Reklama

Kto marnuje czas, okrada samego siebie

Po przeszło dwóch dekadach od odzyskania niepodległości Estończycy wywalczyli sobie silne miejsce w zglobalizowanym świecie, suwerenność energetyczną i darmowe bilety autobusowe.

Estonia dostarcza zimą nie lada emocji. Pod koniec stycznia, zwykle przez dwa tygodnie, czynna jest autostrada biegnąca po zamarzniętym Bałtyku. Licząca 26 km trasa łączy port Rohukela z wyspą Hiiumaa i można ją pokonać w kilkanaście minut.

Reklama

Pracownicy drogówki pilnują, aby samochody zachowały odpowiedni odstęp. Jeśli sprzyja pogoda - czyli zima jest sroga, a lód osiąga co najmniej 30 cm - Estoński Zarząd Dróg otwiera aż sześć takich tras. Niektóre są otwarte nawet dla ciężarówek ważących dwie tony. Podróżować można tylko w dzień i trzeba mieć przy sobie telefon komórkowy. Tak na wszelki wypadek.

Czy istnieją darmowe obiady?

W Estonii od początków niezależności ścierają się dwie koncepcje: czy są darmowe obiady, czy nawet za "darmowe" trzeba w końcu zapłacić. Zwolennikiem pierwszej tezy jest pierwszy premier niepodległej republiki Edgar Savisaar. Ten były komunista i niezatapialny polityk od 2007 r. jest ponownie merem Tallina.

Zagłosuj w internetowym referendum w sprawie OFE

Od nowego roku zafundował mieszkańcom stolicy "darmowy" transport publiczny. Savisaar argumentował to tym, że koszty biletów pokrywają zaledwie 1/3 kosztów transportu, więc miasto stać, aby z tego zrezygnować, tym bardziej, że zmniejszą się koszty prywatnego ruchu samochodowego.

Przeciwnicy tej decyzji wskazują, że podatnicy dołożą do interesu 20 milionów euro, a samo referendum kosztowało przeszło ćwierć miliona. Z decyzji mera zadowoleni są ci, którzy na tym skorzystają, tylko w ostatnich miesiącach w stolicy zameldowało się dodatkowych 4 tys. mieszkańców. Władze zachęcają, aby się meldować.

Praktyczna digitalizacja

Estończycy nie mają więc większych powodów do narzekań. Bezrobocie oscyluje wokół 10 proc., a średnia płaca w 2011 r. wynosiła 839 euro. Rząd rozpieszcza swoich obywateli jak może. Wizytówką republiki ma być wizerunek kraju zinformatyzowanego i przyjaznego mieszkańcom. Obywatele od tego roku mają w użyciu kartę identyfikacyjną, która jest paszportem do szeregu usług publicznych.

Estończycy nie rozstają się z internetem. W kraju działa ponad 1100 darmowych hotspotów. Ludzie głosują przez internet, przez internet płacą podatki, a założenie firmy przez sieć trwa zaledwie 18 minut. Przez sieć można zapisać się do lekarza, wydrukować sobie receptę, sprawdzić stopnie dziecka w szkole i wysłać profesorowi sprawdzian na studiach.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Wrota Skandynawii: Estonia

98 proc. transakcji bankowych w tym kraju odbywa się w systemie elektronicznym i 94 proc. deklaracji podatkowych przesyłanych jest tą drogą. W administracji rządowej praktycznie nie używa się dokumentów papierowych. I wszystko działa, o oszczędnościach nie wspominając. Digitalizacja kraju jest prowadzona ze względów praktycznych. Z istniejących 4500 wsi i miasteczek aż 3718 ma mniej niż 100 mieszkańców. Cyfryzacja to dla tych porozrzucanych po odludziu oaz wśród lodu jedyna szansa na jakikolwiek kontakt ze światem.

Choć nie wszystko działa tak jak powinno. Priit Alamäee, szef internetowej spółki Webmedia, w którą 7 mln euro zainwestował w 2010 r. polski fundusz Enterprise Investors, w jednym z wywiadów przyznał, że co prawda powszechne stosowanie podpisu elektronicznego zwyczajnie oszczędza ludziom dużo czasu, to już projekt e-recept okazał się niewypałem.

Jak walczyć z kryzysem

Strategia ekonomiczna rządu jest prosta. Nie wydajemy bez sensu, nie stymulujemy gospodarki, gdy zaczyna dziać się źle - zaciskamy pasa. W czasach kryzysu, choć lokalnej biurokracji nie było to w smak, po kieszeni najbardziej dostali... urzędnicy.

Estonia to jedyny kraj strefy euro, który posiada nadwyżkę budżetową. Dług narodowy nie przekracza 6 proc. PKB, co w zestawieniu z długiem Grecji - wynoszącym 161 proc. PKB - może szokować. Średnia płaca w Estonii jest tylko o 10 proc. niższa od analogicznej średniej w Grecji.

1 stycznia 2011 r. Estonia przyjęła euro. Premier Adrus Ansip, któremu przypisuje się tę decyzję, uważa, że kraj zyskał, budując sobie zaufanie inwestorów zagranicznych, którzy mają większe zaufanie do euro niż mieli wcześniej do estońskiej korony. Zmniejszyło się ryzyko związane z ewentualną dewaluacją.

Prezydent Ilves przekonuje, że euro dało dodatkowy procent wzrostu gospodarczego. Jednak nie wszyscy ekonomiści są zgodni, że ten krok wyjdzie Estończykom na dobre, gdy strefa euro zacznie trząść się w posadach. Niewątpliwie euro przyciągnęło do kraju nowych inwestorów, ale wątpliwe, by miało aż tak duży wpływ na wzrost gospodarczy. Rząd radzi sobie dobrze, ale nie jest idealnie. Podatki mogłyby być niższe, a usługi publiczne lepsze. Na razie jednak wychodzi.

Lider w eksploatacji łupków

Drugim filarem, obok wolnorynkowej gospodarki, jest suwerenność energetyczna. Estonia jest jedynym krajem Unii Europejskiej, po Danii, który może pochwalić się energetyczną niezależnością. Estończycy zawdzięczają to nowym technologiom, pozwalającym na eksploatację ropy naftowej ze złóż niekonwencjonalnych.

90 proc. produkowanej energii pochodzi ze spalania ropy naftowej, uzyskiwanej z łupków. Kraj ten posiada dwa duże złoża ropy łupkowej i jest jednym ze światowych liderów w ich eksploatacji. Elektrownia wykorzystująca surowiec znajduje się niedaleko jednego ze złóż, w graniczącym z Rosją Narwie. Ropa z łupków jest wykorzystywana także przy produkcji cementu.

Jeśli chodzi o finanse, to Estończycy mogą spać spokojnie. W latach 2000 - 2008 gospodarka rozwijała się w imponującym tempie 7 proc. rocznie, bijąc na głowę większość europejskich konkurentów. Korekta przyszła w 2009 r., gdy PKB skurczył się o blisko 14 proc. Jednak już w 2011 r. znów pojawił się ponad 7-proc. wzrost.

Do 2016 r. estoński minister finansów liczy na 3 proc. wzrostu rocznie, czyli całkiem nieźle. Estonia prowadzi bardzo surową politykę imigracyjną. Tamtejsze prawo zezwala na przyjęcie zaledwie 1008 imigrantów rocznie, co stanowi 0,075 proc. populacji, tak aby łączna liczba przybyszów nie przekraczała 1 proc. społeczeństwa. Rok temu na pobyt zezwolono zaledwie 581 osobom.

Historia sukcesu

Dziś Estonia zbiera żniwo odważnych i błyskawicznych przemian gospodarczych z lat 90. ubiegłego wieku. W 2004 r. ten kraj zajął niesłychanie wysokie, bo aż szóste miejsce w rankingu wolności gospodarczej Fundacji Heritage. Nic dziwnego, w tym kraju podatki zawsze były niskie (Estonia to pionier podatku liniowego), a przedsiębiorstwa reinwestujące swoje zyski były zwolnione z danin od dochodów. Potem było trochę gorzej, bo unijna biurokracja narzuciła wiele reguł krępujących przedsiębiorczość. Ale i z tym Bałtowie poradzili sobie znakomicie.

W 2007 r. Estonia zajęła 10. miejsce w rankingu globalizacji prestiżowego amerykańskiego dwumiesięcznika "Foreign Policy". Było zdumiewające, jak ten malutki kraj radzi sobie na arenie międzynarodowej. Potem przyszły chude lata kryzysu finansowego, które nieco ostudziły entuzjazm mieszkańców.

Pękła bańka finansowa i wiele fortun zaczęło chwiać się w posadach. Kryzys boleśnie odczuli także przeciętni obywatele - najbardziej najbiedniejsi i pracownicy administracji. Estończycy często pracują w kilku miejscach, więc pomimo zwolnień sytuacja wielu osób pozostała na niezłym poziomie. Przyjęcie euro spowodowało wzrost cen, co zmniejszyło możliwości konsumpcyjne obywateli. Wielu ludzi sceptycznie patrzy na wspólną walutę. Dla rządu był to krok, aby zapobiec kryzysowi, ale nie potrafili wytłumaczyć tego ludziom.

Ewenement wśród byłych republik

Lista sukcesów stale się wydłuża. Według Indeksu Transformacji Fundacji Bartelsmanna, Estonia osiągnęła największy sukces w transformacji ustrojowej spośród sklasyfikowanych 128 państw świata. Z wolnością gospodarczą jest trochę gorzej - Estończycy sklasyfikowani są obecnie na miejscu 16., a w rankingach konkurencyjności - mieszczą się w pierwszej trzydziestce. Kraj ten jest dobrze oceniany także pod względem łatwości prowadzenia biznesu, a także, co jest prawdziwym ewenementem wśród byłych republik radzieckich (również wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej takich jak Polska), jest jednym z najmniej skorumpowanych krajów świata.

Administracja Estonii postrzegana jest już bardziej jako ta zbliżona do krajów skandynawskich, czyli przyjazna i przejrzysta niż ta, znana z pokomunistycznej przeszłości - wroga obywatelowi, przeżarta nepotyzmem i łapówkarstwem. System finansowy jest relatywnie słabą gałęzią gospodarki.

90 proc. banków obecnych na rynku jest już w rękach Skandynawów. Estonia handluje już niemal wyłącznie z Unią Europejską. Inwestorami w tym kraju są przeważnie Finowie i Szwedzi. Firmy w Estonii płacą obecnie 21-proc. podatek od dochodów, ale zachowują zwolnienie z jego płacenia, tak jak dawniej - gdy wykażą, że reinwestowali swoje zyski. Pracownicy odprowadzają 33-proc. składkę zdrowotną i ubezpieczeniową, którą bez ogródek nazywa się podatkiem. Bo w tym kraju liczy się szczerość i czas. Jak mówi estońskie przysłowie: "Kto marnuje czas, okrada samego siebie".

dr Tomasz Teluk

Autor jest pisarzem, publicystą, założycielem Instytutu Globalizacji

Dowiedz się więcej na temat: kto | Gazeta Finansowa | bilety autobusowe | samo | Estonia | marnowanie czasu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »