Reklama

Kto ma rację w głośnym sporze o handel zagraniczny?

Amerykański prezydent sugeruje, że jego kraj źle wychodzi na wymianie handlowej z Unią Europejską. Jednak liderzy unijnych państw odpierają zarzuty, przedstawiając własne dane. Kto ma rację i czy deficyt w wymianie handlowej Ameryki z UE w ogóle stanowi problem, o który warto kruszyć kopie? - pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Podczas ostatniego szczytu G7 Donald Trump mówił, że Ameryka straciła 817 mld dolarów na handlu zagranicznym w zeszłym roku. Kilka dni temu prezydent USA na Twitterze pisał także, że Unia Europejska ma 151 mld dolarów nadwyżki handlowej ze Stanami Zjednoczonymi.

Do dyskusji włączyła się również kanclerz Niemiec Angela Merkel, która stwierdziła, że to Unia ma deficyt w wymianie handlowej z Ameryką. Kto więc się myli i czy bilans handlowy rzeczywiście jest tak ważny dla gospodarczych mocarstw?

Deficyt czy nadwyżka?

Patrząc na oficjalne dane Biura Analiz Ekonomicznych (BEA) amerykańskiego Departamentu Handlu, Stany Zjednoczone miały deficyt w handlu towarami ze światem na poziomie 811 mld dol. w zeszłym roku. Oznaczałoby to, że szacunki Donalda Trumpa są zgodne z rzeczywistością, chociaż pojęcie "straty" wydaje się znacznie przesadzone, gdyż ujemne saldo nie oznacza żadnej straty, lecz jedynie przewagę importu nad eksportem.

Reklama

Warto jednak zauważyć, że obecnie handel zagraniczny to nie tylko towary. Udział usług stale rośnie w wymianie pomiędzy krajami. Tutaj już Stany Zjednoczone mają poważną nadwyżkę (242 mld dol.). W rezultacie deficyt handlowy USA spada do 568 mld dol. (niecałe 3 proc. PKB).

Jak natomiast wygląda bilans pomiędzy USA i UE i kto jest bliżej prawdy - Merkel czy Trump?

By to rozsądzić, również sięgamy do danych BEA z podziałem na kraje i poszczególne regiony. Patrząc na sam bilans towarowy, USA rzeczywiście miało deficyt z UE na poziomie 150 mld dol. w 2017 r., gdy jednak doliczymy sektor usług (51 mld dol. nadwyżki dla Stanów), to deficyt maleje do 100 mld dol. Cały czas jednak on jest znaczny. Czy więc niemiecka kanclerz się myliła?

Rachunek obrotów bieżących prawdę powie. USA na lekkim plusie

Poza zagraniczną wymianą usług i towarów warto także zwrócić uwagę na inną kategorię, czyli saldo dochodów pierwotnych. Pokazuje ono, jak wygląda przepływ kapitału z inwestycji (np. zysków amerykańskich spółek w Unii Europejskiej czy uzyskiwanych dochodów z instrumentów skarbowych zakupionych przez Amerykanów w UE).

Z danych BEA wynika, że to USA są zdecydowanie większym beneficjentem inwestycji w UE niż odwrotnie. I to Stany uzyskały w saldzie pierwotnym nadwyżkę z Unią na poziomie 105 mld dolarów w 2017 r.

W rezultacie, biorąc pod uwagę trzy kategorie (handel towarami, handel usługami i saldo pierwotne), Stany mają z UE minimalną nadwyżkę (ok. 5 mld dolarów). Można więc również powiedzieć, że kanclerz Merkel także miała rację.

Sumując poszczególne kategorie, zaczynamy się zbliżać do całego rachunku bieżącego pokazującego ogólną konkurencyjność danego kraju. Do trzech kategorii trzeba jednak jeszcze dodać saldo wtórne (przede wszystkim przekazów pieniężnych).

W rezultacie cały rachunek bieżący na linii USA - EU jest dla Stanów dodatni (ok. 15 mld dol.). Należy jednak podkreślić, że w skali obu obszarów gospodarczych jest to wręcz mikroskopijna różnica (ok. 0,1 proc. PKB USA). Można więc uznać, że rachunek bieżący łączący Stany i Unię jest zbilansowany i nie powinien stanowić żadnego zarzewia szerszej dyskusji.

Pozorny problem

Dane BEA pokazują, że rachunek bieżący pomiędzy UE i USA jest praktycznie zbilansowany. Sugestie Stanów Zjednoczonych, jakoby traciły na handlu Unią, są tak samo nieuprawnione jak hipotetyczne zarzuty, że Amerykanie wykorzystują Europejczyków poprzez gospodarcze angażowanie się na ich terytorium i uzyskiwanie tym samym zysków. Spór na linii Waszyngton - Bruksela należy więc uznać za pozorny, a nawet trochę śmieszny.

....................................

Donald Trump przyzwyczaił rynki i inwestorów do sposobu sprawowania przez siebie władzy - wydawałoby się. Tymczasem niemal każde kolejne posunięcie prezydenta Stanów Zjednoczonych wydaje się być zaskakujące. Tym razem to zapowiedź kolejnej partii ceł - na towary warte 200 mld dolarów. A w Europie z trudem poskładana koalicja rządowa w Niemczech przeżywa kryzys.

Spięcie handlowe na linii Stany Zjednoczone-Chiny zaczyna nabierać coraz okazalszych rumieńców. W ubiegły piątek bowiem administracja amerykańska wprowadziła cła na ponad 1000 chińskich produktów o wartości 50 mld dolarów (zaczną obowiązywać 6 lipca).

Chińczycy jeszcze tego samego dnia zapowiedzieli, że należy się spodziewać działań odwetowych w takiej samej skali, które miałyby objąć szeroką gamę produktów - od samochodów po soję. Naturalnie reakcja prezydenta była już w jego stylu. Zagroził Chinom, że jeżeli Ci nie powstrzymają się od wprowadzenia "kontrsankcji", wówczas Amerykanie przygotują listę towarów o wartości 200 mld dolarów, które zostaną obciążone 10% taryfami.

Ostatecznie Państwo Środka nie skomentowało ostatniej zapowiedzi prezydenta, ale także nie zdementowało wprowadzenia ceł. Te wydarzenia na przestrzeni ostatnich kilku dni potwierdzają, że spór między Chinami, a Stanami Zjednoczonymi wszedł w zupełnie nową fazę. Wcześniej były słowne groźby, publiczne przepychanki i oskarżenia, podczas gdy w tle próbowano się porozumieć. Teraz Trump przeszedł do działań, a i Chiny nie wydają się być zastraszone.

W tym kontekście sposób prowadzenia polityki przez prezydenta Stanów Zjednoczonych jest trochę dziwny, bowiem pamiętajmy, że chce on doprowadzić do rozbrojenia reżimy z Korei Północnej, co bez pomocy Chin się nie uda.

Póki co rynek na doniesienie reaguje dość nerwowo, ale tak naprawdę inwestorzy ze zmieniającego się sposobu prowadzenia globalnej polityki handlowej nic sobie jeszcze nie robią. Pytanie, czy słusznie? Jeżeli zapowiedzi dalszego zaostrzania konfliktu zostaną zrealizowane, wówczas może się okazać, że inwestorzy niedoszacowali ryzyka i będziemy świadkami globalnej wyprzedaży aktywów ryzykownych.

Póki co, ją można tylko zaobserwować na rynkach wschodzących, ale to przede wszystkim ze względu na mocnego dolara.

Wspominaliśmy już kilkukrotnie, że czynników ryzyka w globalnym otoczeniu rynkowym przybywa. Choć jeszcze kilka tygodni temu Stary Kontynent z uwagą obserwował rozwój sytuacji politycznej we Włoszech, okazało się, że teraz problemy mają Niemcy, a z trudem utworzona koalicja rządowa zawisła na włosku.

Na początku tygodnia w mediach pojawiły się informacje sugerujące, że przedstawiciele CSU zażądali od kanclerz, by ta na najbliższym szczycie Unii Europejskiej "rozwiązała" problem imigrantów, tak by Ci z Niemiec zostali odesłani do krajów, w których zostali pierwotnie zarejestrowani.

Być może to reakcja na działania Włochów, którzy, zgodnie zresztą z zapowiedzią nowego rządu, nowych przybyszy. Co więcej, CDU/CSU, również z tego powodu, traci poparcie - nie przekracza ono w tej chwili 30%. To o tyle ciekawa kwestia, że pojawiło się sporo głosów, które sugerowały, że możliwe jest nawet jej zerwanie, co doprowadziłoby do kolejnych wyborów.

Takie rozwiązanie przy spadającym poparciu dla rządu, mogłoby stworzyć dużą niepewność polityczną. Wiele zatem będzie zależało od tego jak potoczy się najbliższy szczyt Unii Europejskiej i co uda się na nim "załatwić". Tym niemniej naszym zdaniem realna szansa rozpadu rządu w Niemczech istnieje, choć póki co jest ona niska.

RDM Wealth Management to licencjonowany przez Komisję Nadzoru Finansowego dom maklerski wyspecjalizowany w zarządzaniu portfelami, w których skład wchodzą fundusze inwestycyjne.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »