Reklama

Polska energetyka musi iść pod ziemię

Pogoda jest coraz większym wyzwaniem dla energetyków, a nadchodzące lato może okazać się szczególnie trudne. Z jednej strony upały, które pociągają za sobą wzmożony pobór energii elektrycznej, z drugiej - ryzyko gwałtownych załamań pogody, z tornadami włącznie. To ogromne zagrożenie dla napowietrznej infrastruktury energetycznej. Wiemy, jakie potrzebne są nakłady, aby zminimalizować ryzyko przerw w dostawach prądu.

Obecnie tylko około 25-30 proc. sieci elektroenergetycznych w naszym kraju jest skablowanych, czyli ukrytych pod ziemią. - Aby problemy wywoływane przez czynniki atmosferyczne były nieodczuwalne dla klientów, ten wskaźnik powinien wynosić 50-60 proc. - mówi Robert Zasina, prezes Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej.

Problem w tym, że do tego konieczne są bardzo duże nakłady. Warto pamiętać, że pięciu operatorów ma bowiem sieci energetyczne o łącznej długości niemal pół miliona kilometrów!

Aby więc spełnić warunek zalecany przez prezesa Zasina konieczne byłoby "zakopanie pod ziemią" około 150-200 tys. kilometrów linii.

Reklama

Jak przyznaje szef PTPiREE budowa linii napowietrznej jest wielokrotnie tańsza niż zakopywanie kabli w ziemi. - W grę wchodzą ogromne pieniądze - mówi prezes Zasina. - Nasze szacunki mówią nawet o 40-50 mld złotych - dodaje nasz rozmówca.

W dłuższej perspektywie takie ogromne nakłady jednak by się opłacały. Już teraz bowiem częstsze gwałtowne załamania pogody skutkują wielomilionowymi stratami energetyków.

O tym, jak mogą być one dotkliwe, przekonała się latem ubiegłego roku Enea Operator. W wyniku nawałnic, które przeszły nad naszym krajem na początku drugiej dekady sierpnia ubiegłego roku, zginęło sześć osób (pięć na Pomorzu i jedna w Wielkopolsce), a około 50 zostało rannych. Silny wiatr uszkodził lub zerwał dachy z prawie 3 tys. domów, w tym z ponad 2 tys. mieszkalnych. Zniszczeniom uległo też 46 tys. ha lasów.

Po nawałnicach, w krytycznym momencie, bez dostaw prądu było 220 tys. odbiorców z obszaru działania Enei Operator.

- Nie trzeba dodawać, jakie to spowodowało dla spółki konsekwencje finansowe - mówi prezes Enea Operator Andrzej Kojro.

Koszt usuwania szkód wynosił aż około 80 mln zł.

Nic więc dziwnego, że dystrybutorzy chcą zapobiegać powtarzaniu się takiej sytuacji. Szczególnie, że może ona wystąpić również zimą. W styczniu 2013 szadź i opady mokrego śniegu spowodowały wielkie problemy z dostawą energii elektrycznej w Jurze. W szczytowym momencie bez prądu pozostawało ponad 20 tys. odbiorców. (...)

Dariusz Malinowski

Więcej informacji na portalu wnp.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »