środek o piorunującym - jak twierdzą znawcy tematu - działaniu miał decydująco zmienić losy naszego bohatera.

Przyjmując optykę zdroworozsądkowego, zewnętrznego obserwatora John McAfee się "wykoleił" - uciekł z pracy, wyszedł z ciała i poleciał sobie w kosmos, a jego nieprzytomne ciało włóczyło się do późnych godzin nocnych po peryferiach St. Louis. Halucynacje nie miały końca i - jak dzisiaj twierdzi sam zainteresowany - być może nigdy się nie skończyły, być może któregoś z następnych dni nagle ocknie się w swoim łóżku w St. Louis, nadal słuchając Pink Floydów... W każdym razie do pracy na kolei już nigdy miał nie wrócić.

Teoretycznie trafił o wiele lepiej. Poznał tajniki komputerów, pracując przez jakiś czas dla NASA, a potem został szefem grupy inżynierów w firmie Omex, która obiecywała większe zarobki i znacznie szersze perspektywy zawodowe. Trzeba było "pędzić z robotą", ale bez "paliwa" było to dla Johna niewykonalne. Psychodeliczną dietę zdominowała kokaina zatopiona w irlandzkiej whisky. Zero snu, zero głębszych refleksji, koncentracja na pracy i nałogu.

Był początek lat osiemdziesiątych, w rytmie Abby balansował na granicy kompletnego upadku. Odeszła od niego żona, zniknęli przyjaciele, pozbył się psa, a w końcu musiał odejść z firmy, bo nie dość tego, że nie świecił przykładem, rozprowadzał nielegalną substancję wśród współpracowników. Zamknął się w domu i ćpał na umór. Przypomniał sobie ojca, rewolwer, huk wystrzału, milczenie i łzy matki...

W 1983 roku udało mu się ochłonąć, zapisał się do AA i poszedł na terapię. Na szczęście nie zdążył wykończyć wszystkich swoich szarych komórek, co wkrótce docenili włodarze koncernu zbrojeniowego Lockheed, zatrudniając go w swojej firmie. Przez trzy lata John McAfee "trzymał fason". Punktem zwrotnym w jego życiu okazała się wiosna 1986 r., kiedy tysiące użytkowników pecetów łamało głowy nad zacinającymi się dyskietkami i dziwną nazwą napędu - (c)Brain.

O wynalazku autorstwa pakistańskich braci Amjad Farooq Alvi, czyli pierwszym wirusie komputerowym dowiedział się z gazety, którą wyrwał z rąk swojego szwagra. Chwilę pokręcił głową, po czym trafiony archimedesową eureką wykrzyknął: "O k...! Wiem, jak to zrobić!". W głowie objawiła mu się genialna receptura, która miała przeciwstawić się infekcji komputerów, idea programu, który mógłby je automatycznie wykrywać i niszczyć.

Wieszcz cyfrowej apokalipsy

Zrealizowanie ambitnych planów zajęło mu kolejne 3 lata. Wreszcie w 1989 roku zakłada własną firmę McAfee Associates, która w błyskawicznym tempie staje się liderem na rynku oprogramowania antywirusowego. Karierę swojego produktu wspomaga medialną akcją - udziela wywiadów na prawo i lewo infekując społeczeństwo swoją cyfrową apokalipsą, katastroficzną wizją umarłych komputerów zżeranych na całym świecie przez mnożące się w błyskawicznym tempie wirusy. Podsumowaniem zagłady przyszłości według McAfee było napisanie książki - "Computer Viruses, Worms, Data Diddlers, Killer Programs and Other Threats to Your System".

Jak się wkrótce okazuje publikacja trafia na podatny grunt. W 1992 roku wirus Michelangelo atakuje, według najgorszych scenariuszy mogąc zniszczyć nawet do 5 mln komputerów. Świat zadrżał i każdy rozsądny obywatel wykupił odpowiednie oprogramowanie zabezpieczające system. Ostatecznie, wirus Michelangelo okazał się łaskawy zarówno dla komputerów, jak i Johna McAfee, szkodząc zaledwie kilkudziesięciu tysiącom maszyn, przyniósł McAfee Associates kolosalne zyski. Dla twórcy pierwszego antywirusa to był "strzał życia".

W 1994 roku McAfee opuścił firmę z okrągłą sumą 100 mln dol. na swoim koncie. Od tej pory wiódł żywot porządnego, powtórnie żonatego obywatela Doliny Krzemowej, prowadzącego "kameralne" interesy: zarządzał Tribal Voice (firmą produkującą pierwsze oprogramowania do czatu na żywo w internecie - PowWow), wykładał na uniwersytetach, inwestował w nieruchomości i udzielał się charytatywnie. Niemal na każdą ze swych posiadłości próbował znaleźć pomysł.

W Kolorado zdecydował się wybudować ekskluzywne centrum jogi, w którym często medytując napisał cztery książki dotyczące duchowego rozwoju. Z kolei w Arizonie rozwinął swe podniebne namiętności, angażując się w nowy sport z gatunku ekstremalnych - aerotrekking (czyli latanie na niskich wysokościach za pomocą lekkich maszyn osiągających maksymalną prędkość ponad 100 mil na godzinę i cenę ok. 120 tys. dol.). Swoją grupę podniebnych Easyriders ochrzcił równie malowniczą nazwą - Sky Gypsies.

Niestety, ani wyzwolenie ducha w jodze, ani cygańskie rajdy na "uskrzydlonych motorynkach" nie zaspokoiły Johna McAfee. Tym bardziej, że nowe tysiąclecie oznaczało dla niego finansową "równię pochyłą". W 2008 roku uświadomił sobie, że przesadził ze swoją rozrzutnością. 100 mln dol. stopniało do zaledwie czterech.

Rozwiódł się, zrezygnował z interesów, zamknął centrum jogi, sprzedał niemal cały majątek, a swojej kochance powiedział, że szuka "ekspansywnego horyzontu". Postanowił rozpocząć nowe życie, skromne i prawdziwe, gdzieś, gdzie będzie mógł sobie odpowiedzieć, kim tak naprawdę jest. Szukał posesji w kraju anglojęzycznym, z ładną plażą, niskimi podatkami, czegoś w sam raz dla bogatego emeryta.

Robinson z obsesją

Trafił do "raju na ziemi" - karaibskiego Belize: palmy, złoty piasek, idealne fale... Wystarczyło, że zerknął na Google Earth i w tej samej sekundzie kliknął "kup teraz". Gdy wylądowali w Ambergris Caye, jego ówczesna partnerka zrozumiała, co miał na myśli mówiąc o "ekspansywnym horyzoncie", a przynajmniej tak jej się wydawało. Zaćmił ją bajeczny pejzaż i nowy, wspaniały John. Na początku zachowywał się jak wzorowy jogin - surfował, medytował, niczym amerykański pionier wędrował po dżungli, ażeby nadać ciału dawny blask. Regularnie korzystał z botoksu i viagry. Wszystko wydawało mu się doskonałe; prawdziwa natura, prawdziwi ludzie, było "cool".

Zainspirowany dżunglą zarządził budowę nowego siedliska nieopodal starej świątyni. Zainwestował w przedsięwzięcie milion dolarów, osuszył bagna i zbudował prosty dom, po czym sprowadził do niego porcelanowe tybetańskie wazy i fortepian. Wieczorami siedział na werandzie i długo wsłuchiwał się w szum rzeki i wycie zwierząt w dżungli, po czym wracał do salonu i grał do świtu własne kompozycje, z konieczności improwizowane, bo nigdy w życiu nie miał do czynienia z muzyką. Romantyczna robinsonada bez WiFi była dla niego chwilą wyjątkowej rozrywki, ale mimo to nigdy nie udało mu się zostać spokojnym emerytem.

Zaczął znowu "kręcić" biznesy - przejął małą manufakturę cygar, wszedł także w spółkę z taksówkami wodnymi oraz zajął się handlem kawą, a jakby tego było mało postanowił zrobić rewolucję w przemyśle farmaceutycznym! Okazja wydawała się do tego wprost wyśmienita. Właśnie spotkał młodą, ambitną mikrobiolożkę z Harvardu - Allison Adonizio, która spędzała wakacje na plażach Belize. W krótkiej rozmowie dziewczyna opisała mu przedmiot swych naukowych dociekań - możliwość stworzenia nowej generacji antybiotyku na bazie tropikalnych roślin.

Biznes INTERIA.PL na Facebooku. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

McAfee podchwycił temat i z miejsca zaproponował jej komercjalizację konceptu, który powinna zrealizować w laboratorium w Belize, które dla niej wybuduje. Młoda pani naukowiec, wietrząc swoją szansę życiową, nie kazała mu długo czekać na odpowiedź, sprzedała dom w Bostonie i natychmiast przeprowadziła się do karaibskiej krainy. Tak jak obiecał stworzył dla niej laboratorium, odpowiednio je wyposażył, zatrudnił asystentów. Adonizio rozpoczęła intensywną pracę, a on zaczął coraz częściej wynurzać się z dżungli, udzielać się społecznie oraz towarzysko...

Obraz życia Johna McAfee przybrał nowy kształt. Stara kochanka wróciła do domu w USA, a posiadłość w sercu dżungli rozrosła się o kilka nowych bungalowów, w których zamieszkały atrakcyjne, okoliczne nastolatki w bikini, strzeżone przez uzbrojonych po zęby ochroniarzy. McAfee uparł się, że w rejonie - szczególnie w nieodległym od jego posesji miasteczku Carmelita - grasują groźni bandyci handlujący narkotykami. Mimo jego starań i niezmąconego przekonania o słuszności swoich sądów, lokalna policja pozostawała niewzruszona na jego apele.

W końcu McAfee wziął sprawę we własne ręce. Wybudował komisariat, kupił broń, samochody i sam wypłacał policjantom gaże za pełnienie służby. W pewnym momencie wszyscy mieli go dość, bo wszędzie wietrzył spisek, na każdym kroku widząc szpiegów koncernów farmaceutycznych, narkogangsterów i agentów specjalnych na usługach wrogich mu sił politycznych, którym rzekomo odmówił wsparcia finansowego. Nie mówiąc już o zagrożeniu ze strony hakerów, dla których pozostanie na zawsze "honorowym" wrogiem, wobec czego codziennie po kilka razy musi zmieniać adresy IP swoich licznych komputerów.

Oryginał czy szaleniec?

Gdy w kwietniu 2012 r. "antywirusowego króla" odwiedził Joshua Davis z zaprzyjaźnionego magazynu "Wired", przywitał go półnagi gospodarz z rewolwerem w dłoni. Tłumaczył dziennikarzowi, że zaszedł za skórę partii Zjednoczonych Demokratów z Belize, którzy prowadzą szemrane interesy z meksykańskim kartelem narkotykowym i arabskim Hezbollahem; oni wydali na niego wyrok śmierci, a to oznacza, że ataku może spodziewać się w każdej chwili i z każdej strony. Dla uwydatnienia swojego marnego położenia na oczach reportera zabawił się sam ze sobą w rosyjską ruletkę.

Nazajutrz po zajściu, przestraszona całą sytuacją Allison Adonizio uciekła z Belize. 30 kwietnia o świcie do rezydencji McAfee wtargnęli agenci GSU (Gang Suppresion Unit - specjalna jednostka do walki z przestępczością zorganizowaną powołana w Belize w 2010 r.). Podejrzewali Johna o produkowanie metaamfetaminy. Jednym z tropów śledztwa były jego wpisy na forach internetowych, na których chwalił się wyprodukowaniem znacznej ilości narkotyków.

McAfee stanowczo zaprzeczył tym rewelacjom, tłumacząc wpisy głupim wybrykiem, niewinnym kłamstwem, które miało na celu zniechęcić forumowiczów do korzystania z tego typu używek. Akcja GSU nie przyniosła specjalnych rezultatów - skonfiskowano nielegalną broń (sztuk dwie) i zatrzymano trzech ochroniarzy bez licencji, poza tym zastrzelono psa podejrzanego. McAfee spędził noc w areszcie, ale całe wydarzenie znacznie pogłębiło jego paranoiczne obawy.

Pół roku później, 11 listopada na terenie sąsiedniej posiadłości znaleziono martwego Gregora Faulla, amerykańskiego przedsiębiorcę, który spędzał w Belize znaczną część roku na luksusowej emeryturze. Dostał kulkę w tył głowy. Tego samego dnia McAfee odkrył, że ktoś otruł mu pozostałe przy życiu psy i w obawie o swoje życie zafarbował brodę, włosy, schował rewolwer za pazuchę i wraz z osiemnastoletnią kochanką nielegalnie opuścił granice Belize, udając się do Gwatemali, gdzie już następnego dnia został zatrzymany w swoim pokoju w ekskluzywnym hotelu.

John McAfee spędził tydzień w areszcie śledczym. Przez cały ten czas miał możliwość korzystania z internetu, by na bieżąco komentować na blogu cały przebieg zdarzenia, łącznie ze smakiem więziennej kawy. Po siedmiu dniach amerykańscy prawnicy osiągnęli zamierzony sukces i milioner został deportowany do Stanów Zjednoczonych. Choć władze Belize ubolewają, że McAfee nie złożył oficjalnych zeznań na miejscu, żadne zarzuty nie zostały mu postawione.

Tuż po przylocie do Miami sam zainteresowany odetchnął z ulgą i powiedział prasie, że z pewnością zostanie tu kilka dni, bo zna w Miami jedną dobrą restaurację sushi, a nie miał okazji jeść sushi już od dłuższego czasu... Na blogu umieścił raport opatrzony licznymi fotografiami z malowniczej ucieczki do Gwatemali, koniecznej, bo jak twierdzi nie przepadał za uśmierconym sąsiadem, ale na pewno nie ma nic wspólnego z jego śmiercią, którą uważa za fatalną pomyłkę zabójców zamówionych w jego sprawie. Za informacje wskazujące morderców McAfee wyznaczył nagrodę w wysokości 25 tys. dol., wystosował list z kondolencjami dla rodziny ofiary, założył kowbojski kapelusz i jak twierdzi udał się na zasłużone wakacje w rodzinne strony.

Ekstremalny przypadek Johna McAfee, który w jednym życiu przeżywa kilka kontrastowo różnych wcieleń. pobudza wyobraźnię i korci snuciem domysłów. Można zachwycać się jego odwagą podejmowania w życiu decyzji skrajnego ryzyka albo krytykować bezmyślność ekscentrycznych kaprysów czy w końcu kwestionować jego stan zdrowia psychicznego. Szaleniec czy tylko oryginał - jak jest w istocie? A może to wszystko to tylko zwykła prowokacja, zachęta do niekończącej się spekulacji, niebezpieczne balansowanie między wzbudzaniem atencji a produkowaniem niezbędnej do życia adrenaliny?

Niezależnie od prawdy, jeżeli jakaś jedna istnieje, pewny pozostaje fakt, że McAfee wciąga nas jak wirus w swoją historię i nawet jeżeli miałoby się okazać, że większość w jego życiu jest fikcją pochodzącą z szalonego umysłu, największe niebezpieczeństwo stanowi on same dla siebie.

Michał Mądracki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »