Reklama

Oczekiwania inflacyjne groźniejsze od samej inflacji

O czym rozmawia się ostatnio przy rodzinnym obiedzie lub u cioci na imieninach? Niekoniecznie o polityce czy piłce nożnej, tylko o szalejącej inflacji, bowiem zajrzała ona w oczy polskim rodzinom. A skoro powszechnie zaczyna panować lęk przed wzrostem cen, to rosną także oczekiwania inflacyjne, które mogą być w przyszłości zabójcze dla prób okiełznania drożyzny.

W maju inflacja konsumencka - wskaźnik CPI - sięgnęła już 4,8 proc. (rok do roku), według wstępnego szacunku GUS, czyli zrobiła kolejny postęp, bo w kwietniu była aż o 0,5 pkt proc. niższa. Po okresie lekkiego spowolnienia - spowodowanego przez pandemię koronawirusa i lockdown gospodarki - przebiliśmy właśnie ostatni pik z lutego zeszłego roku, kiedy zanotowano 4,7 proc. Ceny w Polsce rosną w najszybszym tempie od prawie dekady. Aż trudno uwierzyć, że kilka lat temu mieliśmy bardzo długi, bo aż 27-miesięczny okres deflacji (odwrotność inflacji). Wzrost cen staje się coraz bardziej czymś, z czym staramy się żyć i - o ile możemy - przeciwdziałać. Dodajmy sami, bo na razie nikt ze sterników polityki pieniężnej nie kwapi się, aby coś z tym zrobić.

Reklama

NBP i Rada Polityki Pieniężnej (RPP) zdają się nie dostrzegać nic niepokojącego w wysokości tych wskaźników, utrzymując stopy procentowe na niezmienionym poziomie - główna wynosi symboliczne 0,1 proc. I to pomimo, że cel inflacyjny wynosi 2,5 proc. (plus/minus 1 pkt proc.)., zatem coraz bardziej odjeżdżamy nie tylko od celu, ale także górnej granicy akceptowalnych wahań. Bank centralny staje się coraz bardziej zakładnikiem własnych zapewnień, że stopy procentowe będą niezmienne do końca kadencji RPP i szefa NBP w połowie 2022 roku. Obecnie wycofanie się z tej retoryki byłoby faktycznie przyznaniem się do błędu i - mówiąc kolokwialnie - ktoś musiałby "połknąć tę żabę", a przecież nikt tego nie lubi.

W oficjalniej argumentacji przeciwko podejmowaniu działań zmierzających do zahamowania inflacji wręcz magicznym staje się stwierdzenie, że tak wysoki poziom jest "przejściowy". Co to oznacza w praktyce? Politykę na przeczekanie: nie musimy nic robić, bo samo się wszystko unormuje, ktoś inny za nas to załatwi, nie wpadamy w panikę, tylko czekamy na osłabnięcie inflacji samo z siebie. To klasyczna strategia "jazdy na gapę" (free ride ticket), czyli chęć wykorzystania otoczenia zewnętrznego (np. ewentualnego spadku cen surowców), aby tanim kosztem (czytaj bez podwyżek stóp procentowych) pociągnąć jak najdłużej z najtańszym w historii kredytem, co jest politycznie szczególnie korzystne dla wyborców-kredytobiorców. Przedsiębiorcy mogą tanio pożyczać na inwestycje, konsumenci na zakupy, gospodarka się kręci i wszyscy są zadowoleni... Tyle, że to niebezpieczna fikcja, bo przedsiębiorcy jakoś nie palą się kredytowania działalności, a konsumenci, jeśli już, to ewentualnie chętniej zaciągają kredyty hipoteczne, aby - wykorzystując swój gotówkowy wkład własny - uciekać przed inflacją z pieniędzmi w nieruchomości. Zatem rekordowo tani kredyt ostatecznie może nam wyjść bokiem, a do tego jeszcze doprowadzić do powstania wielkiej bańki na rynku nieruchomości. Ktoś powie: "A co złego w tym, że ceny nieruchomości szaleją? Ludzie się przecież bogacą...". Przykłady krachów na rynku nieruchomości niestety są bardzo bolesne, bo kiedy spojrzymy na doświadczenia Hiszpanii czy Irlandii, to widać, że po latach płaci się bardzo wysoką cenę za przeskalowanie boomu w budownictwie. Im większy jego udział w PKB, tym większy kac po pęknięciu takiej spekulacyjnej bańki.

I tutaj dochodzimy po raz pierwszy do groźnego zjawiska rosnących oczekiwań inflacyjnych. Jeśli kupujemy mieszkanie na własne potrzeby, aby tam mieszkać, to często decyduje o tym etap życiowy (usamodzielnienie) lub rosnące potrzeby, np. rodzinne. Jednak obecnie na rynku nieruchomości wiele transakcji ma charakter czysto inwestycyjny, i to przynajmniej z dwóch powodów związanych bezpośrednio z wysoką inflacją i prawie zerowymi stopami procentowymi.

Po pierwsze, skoro mamy rozbudzone oczekiwania inflacyjne, to umownie panuje przekonanie, że "nieruchomości mogą tylko drożeć", ponieważ będą traktowane jako lokata zabezpieczająca przed inflacją. Dodajmy: na dwa sposoby, bowiem można korzystać księgowo ze wzrostu cen rocznie w tempie z grubsza 10 proc. i jednocześnie gotówkowo wynajmując mieszkanie i osiągając (po odliczeniu kosztów) rentowność najmu rzędu np. 5-6 proc. W ten sposób oczekiwania inflacyjne windują ceny nieruchomości, bo traktowane są one jako ucieczka przed przewidywanym dalszym spadkiem wartości pieniądza. To prawdziwy dramat, szczególnie dla młodych ludzi, poszukujących swojego pierwszego własnego lokum, gdyż z reguły nie zarabiają dużo, a ceny mieszkań im koszmarnie odjeżdżają. W ten sposób - pośrednio - tolerowanie przez władze monetarne wysokiej inflacji bije w młodych oraz polskie rodziny, o które propagandowo wszyscy starają się dbać.

Poza oczekiwaniami inflacyjnymi ogromną rolę w boomie na nieruchomości odgrywa również niechęć do ponoszenia realnych strat na lokatach bankowych. Choć poziom edukacji ekonomicznej w Polsce jest bardzo niski, to coraz więcej osób rozumie, że skoro lokaty bankowe dają w skali roku średnio ok. 0,3 proc. (od tego trzeba jeszcze zapłacić tzw. "podatek Belki"!), to przy inflacji bliskiej 5 proc. realne straty w oszczędnościach na lokatach są wręcz katastrofalne. Banki tak słabo płacą za lokaty, bo przy prawie zerowych stopach nie opłaca im się faktycznie udzielać kredytów, bo ledwo zarabiają na marżach, dlatego gnębią nas coraz wyższymi opłatami i prowizjami, starając się rozpaczliwie szukać nowych źródeł dochodu. W ten sposób doskonale widać, że tolerowanie wysokiej inflacji i uparte trzymanie prawie zerowego kredytu tworzą z jednej strony oczekiwania inflacyjne, a z drugiej podbijają inflację, bo coraz więcej pieniędzy wlewa się do gospodarki, poszukując przynajmniej ochrony kapitału, jeśli nie realnego zysku.

Przykład nieruchomości można odnieść do innych branż, gdzie aż kusi, aby kupić jakieś dobro, zanim podrożeje, ponieważ takie są oczekiwania inflacyjne. Dotyczy to np. samochodów, ale także wielu materiałów budowlanych. Kto buduje obecnie dom, zapewne łapie się za głowę widząc rosnące ceny nie tylko robocizny, do czego przez ostatnie tzw. lata pracownika zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale również podstawowych materiałów budowlanych (np. stali) czy wykończeniowych. Hasło "wydawajmy pieniądze zanim będzie drożej" jest coraz częstszym argumentem dla konsumentów, którzy tym samym przyczyniają się do nakręcania spirali inflacji. Z kolei przedsiębiorcy, widząc, że umownie "wszystko drożeje" także podnoszą ceny swoich towarów i usług, nie chcąc zostać w tyle i dokładać do interesu. Dlatego oczekiwania inflacyjne przedsiębiorców są niezwykle ważne i przyzwolenie na ich wręcz eksplozję jest tak naprawdę zgodą na dalszą, i do tego wcale nie "przejściowo" wysoką inflację. Także na rynku żywności coraz częściej widać, że ceny szybują, co z kolei bije w najuboższe rodziny, ponieważ wydają one relatywnie najwięcej na żywność.

Bardzo niebezpieczne jest tzw. zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych na wysokim poziomie np. 5-6 proc. (nie mówiąc o wyższym), ponieważ może to przez długi czas skutecznie blokować spadek inflacji. A na taki scenariusz niestety się właśnie zanosi, kiedy rozmawia się z przedsiębiorcami i konsumentami. Mimo to z oficjalnych prognoz aż wieje spokojem, bo według rządu w przyszłym roku grozi nam zaledwie 2,8 proc. inflacji, czyli obecny wyskok ma być przejściowy. Tyle, że ostatnio przewidywania inflacyjne tyle razy były pomyłkami, że trzeba podchodzić do nich z dużą ostrożnością. Tym bardziej, że nieco ponad rok temu szef NBP i premier straszyli nas przecież... deflacją.

Ale żeby nie było tak niepokojąco, warto wskazać także... pozytywy wysokiej inflacji i rozbudzonych oczekiwań w tym zakresie. Sęk w tym, że korzysta na nich jedynie rząd. Tolerowanie przez bank centralny i sterników polityki pieniężnej wysokiej inflacji przy prawie zerowych stopach procentowych sprowadza się do nałożenia na społeczeństwo "podatku inflacyjnego". Rząd w ten sposób może "spłacać" swoje coraz większe długi i zwiększać wpływy podatkowe np. z VAT. Zatem może nie wszystkim faktycznie zależy na tym, aby okiełznać inflację i taka postawa ma również polityczne tło. Ten scenariusz byłby niezwykle groźny, bo raz rozbudzone oczekiwania trudno wygasić - nawet jeśli Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się w końcu szybciej podnieść stopy i to więcej niż symboliczne np. 0,2 czy 0,5 proc. Dlatego prognoza, że "wszystko drożeje i będzie drożeć" może być samosprawdzająca i powinna nawet bardziej niepokoić niż aktualna stopa inflacji. Bo to kupowanie przez zaniepokojonych spadkiem wartości pieniądza przedsiębiorców i konsumentów przyszłości, po coraz wyższej cenie.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

***

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Dowiedz się więcej na temat: inflacja | podwyżki cen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »