Reklama

Metale szlachetne. Złoto i srebro cenniejsze, bo gospodarka USA w impasie

Inwestorzy przypominają sobie o złocie i srebrze jako inwestycjach na niepewne czasy. W zeszłym tygodniu kruszce drożały, bo z rynku pracy w USA nadeszły bardzo niepokojące doniesienia. W efekcie rynki spekulują, że w amerykańskim kalendarzu zaostrzania polityki pieniężnej nastąpią poważne przesunięcia - dodruk dolarów zacznie być ograniczany dopiero w 2022 roku, a na podwyżkę stóp procentowych trzeba będzie poczekać do połowy 2023 roku.

Najpierw w zeszłą środę z raportu prywatnej firmy ADP inwestorzy dowiedzieli się, że w sierpniu w Stanach Zjednoczonych zanotowano tylko 374 tysiące nowych miejsc pracy, podczas gdy spodziewano się 615 tysięcy. Jeszcze gorzej wypadły liczby podane w piątek w rządowym bilansie NFP - nowych stanowisk w sektorze pozarolniczym było 235 tysięcy, a prognozowano aż 750 tysięcy. Szacuje się, że do poziomu zatrudnienia sprzed pandemii w USA brakuje około 7 milionów miejsc pracy.

Metale na ciężkie czasy

Przedstawiciele amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed) nie raz podkreślali, że będą podtrzymywać skrajnie luźną politykę monetarną dopóki nie odbuduje się rynek pracy w USA. Ubiegłotygodniowe doniesienia ADP i NFP są dla wielu inwestorów sygnałem, że Fed nie rozpocznie w tym roku operacji ograniczenia skupu aktywów (czyli tzw. taperingu), a pierwszą podwyżkę stóp procentowych przeprowadzi dopiero w połowę 2023 roku.

Reklama

W reakcji na wieści z amerykańskiego rynku pracy na wartości znów zaczął tracić dolar. W piątek za euro trzeba było płacić nawet 1,19 dolara, choć jeszcze w połowie sierpnia było to 1,17. W tym samym okresie dolar na polskim rynku

walutowym potaniał z 3.90 do 3,79 zł. Osłabienie dolara zazwyczaj sprzyja wzrostom notowań surowców, a zwłaszcza metali szlachetnych. Nie inaczej było i tym razem. Uncja złota zakończyła miniony tydzień na poziomie 1830 dolarów, choć jeszcze 10 sierpnia kosztowała 100 dolarów mniej. Srebro, za uncję którego 20 sierpnia płacono 23 dolary podrożało do prawie 25 dolarów.

Wyznacznikiem rynkowej sytuacji kruszców jest wskaźnik złoto/srebro (gold to silver ratio), który pokazuje ile uncji srebra potrzebujemy, aby kupić jedną uncję złota. Średnia wartość dla ostatnich 50 lat mieści się w przedziale 50-55. Powyżej tej wartości srebro jest tanie względem złota, a poniżej to złoto jest bardziej atrakcyjne. Początek każdego kryzysu sprawia, że wskaźnik ten drastycznie rośnie - na początku paniki pandemicznej podskoczył aż do 115. Było to spowodowane faktem, że inwestorzy w niepewnych czasach najpierw stawiają na "żółty metal" i to jego cena pędzi w górę. Dopiero w drugiej kolejności kapitał napływa na rynek srebra, co proporcję gold/silver doprowadza do normy. W tej chwili wartość wskaźnika wynosi około 73, co świadczy o tym, że srebro jest ciągle tanie względem złota.

Różne prognozy dla srebra

Jednak zdaniem ekspertów Commerzbanku, dalszy wzrost ceny srebra nie jest przesądzony. W czerwcu za uncję tego kruszcu płacono 28 dolarów. Od tamtej pory trwa korekta.

- Srebro zbliżyło się do trzymiesięcznej linii oporu na poziomie 24,87 dolara. Możliwe jest zmiana kierunku. Jeżeli tak się stanie, w dłuższej perspektywie kurs może zacząć się kierować nawet w okolice 21,17-21,87 dolara, a to minima z września i listopada 2020 roku. W tym rejonie przebiegają także maksima z lipca 2014 roku i maksima z 2016 roku - tłumaczy Karen Jones, analityk Commerzbanku. Dodaje, że aby zanegować tę prognozę, uncja srebra musiałby przekroczyć poziom 26 dolarów.

Analityk inwestycyjny Bartosz Baran lepiej ocenia perspektywy srebra. Podkreśla, że jest to jeden z nielicznych surowców, który lokuje się daleko od swoich historycznych szczytów notowań. Na początku 1980 roku srebro osiągnęło wartość 50 dolarów za uncję. Kolejna hossa miała miejsce w 2011 roku i związana była z ówczesnym kryzysem finansowym. Inwestorzy rzucili się wtedy na metale szlachetne nie zważając na cenę, która znów zbliżyła się do 50 dolarów za uncję. W obu przypadkach bańka pękła, a srebro przez kolejne lata było spychane na margines. Dzisiejsza jego cena jest około 50 proc. poniżej szczytów z 1980 i 2011 roku.

- Srebro i złota przez wieki były traktowane jak środek płatniczy. Obu tych metali nie da się "drukować" bez umiaru, jak ma to miejsce w przypadku walut papierowych. Skala najnowszego dodruku jest ogromna. W 1980 roku podaż waluty M2 w USA wynosiła 1,5 biliona dolarów, w 2011 roku było to już 8,5 biliona, a dziś jest to ponad 20 bilionów dolarów - podsumowuje Bartosz Baran.

Srebro przemysłowe

Ekonomiści podkreślają, by nie zapominać, że popyt na srebro w około 50 proc. jest zgłaszany przez przemysł (w wypadku złota jest to 10 proc.). Srebro ma mnóstwo zastosowań, głównie w elektronice. Potrzebne jest do produkcji telewizorów, laptopów, smartfonów i sprzętu AGD.

- Do wzrostu cen srebra przyczynia się przechodzenie gospodarki na technologie ekologiczne. Ten metal jest przecież używany do produkcji paneli słonecznych - przypomina Ole Hansen, szef działu strategii surowcowej w Saxo Banku. W ostatnich 10 latach zużycie srebra w fotowoltaice wzrosło o 100 proc., a nic nie wskazuje, aby ten trend miał się zatrzymać.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Kolejne zastosowanie srebra w branży, która jest na fali, to auta elektryczne. Dziś rynek tych samochodów stanowi około 4 proc. rocznej sprzedaży pojazdów. Prognozuje się, że pod koniec dekady będzie to nawet 40 proc. Zielona rewolucja sprawi, że popyt na srebro będzie ciągle rósł. Tego samego nie da się powiedzieć o podaży, bo tej z przyczyn naturalnych nie można łatwo zwiększyć.

Jacek Brzeski


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »