Reklama

Obligacje skarbowe. Światowi inwestorzy żądają coraz wyższego procentu

Rentowność polskich obligacji 10-letnich jest teraz pięć razy wyższa niż rok temu. To oznacza, że lawinowo rosną koszty naszego długu. Tegoroczna obsługa zadłużenia miała pochłonąć 26 miliardów złotych, ale w rzeczywistości będzie to prawdopodobnie 50 miliardów, a w 2023 roku - co najmniej 70 miliardów. Nominalnie polski dług ma już wartość 1,5 biliona złotych. W relacji do PKB jest to około 60 proc. i możemy się jedynie pocieszać, że zadłużenie mamy dużo mniejsze niż Włochy czy Grecja.

  • Inwestorzy finansowi przypuszczają, że polski rząd traci kontrolę nad inflacją i domagają się coraz wyższego procentu za ryzyko pożyczania nam pieniędzy
  • W tym roku Polska musi wykupić obligacje warte 90 miliardów złotych i zamienić je na nowe, wyżej oprocentowane
  • Duża część naszego nowego zadłużenia jest "chowana" w wydatkach pozabudżetowych
  • Polski dług publiczny to 60 proc. PKB - Rumunia miała problemy z wypłacalnością nawet przy 30 proc. PKB

Obligacje Skarbu Państwa od połowy 2021 roku systematycznie tanieją (tym samym wzrastają ich rentowności). Najbardziej popularnym punktem odniesienia dla długu państw są obligacje 10-letnie. Rok temu za polskie papiery tego typu należało płacić odsetki w wysokości jedynie 1,5 proc. Teraz rynek żąda 7 proc., a we wtorek 21 czerwca było to nawet ponad 8 proc. - najwięcej od 20 lat.

Reklama

Inwestorzy stawiają warunki

Szybki wzrost rentowności w ostatnich miesiącach jest groźny dla finansów publicznych. Nawet jeśli inwestorzy nadal będą zgłaszać się po polskie obligacje, to będą stawiać twarde warunki finansowe, czyli domagać się coraz wyższego procentu za ryzyko pożyczania nam pieniędzy. Na obsługę tegorocznego zadłużenia będziemy musieli wydać około 50 miliardów złotych, a w 2023 roku - co najmniej 70 miliardów, co będzie stanowić 15 proc. kwoty, która wpłynie do budżetu z tytułu podatków.

Wypadliśmy z łask inwestorów, bo ci podejrzewają, że nasz rząd traci kontrolę na inflacją, która zbliżyła się już do 14 proc. Niepokoi ich także rozdawnictwo pieniędzy odbywające się w drodze transferów socjalnych. W Polsce konsumpcja dominuje nad inwestycjami, a tylko te drugie zwracają się i w ten sposób stają źródłem spłaty odsetek i długów.

Dług publiczny standardowo jest rolowany - stare, wygasające obligacje są zastępowane nowymi. Problemem pojawia się, gdy z okresu na okres robi się to na coraz gorszych warunkach finansowych. Tylko w tym roku państwo polskie musi wykupić obligacje warte 90 miliardów złotych i zamienić je na następne, wyżej oprocentowane. W ciągu najbliższych 4-5 lat będziemy musieli wykupić (czyli zamienić na nowe) papiery o wartości prawie 800-900 miliardów złotych.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Czas rosnących stóp procentowych

Decydujący wpływ na rentowność polskich obligacji 10-letnich mają cykliczne podwyżki stóp procentowych ogłaszane przez NBP, a będące konsekwencją szybko rosnącej inflacji. Wyższe stopy procentowe to większe koszty obsługi zadłużenia. Nasza stopa referencyjna w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy wzrosła z 0,1 proc. do 6 proc., a stawka WIBOR, czyli cena pieniądza w rozliczeniach między bankami, przekracza już 7 proc.

By ograniczyć skalę pożyczania pieniędzy na rynku należałoby z roku na rok obniżać deficytu finansów publicznych. W Polsce jest to jednak bardzo mało prawdopodobne. Rząd przewiduje, że w tym roku deficyt wzrośnie do 4,3 proc. z zakładanych wcześniej 2,9 proc. Z kolei w 2023 roku odbędą się wybory parlamentarne i obóz władzy z pewnością jeszcze bardziej odkręci kurek z pieniędzmi dla "zwykłych Polaków", tym bardziej, że nadal będą się oni borykać wysoką inflacją.

Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że zdobywanie środków na nowe wydatki socjalne będzie utrudnione, bo polska gospodarka nie utrzyma dotychczasowego tempa wzrostu PKB. W pierwszym kwartale 2022 roku wyniosło ono 8 proc. Światu grozi jednak dekoniunktura ekonomiczna i dlatego wielu ekspertów przewiduje, że w Polsce w drugim półroczu wystąpi techniczna recesja (brak wzrostu gospodarczego przez dwa kwartały z rzędu).

Widmo recesji

Do sytuacji polskich finansów publicznych przestaje pasować stosowana jeszcze niedawno teoria "wyrastania z długu". Głosi ona, że kraj bezproblemowo może się zadłużać, jeśli jego gospodarka szybko się rozwija, bo wówczas relacja długu publicznego do PKB utrzymuje się na stabilnym poziomie, albo nawet spada.

Warunki ekonomiczne dla Polski i wielu innych krajów zmieniły się ostatnio o 180 stopni. Najpierw długofalowe skutki pandemii, a potem wojna w Ukrainie doprowadziły do zagrożenia recesją. Skończyło się eldorado, kiedy to wiele państw sprzedawało swoje obligacje nawet z ujemnymi rentownościami, a to oznaczało, że inwestorzy dopłacali za to, że mogli posiadać te papiery.

Rządy pożyczały dużo i tanio i żyły na kredyt, a banki centralne drukowały pieniądze i "rozrzucały je z helikopterów". Nadmiar pieniędzy na rynkach skutkował hossą na giełdach papierów wartościowych i wywindowaniem cen nieruchomości. Teraz znaleźliśmy się na przeciwnym biegunie tych zdarzeń - indeksy giełdowe gwałtownie spadły, a rynek nieruchomości kurczy się także dlatego, że podrożały kredyty hipoteczne.

Długi pozabudżetowe

Na sumę polskiego zadłużenia wynoszącego 1,5 biliona złotych (60 proc. PKB) składają się także kwoty, które są spychane do szarej strefy finansów publicznych. W oficjalnym budżecie prezentowanym przez rząd nie są ujmowane wydatki jednostek samorządu terytorialnego i wielu funduszy celowych. W dodatku, w ramach walki z pandemią - za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskiego Funduszu Rozwoju - wyemitowano170 miliardów złotych nowego długu, który w budżecie też nie został uwzględniony.

Każdy kraj ma inny "próg bólu" rentowności obligacji powyżej którego może mieć problemy z regulowaniem zobowiązań. Dowiodły tego bankructwa Grecji, Argentyny czy Wenezueli. Państwo może się ugiąć nie tylko pod masą swojego długu, ale także pod kosztami jego obsługi.

Polska w relacji długu do PKB wynoszącej około 60 proc. wypada zdecydowanie lepiej niż Grecja (200 proc.) czy Włochy (150 proc.). Jesteśmy także poniżej średniej unijnej obliczanej na 90 proc. Nie możemy jednak zapominać, że na przykład Rumunia miała problemy z wypłacalnością nawet przy poziomie 30 proc. PKB.

Jacek Brzeski

Zobacz również: 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »