Reklama

Od "popiwku" do płacy minimalnej

Obietnice wyższych płac były obecne w repertuarze wszystkich ugrupowań, rywalizujących w niedawnych wyborach do naszego parlamentu. Myliłby się jednak ten, kto uznałby ten problem za lokalną specyfikę. Od pewnego czasu jest on aktualny na niemal całym świecie, zarówno w dyskusjach ekonomistów i polityków, jak i w konkretnych działaniach.

Obiecywanie wyborcom poprawy sytuacji materialnej w najbardziej bezpośredniej formie, czyli poprzez zapowiedzi wyższych płac, które słyszeliśmy w ostatniej fazie niedawnej kampanii niemal z każdej strony polskiej sceny politycznej, można w oczywisty sposób kojarzyć z chęcią utrzymania władzy lub jej zdobycia. Warto zwrócić uwagę, że niemal takie same obietnice składane są od jakiegoś czasu w wielu krajach w różnych częściach świata.

Co więcej, w niektórych z tych krajów mamy do czynienia nie tylko z obietnicami, czy dyskusjami, mającymi uzasadnić potrzebę zwiększenia dochodów pochodzących z pracy, zmniejszenia nierówności materialnych i dysproporcji między elitami a resztą społeczeństwa, ale wręcz z konkretnymi działaniami.

Reklama

Najlepszym tego przykładem są decyzje dotyczące podwyższenia płacy minimalnej lub zwiększenia stawek godzinowych choćby w Niemczech czy w Stanach Zjednoczonych. Trwa ożywiona dyskusja zwolenników i przeciwników tego typu rozwiązań, w której ci ostatni starają się dowieść, że płaca minimalna nie rozwiązuje większości problemów, których rozwiązaniu jej wprowadzenie miałoby służyć, a często rodzi nowe. Z drugiej strony, do działań prowadzących do szybszego wzrostu płac nawoływała już w 2013 r. Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Apelując przede wszystkim do wysoko rozwiniętych krajów europejskich, odwoływała się nie tyle do haseł dotyczących obrony najmniej zarabiających, sprawiedliwości społecznej itp., lecz do paneuropejskiej solidarności.

Najwyraźniej nie chodzi tylko o europejską, ani nawet paneuropejską solidarność, skoro w 2014 r. liczne grono amerykańskich ekonomistów, wśród których znalazło się siedmiu laureatów Nagrody Nobla, wystosowało petycję dotyczącą podwyższenia płacy minimalnej z 7,15 do 10,1 dolara za godzinę.

Tego typu dyskusje toczą się więc od dawna i mają powszechny, globalny wręcz zasięg, niezależny od modelu gospodarczego i poziomu rozwoju danego kraju czy regionu. Używane są w nich argumenty ekonomiczne i społeczne. Niezależnie od charakteru tej argumentacji, warto zwrócić uwagę na warunki, w jakich te dyskusje szczególnie przybierają na sile. Może to naprowadzić na właściwy trop, prowadzący do odkrycia rzeczywistych motywacji zwolenników podwyżek płac.

Nie sięgając do głębokich analiz, aspirujących do akademickich nagród, oraz biorąc poprawkę na specyfikę sytuacji, warto odwołać się do naszej historii i przywołać przykład mechanizmu zupełnie przeciwnego postulowanym obecnie podwyżkom płacy minimalnej, czy płac w ogóle. Jest nim wprowadzony niemal równo trzydzieści lat temu podatek od ponadnormatywnych wypłat wynagrodzeń, potocznie zwany "popiwkiem". Jego zastosowanie w kraju otrząsającym się po latach gospodarki zwanej socjalistyczną i wchodzącym w nowy etap wolnorynkowej historii nie okazuje się niczym dziwnym, jeśli przypomnimy, że w 1984 r. inflacja wynosiła w Polsce 15 proc., a w 1990 r. sięgała już 585 proc. Jednym z głównych zadań "popiwku" było ograniczenie tej tendencji. Jednym z największych paradoksów jest fakt, że inflacja zaczęła się zmniejszać od 1991 r., a więc od czasu, w którym ten mechanizm przestał obowiązywać.

Od kilkunastu miesięcy Polska doświadcza niespotykanej wcześniej deflacji, której poziom chwilami należał do najwyższych na świecie. Jednocześnie popyt ze strony konsumentów, któremu nasza gospodarka zawdzięczała miano "zielonej wyspy" w czasie recesji, będącej konsekwencją globalnego kryzysu finansowego, przestał pełnić rolę silnika wspomagającego wzrost PKB. Skoro rekordowo niskie stopy procentowe nie były w stanie pobudzić popytu, naturalne wydaje się sięgnięcie po mechanizm stanowiący przeciwieństwo "popiwku". Problem w tym, że w obecnych warunkach nie tak łatwo skłonić firmy do zwiększania wynagrodzeń. Pozostają więc tak toporne narzędzia zwiększania dochodów zatrudnionych, jak płaca minimalna i kwota wolna od podatku.

Jak się okazuje, nie musimy mieć pod tym względem kompleksów. Wpisujemy się jedynie w światowe tendencje, a nawet musimy nadrabiać stracony w tej dziedzinie dystans. W czasie, gdy w Niemczech zaczęto myśleć o podwyższaniu płacy minimalnej, u nas szło to wyjątkowo opornie, a waloryzacja kwoty wolnej od podatku nie była przeprowadzana od 2009 r. W końcu tą ostatnią kwestią musiał się zająć Trybunał Konstytucyjny.

W obawie przed deflacją, po podwyższanie płacy minimalnej sięga niemal cały świat, a tendencja ta nie ma nic wspólnego z takimi zjawiskami jak populizm, sprawiedliwość społeczna, ograniczanie nierówności dochodowych itp. Występuje też niezależnie od dominującego modelu gospodarczego, od "socjalnej" Europy, po będące ikoną wolnego rynku Stany Zjednoczone.

Obserwując te zjawiska, nasuwają się dwie refleksje. Pierwsza to ta, że rządy, dążąc do wzrostu dochodów obywateli, sięgają do kieszeni przedsiębiorców. Trudno się dziwić, skoro ich własne świecą głębokimi deficytami. Druga dotyczy odległej jeszcze, ale wcale nie tak bardzo abstrakcyjnej sytuacji, w której przyjdzie ograniczać wzrost inflacji. Być może wówczas znów trzeba będzie sięgnąć po "popiwek". Zanim do tego dojdzie, przedsiębiorcy będą martwić się, jak przełknąć wyższą płacę minimalną, a budżet, jak poradzić sobie ze spadkiem przychodów, wynikającym ze skokowego wzrostu kwoty wolnej od podatku.

Roman Przasnyski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »