Reklama

Piketty: Konieczny system większej sprawiedliwości podatkowej

Po pandemicznym kryzysie zostanie nam gigantyczny dług publiczny, który trzeba będzie spłacić. Trzeba więc będzie poprosić bogatych, żeby w tym zakresie podjęli większy wysiłek - mówi słynny ekonomista Thomas Piketty. Tak już zdarzało się w historii i pokazuje ona, że było to rozwiązanie skuteczne.

Thomas Piketty napisał najważniejszą książkę ekonomiczną w tym stuleciu "Kapitał XXI wieku". Już wcześniej ekonomiści przedstawiali hipotezy, że od około 30-40 lat nierówności w krajach Zachodu zaczęły gwałtownie narastać. Zniszczyły powojenną stabilność i spójność społeczną, a także doprowadziły do silnych napięć w stabilności finansowej poprzez nadmierny wzrost zadłużenia. Piketty te hipotezy udowodnił. Wykonał prace badawcze, których zakresem można by obdzielić kilku noblistów, żadnemu niczego nie ujmując.

Reklama

"Kapitał XXI wieku" to efekt gigantycznych badań. To napisana z nieprawdopodobną erudycją encyklopedia historii gospodarczej ostatnich stuleci. W dodatku bardzo poczytna, bo od wydania w 2013 roku sprzedano już grubo ponad dwa miliony egzemplarzy. Rzadko zdarza się, że profesor ekonomii pisze bestseller.

Rzadko zdarza się też, że zwykłemu profesorowi ekonomii towarzyszą tłumy dziennikarzy, bez względu na to, czy ma spotkanie autorskie w Bostonie, czy w Sztokholmie. Z reguły jest to przywilej prezesów banków centralnych. Refleksja Piketty’ego nad historią gospodarczą ostatnich dziesięcioleci pobudziła do poszukiwania prawdziwych, głębokich, "strukturalnych" przyczyn poprzedniego wielkiego kryzysu finansowego. Teraz znowu mamy kryzys. O wiele większy.

Skutek jest taki, że na Piketty’ego powołują się coraz częściej politycy. Niestety niektórzy wtedy, gdy się myli, co zdarza się czasem najtęższym umysłom na świecie. Tak było, gdy Piketty na blogu w "Le Monde" porównał dane o transferach do Polski z Unii oraz o dywidendach płaconych przez polskie spółki ich zagranicznym właścicielom. Słowem - porównał jabłka z gruszkami. Ale niektórzy polscy politycy wykorzystali to jako argument mający dowodzić, że nasz kraj na obecności w Unii (a także wspólnym rynku i inwestycjach zagranicznych) - traci.  

Stare długi, nowe długi

We wrześniu zeszłego roku Thomas Piketty wydał kolejną książkę "Capital et ideologie" ("Kapitał i ideologia"), która w marcu ukazała się po angielsku. Przedstawia w niej program ograniczenia koncentracji bogactwa na świecie. Piketty udzielił telewizji France Info jednego z pierwszych wywiadów od wybuchu pandemii, niemal równocześnie z angielskim wydaniem ostatniej książki przez Harvard University Press.

Jest o czym mówić, bo wybuch pandemii pogrążył świat w kolejnym kryzysie gospodarczym. Radykalne - prawdopodobnie konieczne - "zamrożenie" gospodarki, podaży i popytu,  spowodowało, że rządy zaciągają gigantyczne zobowiązania na wiele pokoleń naprzód, by te straty choć częściowo wyrównać. Co z tego wyniknie?   

- Ta sytuacja doprowadzi na do ogromnego wzrostu długu publicznego - powiedział w wywiadzie ekonomista.

- (...) musimy pamiętać, że i tak ktoś będzie musiał to zapłacić (...) Dług publiczny nie jest z Marsa - dodaje.

Historia gospodarcza XIX i XX wieku pokazuje, że tak wielkie długi były wprawdzie powodowane sytuacjami kryzysowymi, ale nie były czymś całkowicie wyjątkowym. Po kataklizmach i wojnach państwa zostawały z długami sięgającymi 200-300 proc. PKB, a więc większymi niż aktualne zadłużenie Włoch czy nawet Grecji. Takie długi miały w swoim czasie największe gospodarki - Niemcy, Japonia, Wielka Brytania bądź Francja.

- Dobra wiadomość jest taka, że zawsze nam się to udawało - mówił Thomas Piketty.

- Z historii dowiadujemy się, że zastosowano wiele metod w celu przyspieszenia pozbycia się długów (...) Żadna nie jest prosta, ale przynajmniej istnieją rozwiązania (...) każda sytuacja jest wyjątkowa, ale historia pokazuje, że zawsze istnieje wiele możliwych wyborów - dodał.

Jakie metody zastosowano w historii?

Jedną z nich była wysoka inflacja. Zadłużenie wyrażane jest nominalnie i nie jest indeksowane wskaźnikiem cen. Ale inflacja to ryzykowna ścieżka pozbycia się długów. Ścieżka nad przepaścią. Nie dość że kryzys może wielu ludzi biednych wpędzić w jeszcze większą biedę, inflacja właśnie ich dochody pochłania najprędzej. Zjada także oszczędności drobnych ciułaczy, w przeciwieństwie do ludzi zamożnych, żyjących z kapitału. Dlatego rząd niemiecki - po doświadczeniach inflacji z lat 20. XX wieku, która utorowała drogę do władzy Hitlerowi - nie podjął już po II wojnie światowej ryzyka pochłaniania długów przez inflację.

Postawił sprawę inaczej. W latach 1948-1952 Niemcy, podobnie jak Japonia, zdecydowały się na wprowadzenie podatku od majątku. Dla osób mających małe majątki stawka była bardzo niska, ale dla najbogatszych sięgała 50 proc. W Japonii najwyższa stawka wynosiła nawet do 90 proc.

- Nie mówię, że jest to proste, (ale) jest to bez wątpienia jeden z najbardziej udanych przykładów tego, jak szybko znaczny dług publiczny się zmniejszył. Dzięki temu te dwa kraje na początku lat 50. XX wieku pozbyły się długu publicznego. Dług publiczny, który wynosił 200 proc. PKB, spadł do mniej niż 20 proc. w ciągu kilku lat. Pozwoliło im to na większą swobodę inwestowania w odbudowę, infrastrukturę publiczną, edukację. I w końcu przyczyniło się do wzrostu gospodarczego przez trzy znakomite dekady - mówi Thomas Piketty.

Jaki jest z tego wniosek na czasy po pandemii?

- Konieczne będzie poprosić o wysiłek najbogatszych ludzi. Ludzi, którzy mają najwyższe dochody, ale także ludzi, którzy mają największe majątki - powiedział Thomas Piketty.

- Myślę, że będziemy musieli przejść do systemu większej sprawiedliwości podatkowej. Systemu podatkowego, który wymaga większego wysiłku od ludzi o najwyższych dochodach i największych majątkach - dodał.

Thomas Piketty ocenia, że polityka skupu aktywów przez Europejski Bank Centralny w celu zapobieżenia kryzysowi zadłużenia może być skuteczna tylko tymczasowo. Na dłuższą metę trzeba będzie się zająć polityką obniżania eksplodującego po pandemii długu.

- Możemy również odłożyć dług na później, szczególnie w EBC. To może być również częściowe rozwiązanie, ale na dłuższą metę to nie wystarczy - powiedział.

Zdaniem ekonomisty strefa euro powinna "ujednolicić" faktyczną stopę procentową, podczas gdy obecnie euro w każdym z 19 krajów ma nieco inną wartość, gdyż każdy zaciąga pożyczki według innej stopy procentowej. Skupując dług, EBC dokłada starań, żeby te stopy nie "rozjechały się", jak było to w czasie kryzysu zadłużenia w strefie euro w latach 2010-2012.

- Uważam, że strefa euro pozostanie strukturalnie niestabilna, dopóki nie ujednolici stopy procentowej - powiedział.

- Nie chodzi tu o łączenie długów jako całości, ale o połączenie stopy procentowej. Nie chodzi o to, że jeśli jeden kraj ma dług publiczny w wysokości 130 proc. PKB, jak Włochy, a drugi ma 60 proc. PKB, to podatnicy tego drugiego kraju, gdzie dług jest w wysokości 60 proc. PKB, spłacają dług za tamtych. Ale jest po prostu kwestia możliwości refinansowania się przy stopie procentowej, która jest stabilna i przewidywalna dla wszystkich. Następnie EBC może pomóc ustabilizować stopę, skupując część tego długu - dodał.

- Problem polega na tym, że dopóki tego nie zrobimy, znajdujemy się w sytuacji, w której prosimy EBC o wykonanie całej pracy za nas (...) Jest to sytuacja strukturalnie krucha. To także powoduje brak zaufania, ponieważ wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami - mówił Thomas Pikiety.

Ekonomista twierdzi w wywiadzie, że główną wadą instytucji europejskich jest to, iż we wszystkim, co dotyczy długu, budżetu, podatków, kierują się zasadą jednomyślności. Wszystkie decyzje muszą być zatwierdzone jednogłośnie przez szefów państw lub ministrów finansów strefy euro.

- (...) jest to stała blokada i nigdy nie podejmujemy decyzji. Z drugiej strony EBC podejmuje decyzje większością głosów i dlatego oczekujemy, że EBC rozwiąże wszystkie problemy za rządy - powiedział.

- EBC podczas tego kryzysu uruchomił kolejną kreację pieniądza, ale obawiam się, że cała ta kreacja monetarna zostanie wykorzystana głównie w celu podwyższenia cen akcji i cen nieruchomości. W niektórych przypadkach przyczyni się w szczególności do wzbogacenia tych, którzy już są najbogatsi i nie wykorzystamy tej dźwigni do działań na rzecz  ekologicznego, zielonego ożywienia społecznego, co wymagałoby demokratycznego nadzoru - dodał.

Uwaga na rosnące nierówności

W swoich dwóch kolejnych książkach Thomas Piketty udowadnia jeszcze jedną hipotezę. Tę, że rozwój gospodarczy i rozwój społeczny są ze sobą powiązane, a rosnące nierówności hamują rozwój społeczny, a w konsekwencji - także wzrost gospodarki. Jego zdaniem USA, gdzie jeszcze w latach 50. zeszłego stulecia 80 proc. populacji kończyło szkoły średnie, co było najlepszym wynikiem na świecie, w latach 80. i 90. narzuciły światu inny przepis na wzrost: rosnące nierówności. A to doprowadziło do osłabienia wzrostu i w USA, i w całej światowej gospodarce, oraz do zmniejszenia produktywności.

- Postęp w kierunku równości, jeśli chodzi o edukację, pod względem płac, jest ruchem długoterminowym, który umożliwia zarówno postęp społeczny, jak i gospodarczy. Dzisiaj musimy wrócić na tę ścieżkę (...) ponieważ historycznie postęp gospodarczy, podobnie jak postęp społeczny, napędzany był przez zmniejszenie nierówności - powiedział ekonomista.

- Ten kryzys niestety bardzo wyraźnie ukazał siłę nierówności społecznych, które rozcinają nasze społeczeństwa, jeszcze bardziej podkreśla potrzebę zmniejszenia nierówności i znalezienia innego modelu gospodarczego - dodał.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: Thomas Pikkety | koronawirus | kryzys gospodarczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »