Reklama

Polska obrała kurs na górę lodową! (cz. 2)

Słaba innowacyjność polskiej gospodarki to tylko kwestia złego gospodarowania pieniędzmi, barku temperamentu proinwestycyjnego czy też istnieją jakieś głębsze, bardziej złożone podstawy?

Reklama

- Na to pytanie odpowiada drugi raport, który przygotowaliśmy w ramach zespołów badawczych Uczelni Vistula. Znacząca część polskiego prawa nie powstaje w interesie publicznym, lecz pod wpływem działania i na modłę rozmaitych grup nacisków. Niedawno ten dokument był nawet prezentowany na jednym z posiedzeń odpowiedniej komisji sejmowej. Myśli pan, że ktoś się tym zainteresował?! Że coś się wydarzyło?! Reakcja była taka, że z portalu internetowego legistan.pl pobrano 4,5 tys. egzemplarzy tego dość specjalistycznego raportu, a w ciągu jednego dnia pobrano chyba 3 tys. sztuk. Czyli coś jest na rzeczy, bo elita intelektualna się zainteresowała tym problemem. Ludzie inteligentni postanowili się zapoznać z naszym dokumentem. Ale ze strony decydentów było zero zainteresowania. Nie przeprowadzono na ten temat żadnej debaty, nie sporządzono jakiejkolwiek analizy. Tymczasem w mediach króluje matka tragicznie zmarłej Madzi, zaś spraw ważnych z punktu widzenia rozwoju państwa w ogóle się nie podejmuje.

- W Polsce zmarnowano ostatnie lata. Innowacyjności nie ma, a system legislacyjny, czyli proces stanowienia prawa, jest coraz bardziej patologiczny. Sytuacja wygląda identycznie, jak w moim ulubionym filmie pt. "Dzień świra" Jedna ze scen pokazuje polityków z flagami na głowach, szarpiących sukno - czyli Polskę - każdy chce wziąć dla siebie jak największy kawałek. W podobny sposób uchwalane jest w naszym kraju prawo - każde środowisko nacisku chce jak najwięcej przywilejów wyrwać dla siebie; grupy interesów szarpią przepisy coraz mocniej, a one coraz silniej trzeszczą i w efekcie powstają coraz większe dziury. W takich warunkach polska gospodarka nie przetrzyma dobrze kryzysu. Najbliższe lata będą bardzo złym okresem dla naszego kraju.

Prof. Zybertowicz twierdzi, że jednym z czynników ograniczających innowacje jest korupcja. Przedsiębiorcom bardziej opłaca się zainwestować milion w polityków, którzy przegłosują akt prawny dający konkretnej firmie przewagę na rynku, niż przeznaczyć miliard na implementowanie nowych technologii.

- Korupcja stała się dzisiaj nowoczesna. Minęły już czasy, kiedy ogłaszano konkurs i wygrywała go osoba, która wręczyła kopertę pod stołem, bądź zatrudniano wskazanego przez nią pociotka. Aczkolwiek ujawnione niedawno tzw. "taśmy Serafina" nawet dla doświadczonych ludzi i analityków musiały być szokiem.

Złośliwi twierdzą, że jest to potwierdzenie paradygmatu "zielonej wyspy" - wszystkie stanowiska w branży rolnej obsadzone są przez PSL.

- Wskazywanie tylko na PSL jest błędem. Tego typu praktyka jest powszechna we wszystkich partiach politycznych. W Polsce w sektorze publicznym istnieją tylko nieliczne miejsca, gdzie rekrutacja na określone stanowiska odbywa się wg kryteriów merytorycznych. A więc mamy do czynienia z nepotyzmem na niespotykaną skalę. Czystych form korupcji dokonywanej poprzez wręczaną kopertę jest obecnie bardzo mało, za to nepotyzm przyjmuje porażające rozmiary. Wydaje mi się, że koszty nepotyzmu są większe niż korupcji. Łapówkę w procesie kształtowania zatrudnienia wręcza się zazwyczaj raz, natomiast niekompetentny urzędnik pozbawia nas majątku na całe lata, bo podejmuje głupie decyzje.

Czy nepotyzm, rozdawnictwo stanowisk, wyjazdy służbowe (a w rzeczywistości prywatne), wyprowadzenie pieniędzy z budżetów różnych instytucji za pomocą "lewych" faktur są na tyle rozległymi zjawiskami, że mogą mieć istotny udział w obciążeniu finansów państwa?

- Poza sporadycznymi raportami Najwyższej Izby Kontroli nie posiadamy precyzyjnych analiz o skali marnotrawstwa środków publicznych, ale z całą pewnością straty z tego tytułu są dla polskiej gospodarki bardzo duże. Jednak nie ulegajmy wrażeniu, jakie tworzą rachuby prokuratorów. Często w mediach pojawiają się komunikaty o skontrolowaniu określonej instytucji i ujawnieniu nieprawidłowości w gospodarce finansowej opiewających na 20 mln. Z punktu widzenia budżetu państwa są to małe koszty, ale prawdziwe straty kumulują się w innym miejscu - po prostu w pewnych obszarach środki finansowe wydawane są bezsensownie, w sposób, który jest dramatycznie mało efektywny, a wręcz szkodliwy. Mamy przykład: 10 mld euro wpompowano w innowacje, tymczasem poziom innowacyjności uległ obniżeniu. Dane GUS ewidentnie ten fakt potwierdzają. Istniejący w Polsce system sprzyja marnotrawstwu pieniędzy.

Jednak czy skala tego zjawiska może przekładać się na miliardy złotych?

- Klucz do skalkulowania strat leży nie w bezpośrednich szacunkach sporządzanych w raportach pokontrolnych różnych instytucji, ale w niskiej efektywności wdrażanych projektów i negatywnych konsekwencjach błędnych decyzji. Gdybyśmy pieniądze inwestowali mądrzej, a innowacyjność naszych firm była większa, PKB Polski na przestrzeni ostatnich lat kształtowałby się na poziomie o kilkaset miliardów złotych wyższym. Podobnie tempo wzrostu eksportu i zarobków cechowałoby się większą dynamiką.

- W końcu należy zrozumieć, że kluczem do oszacowania skali marnotrawstwa nie jest złapanie za rękę przez prokuratora osoby wydającej wbrew prawu środki finansowe. To jest ważne, ale nie najważniejsze! W Polsce rozmaite służby koncentrują się jedynie na bezpośrednim wychwytywaniu przykładów bezprawnie wydawanych środków opiewających zaledwie na miliony, tymczasem w majestacie prawa marnotrawione są setki miliardów. Musimy przestawić nasze myślenie. Czasami lepiej jest nie wydać pieniędzy, niż pompować je w nieefektywne inwestycje.

Nieracjonalna gospodarka środkami finansowymi może zahamować rozwój gospodarczy?

- Koszty funkcjonowania tego systemu niebawem zapłacimy. Rachunek będzie bardzo wysoki i pójdzie być może w setki miliardów złotych, obciążających naszą gospodarkę w najbliższych latach. Jakiś czas temu mówiłem o złotej polskiej dekadzie, możliwej do zrealizowania pod warunkiem prowadzenia mądrej polityki. Jednak z drugiej strony, przestrzegałem jednocześnie przed dryfem rozwojowym, który może nastąpić, jeżeli państwo polskie będzie działać niefrasobliwie. Niestety, zrobiono straszne głupstwa.

W ciągu całego procesu transformacji?

- Negatywne działania nasiliły się gwałtownie w ostatnich latach. Oczywiście to trwa od początku demokratycznych przemian, ale teraz mamy do czynienia z kumulacją rozmaitych błędów. Badania polskiego prawa, które przeprowadziliśmy, pokazują, że pewne patologie się nasilają. Dziś coraz częściej dociera do mnie przekonanie, że kilka lat temu byłem zbyt optymistyczny w stawianych diagnozach. Przed nami nie stoi wybór pomiędzy złotą polską dekadą a dryfem rozwojowym. Możliwy jest jeszcze gorszy scenariusz: Polsce grozi stracona dekada, czyli nie dryf a cofnięcie w rozwoju gospodarczym. I wydaje mi się, że niebezpiecznie zbliżamy się do krytycznego punktu, od którego przez najbliższe 10 lat zaczniemy się cofać w rozwoju. To nie będzie dryfowanie, jakie przewiduje minister Michał Boni, na poziomie 2 czy 3 proc. PKB. Polska obrała kurs na górę lodową! My się po prostu możemy rozbić! Martwię się, że najgorszym wariantem dla naszego kraju nie jest już dryf. Możliwy jest jeszcze gorszy scenariusz.

Mówi się, że największym problemem, z którym będzie musiała się zmierzyć Polska, są negatywne tendencje demograficzne. Czy pana zdaniem reformy zaproponowane przez rząd okażą się wystarczającym posunięciem, czy też trzeba będzie sięgnąć po bardziej radykalne działania?

- W Polsce nie prowadzi się ani polityki demograficznej, ani tym bardziej prorodzinnej. Proszę sobie poczytać raporty demografów, bijących na alarm od wielu lat. Niestety, tego rodzaju trzeźwe analizy rzadko przebijają się przez szum medialny. Nie mamy polityki demograficznej i nie promujemy rozwiązań prorodzinnych. Co więcej: współczesne media, które w sferze sposobu na życie cechują się lewicowym obciążeniem obyczajowym, wyznaczyły kierunek antyrodzinny. Jako wzór do naśladowania propaguje się model singielki mieszkającej w apartamencie blisko jakiegoś parku w Warszawie i osiągającej satysfakcję z sukcesów zawodowych. To jest ideał życia współczesnej kobiety. Dziś deprecjonuje się rolę matki trojga dzieci, która musi ciężko pracować i ponieść wiele wyrzeczeń, aby pielęgnować rodzinę.

- Do tego w Polsce dochodzi jeszcze system podatkowy karcący ludzi myślących w kategoriach prorodzinnych. Obecnie polityka fiskalna państwa wspiera singli. Z kolei działania prorodzinne polegają na tym, że na wsi, gdzie mieszka mój teść, rodzi się w patologicznej rodzinie trzynaste dziecko, tylko po to, aby matka z ojcem zgarnęli "becikowe", zaś w stosunku do pierwszej szóstki urodzonych rodzice zostali pozbawieni już praw rodzicielskich. Takie są efekty wprowadzenia w Polsce polityki "becikowego".

- Oczywiście dobrze, że rząd w końcu postanowił dokonać pewnych zmian. Teraz będą funkcjonować mechanizmy zachęcające do prokreacji. Dodatkowe korzyści osiągną rodziny posiadające większą liczbę dzieci, zwłaszcza powyżej trzeciego i następnych. Ale to w dalszym ciągu są działania zbyt płytkie. W Polsce cały czas promowanym sposobem na życie jest model singla, a w najlepszym wariancie, rodziny decydującej się na jedno dziecko. To jest bardzo zła filozofia życia wytworzona przez lewicowe media.

- Tymczasem, gdy przyjdzie kryzys, jeszcze mniej rodzin zdecyduje się na potomstwo, bo nie będzie pieniędzy na opłacenie czynszu za mieszkania, a co tu dopiero myśleć o wyprawce do szkoły. Niestety, dzieci aktualnie bardzo dużo kosztują. Ktoś policzył, że inwestycja w jedno dziecko, od narodzenia do ukończenia studiów (również doktoranckich, bo obecnie ambicje są wyższe), pochłania grubo ponad milion złotych - licząc łącznie: utracony dochód i poniesione wydatki. Gdy dodatkowo jeszcze wzrosną koszty utrzymania, mało kogo będzie stać na dzieci. A więc w naszym kraju mamy do czynienia z polityką antyrodzinną. Polska za 40 lat stanie się małym krajem starych ludzi. Wg prognoz, w 2050 r. liczebność narodu spadnie do 32 mln.

Szacowano, że polski system emerytalny będzie w przyszłości generował deficyt budżetowy, czy w takim razie wprowadzone zmiany pozwolą na zbilansowanie budżetu?

- Reforma emerytalna została zniszczona w 2011 r. Część składki przesunięto z OFE do ZUS. To jest po prostu chowanie długu pod dywan. Rząd sam przyznał, że w wyniku przeprowadzonych zmian, długi ZUS przyrosną o 200 mld zł w dziesięć lat. W kontekście takich działań jeszcze bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że za jakieś 20 lat ZUS i budżet państwa nie będą w stanie wypłacić emerytur.

- Już w 2020 r., w strukturze demograficznej Polski, populacja ludzi aktywnych zawodowo i płacących składki zacznie się dramatycznie kurczyć, a osób w wieku emerytalnym będzie coraz więcej. Tymczasem państwo nie ma już dziś żadnych oszczędności, bo środki z Funduszu Rezerwy Demograficznej rząd postanowił skonsumować. To, co miało stanowić zabezpieczenie na tzw. "czarną godzinę" już teraz zostało przeżarte. Gdy przyjdzie kryzys demograficzny, a stanie się to w okolicach roku 2020, w Polsce nastaną bardzo ciężkie czasy. Po prostu zabraknie pieniędzy na wypłatę emerytur. Osobiście kwotę zawartą w informacji, którą co jakiś czas otrzymuję z ZUS, o szacowanej wielkości mojej emerytury dzielę przez dwa. Każdemu obywatelowi radziłbym robić to samo. Trzeba zastanowić się, czy nie czeka nas głodowa emerytura i czy już dziś nie należy poprzez większe oszczędności odkładać na nią środki finansowe, nie licząc specjalnie na zabezpieczenie ze strony państwa.

Dużo jeździ pan po świecie. Wiem, że ostatnio był pan w Japonii i w Indiach. Jak tam wygląda sytuacja?

- Napisałem kiedyś na temat Japonii artykuł pt. "Kraj kwitnącej recesji". 20 lat temu miałem okazję pracować w Japonii jako informatyk. Gdyby porównać Japonię wczoraj i dziś, wydaje się, że obecnie tłok jest tam jeszcze większy, a w sklepach przebywa jeszcze więcej ludzi. Moi koledzy, z którymi kiedyś pracowałem, są aktualnie menedżerami - jeszcze więcej pracują, ale też mają więcej pieniędzy. Restauracje tętnią życiem - trudno było znaleźć wolne miejsce przy stoliku, bo wszędzie siedzą "sararimen", czyli ludzie w czarnych garniturach, pracownicy rozmaitych korporacji, którzy chcą po pracy porozmawiać i napić się trochę piwa lub sake. A więc w statystykach istnieje wielki dług publiczny, ale ludzie żyją tam pełnią życia.

- W Japonii żadnego kryzysu nie widać. Wprawdzie jest to kraj galopującej recesji, głębokiego długu publicznego, problemów demograficznych, ale dzięki temu, że oni już wcześniej wzbili się na wysoki standard rozwoju gospodarczego, to obecnie sobie świetnie radzą.

- Z kolei w Indiach na każdym kroku widać straszną biedę.

Mimo wysokiego wzrostu gospodarczego, jaki notują Hindusi?

- Paradoksalnie w Japonii nie ma wysokiego wzrostu; formalnie jest recesja, ale istnieje wysoki standard życia - ludzie są zadowoleni, kupują towary w sklepach.

- W Indiach sytuacja wygląda dokładnie na odwrót - mimo wysokiego wzrostu, społeczeństwo cierpi biedę i sytuacja jest bardzo zła. Tąpnięcie rupii do najniższego poziomu w historii pokazuje, że indyjska gospodarka jest w bardzo złym stanie, a obszar biedy może radykalnie się poszerzyć. Indie mają przed sobą trudny czas, jednak jest to kraj, w którym zjawiska korupcji oraz biurokracji są tak dalece zaawansowane, że trudno tam prowadzić biznes. A więc wszystko dzieje się w szarej strefie. Dane o spadającym wzroście, które otrzymujemy, pochodzą z białej strefy, zaś w szarej strefie, życie gospodarcze się kręci.

- Byłem również w Portugalii, gdzie jest kryzys i widziałem puste restauracje; i w Katarze, w którym dorobiono się ogromnych pieniędzy na eksploatacji gazu. Tam bogactwo oparte na surowcach naturalnych, na ropie i gazie jest w bardzo mądry sposób przekładane na inwestycje. Inwestuje się również w wiedzę, która z czasem może być motorem rozwoju gospodarczego.

- Ostatnio dużo podróżowałem po świecie. W różnych miejscach występuje inna sytuacja. Ale nadciągający kryzys pogodzi wszystkich. Przewiduję, że będzie to tak ciężkie doświadczenie dla globalnej gospodarki, że odczują to i Japończycy, i Hindusi, i Arabowie. A tym bardziej Europejczycy, którym recesja da się szczególnie we znaki. Już dzisiaj Portugalczycy uciekają do Brazylii za pracą, tymczasem sami przecież kiedyś ten kraj kolonizowali i przez lata to Brazylijczycy przyjeżdżali do Portugalii szukać zatrudnienia. To oznacza, że wszelkie prawidła znane nam z XX w. ulegają radykalnemu odwróceniu.

Biznes INTERIA.PL na Facebooku. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »