Podatki szkodzą?

Ponieważ podatki są przymusowe, a ich ściąganiu musi towarzyszyć przemoc, jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej w tle, należy starać się o maksymalne zmniejszenie ich uciążliwości. W szczególności należy zadbać o to, by władza publiczna przy okazji ściągania podatków, nie uzurpowała sobie żadnych dodatkowych uprawnień kosztem wolności obywatelskiej.

Kiedy za panowania króla Stanisława Augusta przyjechał do Warszawy francuski teatr, królowi spodobała się pewna aktoreczka do tego stopnia, że przez zaufanego posłał jej bilecik z zapytaniem, czy może zapukać do jej serduszka. - Tak Najjaśniejszy Panie - odpisała niezwłocznie artystka - ale to będzie bardzo drogo kosztowało.

Pani minister Magdalena Środa co i rusz ponawia próby nadania swemu wysokiemu urzędowi jakichś konkretnych uprawnień. Pewnie dlatego wystąpiła ostatnio z pomysłem utworzenia Krajowego Obserwatorium do spraw Przemocy. To Obserwatorium, jak można się domyślać, obserwowałoby akty przemocy, no a potem by je pewnie pryncypialnie piętnowało. Ponieważ czego jak czego, ale przemocy ci u nas dostatek, monitorowanie wszystkich jej przejawów wymagałoby zatrudnienia sporej liczby obserwatorów, a następnie kontrolerów, którzy takie obserwacje na bieżąco by weryfikowali. Obserwacje zweryfikowane trafiałyby zapewne do odpowiednich Obserwatoriów, które też trzeba by uruchomić, no a potem, tzn. po wstępnej selekcji, już do pani minister, która podejmowałaby stosowne decyzje, by tym wszystkim aktom przemocy przeciwdziałać. Te decyzje musiałby wykonywać odpowiednio przeszkolony personel, który w tym celu również trzeba by zatrudnić. Jak można się domyślić, wszystkie te przedsięwzięcia musiałyby bardzo drogo kosztować, pewnie znacznie drożej, niż zapukanie do serduszka francuskiej aktoreczki. Żeby zdobyć środki na sfinansowanie tych wszystkich ambitnych przedsięwzięć, mających na celu eliminację z naszego życia przemocy, trzeba by podnieść podatki, które mają to do siebie, że ich ściągnięcie bez zagrożenia natychmiastowym użyciem przemocy jest bardzo mało prawdopodobne.

Reklama

Nikt w każdym razie nie skorzystał z propozycji Murray`a Rothbarda, by znieść przymus płacenia podatków. Rothbardowi nie chodziło przy tym wcale o jakąś walkę z podatkami, tylko eksperymentalne sprawdzenie prawdziwości teorii umowy społecznej. - Znieśmy przymus płacenia podatków - powiadał - a zobaczymy, czy jest jakaś umowa społeczna, czy nie. Tak więc, również inicjatywa pani min. Środy - powiedzmy, że podyktowana wyłącznie szlachetną pobudką eliminacji przemocy, a nie np. stworzenia jakichś nisz ekologicznych dla zaprzyjaźnionych przeciwniczek przemocy domowej i w ogóle - niesie ze sobą ryzyko spotęgowania przemocy. Na takie paradoksy natykamy się stosunkowo często, kiedy dotykamy dziedziny tworzenia dochodów państwowych. Tu jest próg, o który potyka się nie tylko demokracja, ale nawet jej twarde jądro, czyli zasada suwerenności ludu.

Horrendum z referendum

Ponieważ mamy rok wyborczy, więc zarówno rząd, jak i opozycja, wędząc swoje "półgęski ideowe", próbują kusić nas oszałamiającymi pomysłami niskich podatków. Pamiętając wszakże starą prawdę, że "jak partia mówi, że da - to mówi", przyjrzyjmy się zabezpieczeniom prawnym, jakie w przerwach między kampaniami wyborczymi zostały skonstruowane przez "elity polityczne", żebyśmy przypadkiem nie próbowali gmerać przy najważniejszej rzeczy, czyli przy pieniądzach.

Konstytucja nasza, podobnie zresztą jak i inne konstytucje państw demokratycznych twierdzi, że lud jest suwerenem. Znaczy się - kiedy lud wypowiada się bezpośrednio, to taka wypowiedź powinna w demokracji być najwyższym prawem. Lud bezpośrednio wypowiada się w ogólnokrajowym referendum. Tymczasem co się okazuje? Art. 63 ust. 2 ustawy z 14 marca 2003 r. o referendum ogólnokrajowym stanowi, że referendum z inicjatywy obywateli nie może dotyczyć m.in. "wydatków i dochodów, w szczególności podatków i innych danin publicznych". No proszę! Suwerenowie mogą decydować o wszystkim - "o różnicy między przodkiem a tyłkiem, o budowie cudnej tronu monarszego, jego poręczach słodkich i nogach sprawiedliwych", ale gdyby tak chcieli podecydować o podatkach, to tu mają szlaban.

Takiego wyraźnego zakazu nie ma w ustawie z 24 czerwca 1999 r. o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej obywateli. Art. 3 powiada enigmatycznie, że "projekt ustawy (zgłoszony przez obywateli - SM) nie może dotyczyć spraw, dla których Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej zastrzega wyłączną właściwość innych podmiotów, którym przysługuje inicjatywa ustawodawcza". Taki przepis rzeczywiście w konstytucji jest - to art. 221, który powiada, że "inicjatywa ustawodawcza w zakresie ustawy budżetowej, ustawy o prowizorium budżetowym, zmiany ustawy budżetowej, ustawy o zaciąganiu długu publicznego oraz ustawy o udzielaniu gwarancji finansowych przez państwo przysługuje wyłącznie Radzie Ministrów". Jest to oczywiście słuszne i w zasadzie inicjatywy obywatelskiej w zakresie podatków nie hamuje. Hamuje ją za to coś zupełnie innego; akt prawny nie mający nawet rangi ustawy, ale za to skutecznie zmieniający konstytucję, mianowicie Regulamin Sejmu. Regulamin Sejmu z 30 lipca 1992 r., oczywiście z późniejszymi zmianami, powiada bowiem w art. 34 ust. 2, że do projektu ustawy dołącza się uzasadnienie, które powinno - i tu następuje punkt 7) - "zawierać oświadczenie o zgodności projektu ustawy z prawem Unii Europejskiej, albo oświadczenie, że przedmiot projektowanej regulacji nie jest objęty prawem Unii Europejskiej". Ponieważ prawa Unii Europejskiej są tworzone bynajmniej nie przez Parlament, tylko przez Radę Europejską, w skład której wchodzą delegowani przez poszczególne rządy ministrowie, widzimy oto, jakim prostym trickiem "lud" zostaje pozbawiany suwerenności w kwestii najbardziej w państwie istotnej, dla której w procesie dziejowym w ogóle powstał parlamentaryzm.

System wszechmogący, czy wolnościowy?

Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem, który stworzył sporą część obowiązujących w Polsce przepisów podatkowych. Wyrażał się on z nieukrywaną pogardą o ludziach, którzy chcieliby, by przez odpowiednie przepisy podatkowe wytresować obywateli, żeby nawet za potrzebą chodzili na komendę. Jego zdaniem system podatkowy tworzony pod tym kątem musi być niemądry, a przede wszystkim szkodliwy dla gospodarki, a więc i dla państwa, które sobie go zafundowało. Na uwagę, że przecież taki system właśnie w Polsce istnieje odparł, że owszem - bo "rząd oczekiwał, żebym ściągał z podatników skórę. Ale gdyby kazał mi ją przyszyć z powrotem, to bym to zrobił, bo też potrafię" - usłyszałem w odpowiedzi. Tak mniej więcej rządzony jest ten świat, więc w takiej sytuacji nie powinniśmy czuć się specjalnie skrępowani, chcąc podyskutować sobie o optymalnym systemie podatkowym.

Na wstępie chciałbym tylko przypomnieć, co w swoim czasie pisałem o czterech sposobach wydawania pieniędzy - że sposób trzeci, kiedy z pieniędzy podatkowych finansuje się konieczne potrzeby państwa - jest kosztowny, a więc dla naszego własnego dobra i dla dobra gospodarki, powinniśmy zakres tych potrzeb możliwie ograniczać po to, by podstawowym sposobem wydawania pieniędzy był jednak sposób pierwszy - kiedy każdy wydaje własne pieniądze na samego siebie. Ponieważ podatki są przymusowe, a ich ściąganiu musi towarzyszyć przemoc, jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej w tle, należy starać się o maksymalne zmniejszenie ich uciążliwości. W szczególności należy zadbać o to, by władza publiczna przy okazji ściągania podatków, nie uzurpowała sobie żadnych dodatkowych uprawnień kosztem wolności obywatelskiej.

Tymczasem powszechnie dziś obowiązujący podatek dochodowy niestety taką uzurpację władzy publicznej umożliwia, bo z samej konstrukcji tego podatku wynika uprawnienie władzy do kontrolowania dochodów obywateli. Każdy musi się fiskusowi nie tylko spowiadać, ale także - co jest znacznie bardziej uciążliwe i hańbiące - poddawać się terrorowi, tzn. kontroli, podsłuchiwaniu i podglądaniu przez policję fiskalną, która w nowoczesnych demokracjach ma uprawnienia bardzo podobne do Gestapo i NKWD. A przecież to pożeranie wolności wcale nie jest konieczne, bo przecież można wyobrazić sobie podatki nie wymagające kontroli dochodów. Nie mówię już nawet o ryczałtowym podatku osobistym, bo wiem, że u ludzi wytresowanych do urawniłowki budzi on odruchowy sprzeciw, ale np. o podatku konsumpcyjnym. Wprawdzie nie wierzę, byśmy w tej kampanii wyborczej zdążyli dojść do jakichś zadowalających konkluzji, bo "jak partia mówi, że da - to mówi", ale przynajmniej warto wiedzieć, w którym kierunku winny iść nasze poszukiwania - oczywiście jeśli Unia Europejska w ogóle pozwoli nam na takie zuchwalstwa.

Stanisław Michalkiewicz

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: podatki | przemoc | szkodzi | inicjatywa | referendum
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »