Reklama

Polska może zbudować wiatraki na morzu o mocy ponad 22 GW

Inwestycje w morską energetykę wiążą się z wieloma wyzwaniami, jak wzrost cen surowców i stali, problemy z dostępnością wyspecjalizowanej kadry czy wysokie stopy procentowe, co przekłada się na kredytowanie projektów. Nikt jednak nie ma wątpliwości, że rozwój offshoru jest niezbędny. Firmy deklarują współpracę przy realizowaniu projektów. Orlen zapowiada, że jest zainteresowany nie tylko polską częścią Bałtyku - weźmie udział w aukcjach ogłaszanych przez Litwę.

Firmy chcą inwestować w morskie wiatraki, ale też w porty i statki

- Musimy ściśle współpracować z innymi państwami bałtyckimi - zapowiedział w Rzeszowie podczas konferencji "Bezpieczeństwo energetyczne - filary i perspektywa rozwoju" Ireneusz Zyska, wiceminister klimatu i środowiska, pełnomocnik rządu ds. OZE.

Wskazywał, że być może wszystkie państwa z regionu będą korzystać z energii generowanej na wodach Bałtyku. - Polska ma ogromny potencjał. W Polityce energetycznej Polski do 2040 r. zapisaliśmy budowę co najmniej 11 GW mocy w morskiej energetyce wiatrowej. Nasz potencjał jest jednak większy, co najmniej dwukrotnie. Trwają jego badania uwzględniające wszystkie elementy gospodarki morskiej - mówił Zyska. Dodał, że Litwa, dla porównania, może mieć w offshorze 3 GW mocy. - Jeśli u nas będzie to ponad 22 GW, ta energia może służyć nie tylko Polsce - zasygnalizował.

Reklama

Orlen, który rozpycha się na Bałtyku, mówi wprost, że będzie zainteresowany również koncesjami na litewskich wodach i wystartuje w aukcjach, jak tylko zostaną one ogłoszone. Jarosław Trybuchowicz, prezes Orlen Neptun I, zaznaczał, że grupa zamierza dekarbonizować swoją rafinerię w Możejkach, budowa wiatraków w pobliżu Litwy miałaby więc z punktu widzenia firmy głęboki sens. 

Karol Rabenda, wiceminister aktywów państwowych, uważa, że nie powinno się patrzeć na offshor wyłącznie w kategoriach celu zielonej polityki Unii Europejskiej. Jest to bowiem element struktury bezpieczeństwa energetycznego kraju, ale też czynnik, który może zagwarantować rozwój gospodarczy kraju.

Rosną koszty, brakuje kadr

Oczywiście inwestowanie w tak duże projekty w czasach kryzysu energetycznego, w dodatku po latach pandemii, jest nie lada wyzwaniem. Przed morskimi wiatrakami jest dużo zagrożeń. Inwestorzy wskazują m.in. na ceny materiałów, w tym surowców i stali, które bezpośrednio przekładają się na koszty inwestycji i budżety inwestycyjne. - My próbujemy radzić sobie z tym poprzez szybkie kontraktowanie usług zakupowych - powiedział Jarosław Trybuchowicz. Choć Grzegorz Wysocki, wiceprezes PGE Baltica, zaznaczał, że projekty są realizowane w długim terminie, co uodparnia firmy częściowo na duże chwilowe wahania cenowe. - Cena wzrosła z początkiem roku, ale dziś się stabilizuje. Patrzymy z optymizmem w przyszłość - mówił.

Innym problemem jest niedostępność wykwalifikowanych, przeszkolonych pracowników. Orlen prowadzi rozmowy o współpracy z uczelniami wyższymi, planuje też zejść na poziom szkół średnich, by wykształcić w tym kierunku przyszłe kadry.

Przy realizacji tego typu inwestycji pojawiają się też problemy związane z pogodą. Morze Bałtyckie pogodowo jest zmienne, statki - m.in. instalacyjne, za których wynajem płaci się bardzo dużo, potrafią w złych warunkach przez dwa tygodnie nie wypłynąć z portu. A koszty trzeba ponosić.

Banki przyjaźnie patrzą na inwestycje w OZE

Poza tym wyzwaniem jest sama skala inwestycji, tym bardziej, że Polska przeciera dopiero szlaki, jeśli chodzi o morską energetykę wiatrową. Wiatrak na morzu ma wysokość 250 m, dla porównania Pałac Kultury w Warszawie ma 237 m. Takich ogromnych wiatraków trzeba będzie postawić kilkaset. Prace prowadzone będą przez kilku inwestorów jednocześnie. To rodzi pytanie o dostępność specjalistycznego sprzętu i - oczywiście - załogi.

Wyzwaniem będzie też finansowanie tego typu inwestycji, choć sektor bankowy - co do zasady - podchodzi bardzo życzliwie do projektów związanych z odnawialnymi źródłami energii. - Takie projekty mają długi okres zwrotu, kredyty udzielane są na 18-20 lat. To wyzwanie dla sektora bankowego. Do tego zakładam, że finansowanie będzie złotówkowe, bo przychody z projektów generowane będą w złotówkach. To eliminuje część instytucji zagranicznych - mówił Marcin Pieńkowski z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Pojawia się też pytanie o zdolność do obsługi długu w obecnym otoczeniu makroekonomicznym. - Mamy kolejne wyzwanie: wyższe stopy procentowe. To będzie przekładało się na wyższe oczekiwane wpływy i własny wkład inwestorów. Mam jednak nadzieję, że spółki pozyskają środki na wkład własny - dodał.

Co z bezpieczeństwem?

Bardziej niż kiedykolwiek w kontekście wojny na Ukrainie realne są też obawy o fizyczne bezpieczeństwo aktywów. Choć Grzegorz Wysocki, wiceprezes PGE Baltica, zaznaczał, że na świecie znane są formuły współpracy z jednostkami chroniącymi takie obiekty. - Każda farma ma plan ochrony, radar, monitoring. Z perspektywy bezpieczeństwa fizycznego to nie jest aż taki problem. Z perspektywy bezpieczeństwa produkcji to już większe wyzwanie. Musimy mieć stacje offshorowe na morzu, uwzględnić kwestie związane z szybkim reagowaniem na awarie - mówił.

Firmy inwestujące na morzu zapewniają, że mimo skomplikowanego otoczenia chcą przeprowadzić inwestycje zgodnie z pierwotnym harmonogramem. Zależy im też na dużym udziale polskich firm przy projektach. Dlatego zapowiadają, że będą inwestować w port instalacyjny i w porty serwisowe. Mają też plan budowy specjalistycznej floty, którą mogliby wykorzystywać inwestorzy przy budowie czy serwisowaniu farm.

Polskie spółki chcą inwestować w porty i statki

Inwestycje portowe chce prowadzić zarówno PGE jak i Orlen, z kolei flotę zamierza budować Lotos Petrobaltic. - Od trzech-czterech lat przygotowujemy się do pełnienia roli integratora floty na potrzeby morskiej energetyki wiatrowej. Mamy podpisanie porozumienia z PGE i Orlenem, jeśli chodzi o flotę serwisową. Integratorem procesu jest ARP, po ich stronie stoi zapewnienie zleceń i zadań dla polskiego przemysłu stoczniowego. Prowadzimy dialog techniczny co do wymogów jednostek potrzebnych do serwisowania farm. Jeden operator logistyczny podniesie efektywność serwisowania farm - mówił Grzegorz Strzelczyk, prezes Lotos Petrobaltic.

Podtrzymał gotowość do budowy przez firmę statków instalacyjnych, choć przyznał, że nie uda się dostarczyć takiej jednostki na pierwszy etap budowy farm. - Ale drugi etap, który nastąpi po 2026 roku, również wygląda interesująco. Mamy wybranych dwóch partnerów branżowych, liderów światowych jeśli chodzi o instalacje, jesteśmy z nimi w kontakcie. Jesteśmy do tego wyzwania przygotowani - zapewnił. Choć i tu wyzwaniem są rosnące koszty, w tym stali. Poziom niezbędnych nakładów w obecnej sytuacji zmienia się z kwartału na kwartał.

Nie ma natomiast obaw, że nie znajdą się chętni na wynajem jednostek. Statki takie byłyby wykorzystywane nie tylko w polskiej strefie, ale na całym Bałtyku. 

Monika Borkowska

Zobacz również:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »