Reklama

​Kolejne obostrzenia w sklepach i galeriach to kwestia czasu. Czwarta fala przyspiesza

Ministerstwo Zdrowia poinformowało w środę aż o 5,5 tys. nowych zakażeń koronawirusem w ciągu poprzedniej doby. Oznacza to wzrost aż o 110 proc. tydzień do tygodnia, co jest rekordem podczas obecnej fali. Gdyby taka drastyczna tendencja się utrzymała, to już w listopadzie sytuacja w kraju stanie się tragiczna. Jak napisały wiadomoscihandlowe.pl, podział Polski na żółte i czerwone strefy wydaje się nieunikniony, co jest fatalną wiadomością dla branży handlowej.

Gdyby dobowa liczba wykrytych zakażeń nadal rosła o 110 proc. w ujęciu tydzień do tygodnia, to już za dwa tygodnie czeka nas dzień z 24 tys. przypadków. Za trzy tygodnie może być jeszcze gorzej - 51 tys. przypadków. Przewyższałoby to znacznie dotychczasowe prognozy ekspertów na czwartą, jesienną falę pandemii.

Według prognoz rządowych 5 tys. zachorowań na dobę miało nastąpić dopiero na koniec października. Szczytu fali spodziewano się na przełomie listopada i grudnia. Jednak nowe, niepokojące dane o dynamice zachorowań oznaczają, że sytuacja może być gorsza, niż przewidywano.

Reklama

Rząd robi wszystko, co może, aby nie zamykać gospodarki jak przed rokiem. Nie wprowadza obowiązku szczepień, nie wydaje "green passów" jak we Włoszech, nie decyduje się na jakiekolwiek istotne przywileje dla osób zaszczepionych. Ba, nawet nie pozwala pracodawcom na zweryfikowanie, czy dany pracownik zaszczepił się przeciwko COVID-19. Projekt ustawy w tej ostatniej sprawy jest już od dawna gotowy, a tymczasem minister zdrowia Adam Niedzielski w rozmowie z TVN24 z rozbrajającą szczerością oświadczył, że projekt ten jest "trzymany na cięższe czasy". Innymi słowy, władze liczą, że jakoś to będzie i może uda się przetrwać jesień i zimę bez drażnienia antyszczepionkowego elektoratu.

Rok temu rząd wprowadzał na jesieni podział Polski na strefy zielone, żółte i czerwone, gdy średnia liczba zachorowań z siedmiu dni przekroczyła 760. Po przebiciu granicy 3800 zachorowań cała Polska stała się strefą żółtą, a wybrane powiaty - czerwoną. Z kolei już przy ponad 9400 zachorowaniach strefę czerwoną wprowadzono w całym kraju, a powyżej 19 000 zachorowań zdecydowano się na poważny lockdown.

Biorąc pod uwagę, że jakiekolwiek wprowadzane obostrzenia wpływają pozytywnie na statystyki zachorowań dopiero po 10-14 dniach opóźnienia, rządowi szybko kończy się czas na zmniejszenie siły rażenia czwartej fali. Czego zatem możemy się spodziewać? Z wypowiedzi przedstawicieli Rady Ministrów wynika, że scenariusz podziału Polski na strefy, zapewne na poziomie powiatów, jest najbardziej prawdopodobny. Obostrzenia w pierwszej kolejności dotknęłyby ścianę wschodnią kraju, gdzie zachorowań w porównaniu z liczbą mieszkańców jest najwięcej - to efekt m.in. niskiego poziomu zaszczepienia populacji.

Mija niemal dokładnie 12 miesięcy od czasu, gdy premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że cała Polska będzie strefą czerwoną. Taki scenariusz zapowiedziano 23 października 2020 r., a zmiany weszły w życie już dzień później. Decyzję ogłoszono kilka dni po rekordowych (wówczas) statystykach zakażeń - 13,6 tys. przypadków w jeden dzień, przy 153 zgonach.

W czerwonej strefie obowiązywał limit klientów w małych sklepach (do 100 m kw.) na poziomie pięciokrotności liczby kas. W większych placówkach handlowych przebywać mógł tylko jeden klient na każdych 15 m kw. powierzchni.

Zaledwie półtora tygodnia później (4 listopada 2020 r.) Morawiecki ogłosił zamknięcie sklepów w galeriach handlowych. Pozostawiono jedynie możliwość funkcjonowania galeryjnych sklepów z artykułami spożywczymi, kosmetycznymi, toaletowymi oraz środkami czystości, wyrobami medycznymi i farmaceutycznymi, artykułami remontowo-budowlanymi, artykułami dla zwierząt i prasą, a także placówek usługowych.

Jednocześnie zaostrzono limity klientów w sklepach. W małych placówkach, o powierzchni do 100 m kw., przebywać mogła już tylko jedna osoba na 10 mkw. W większych sklepach limit pozostał bez zmian, na poziomie 1 klienta na 15 m kw.

Czy tegoroczne obostrzenia, o ile zostaną wprowadzone, będą podobne? Tego wciąż nie wiemy. Zaledwie kilka dni temu na twardy lockdown zdecydowała się Łotwa, w której poziom zaszczepienia jest podobny jak w Polsce. Oprócz wprowadzenia godziny policyjnej od 20.00 do 5.00, na Łotwie zamknięto na miesiąc restauracje, kina, bary, obiekty sportowe i kulturalne, a także sklepy - poza tymi, które oferują produkty pierwszej potrzeby, jak żywność.

Choć przedstawiciele rządu ostatnie miesiące spędzili na powtarzaniu zapewnień, że najgorsze jest już za nami i nie trzeba będzie wprowadzać restrykcji, zamykać galerii, wprowadzać nauczania zdalnego, zamykać cmentarzy na Wszystkich Świętych itp., to jednak w zderzeniu z rzeczywistością może okazać się, że były to obietnice bez pokrycia. Doradcy premiera, tacy jak prof. Andrzej Horban, rekomendują już wprowadzenie regionalnych obostrzeń po przekroczeniu pewnej granicy zachorowań (nie zdradził jakiej). Horban zapowiedział, że w czwartek w Ministerstwie Zdrowia zbierze się sztab kryzysowy w tej sprawie.

Ewentualne zamknięcie galerii handlowych i większości sklepów niespożywczych w Polsce, choć wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, będzie kolejnym ciosem w branżę. Ta wciąż nie odbudowała się po pandemii i liczy na wysoką sprzedaż w okresie jesienno-przedświątecznych "żniw". O optymizm jest jednak z dnia na dzień coraz trudniej.

Zobacz nowe artykuły w promocyjnych cenach na ding.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »