Reklama

Prezes Grupy Atlas: światowy rynek nie będzie już taki sam

- Trzeba się przygotować do wielu przetasowań na rynku, jeśli chodzi o globalne łańcuchy dostaw - mówi Interii Paweł Kisiel, prezes Grupy Atlas. - Duże i bogate firmy staną się jeszcze większe, a słabi będą jeszcze słabsi. Także obecny kryzys wynikający z pandemii koronawirusa tej reguły nie zmieni - ocenia.

Co w wywiadzie mówi prezes Grupy Atlas:

Reklama

- Chciałem przejrzeć treść tarczy, która przeszła przez Sejm. Od razu ucieszyłem się, że jestem prezesem dużej firmy, która od tego typu analiz ma prawników.

- Rząd powinien przesunąć zakładaną ścieżkę podwyżki płacy minimalnej. W przeciwnym wypadku będzie problem dla wielu dużych, średnich i małych przedsiębiorstw, które - zwłaszcza dziś - walczą o przetrwanie.

- Na najbliższe miesiące nie planujemy zmian w dotychczasowej polityce firmy ani w strategii. Dla pracowników w wybranych, kluczowych lokalizacjach, wprowadziliśmy dodatkowe zachęty - premie.

- Zakładam, że obecne rynkowe turbulencje nie będą na tyle długotrwałe, by nas szczególnie poważnie dotknąć.

- Rozpoczęte prace budowlane są wciąż realizowane. Dodatkowo, spora grupa Polaków pracująca z domu rozpoczęła remonty.

- Okres rozpędzania gospodarki po epidemii rząd może wykorzystać np. do wdrożenia nowej odsłony programu Mieszkanie Plus i przyspieszyć z realizacją programu Czyste Powietrze.

- Firmy rodzinne starają się mieć niski poziom zadłużenia. To w dzisiejszych czasach jest dla nich tarczą bezpieczeństwa.

Bartosz Bednarz, Interia: Jak sobie radzi Grupa Atlas w warunkach stanu epidemicznego w Polsce i - wynikających z tego - ograniczeń, które nałożył rząd?

Paweł Kisiel, prezes Grupy Atlas: - Najważniejszym wyzwaniem było zapewnienie ciągłości funkcjonowania przedsiębiorstwa, zatem trzeba się było odpowiednio przegrupować wewnątrz firmy. Od strony informatycznej byliśmy przygotowani już wcześniej do pracy mobilnej i zdalnej. Dotyczyło to m.in. części administracyjno-sprzedażowej. Kluczowe jednak było to, by zadbać o pracowników, by utrzymać produkcję, której nie mogliśmy wstrzymać. Mieliśmy szereg wyzwań i także naturalnych w takiej sytuacji lęków. Wprowadziliśmy niezbędne procedury dotyczące zachowania odległości, utrzymania czystości, sanitarne. I najważniejsze: wszyscy pracownicy spisali się na medal.

- Na początku pojawiły się też pewne problemy z operatorami logistycznymi, ale były krótkotrwałe - trwały dwa dni. Trzeba pamiętać, że do naszych zakładów codziennie wjeżdża i wyjeżdża z nich po kilkadziesiąt, a w niektórych wypadkach po kilkaset transportów. Mówimy zatem o ogromnych przepływach materiałowych. Naszą przewagą było to, że Atlas pracuje z firmami logistycznymi w sposób trwały, w oparciu o długoterminowe relacje. Nie szukaliśmy doraźnych oszczędności wcześniej i w obecnej sytuacji to zaprocentowało.

Stan zamrożenia gospodarki może się przedłużać. Czy jest ryzyko, że produkcję trzeba będzie ograniczyć?

- Ta sytuacja ma charakter tymczasowy, a my staramy się postępować najlepiej jak można. Na najbliższe miesiące nie planujemy zmian w dotychczasowej polityce firmy ani w strategii. Dla pracowników w wybranych, kluczowych lokalizacjach, wprowadziliśmy dodatkowe zachęty - premie. Mieliśmy rekordowo wysoki poziom zamówień większości segmentów i musieliśmy to dowieźć. Uznaliśmy, że premie będą odpowiednim elementem motywacyjnym dla pracowników, którzy mogli zacząć się obawiać o ciągłość produkcji i tym samym o miejsca pracy.

- Dla większości spółek w Grupie Atlas miesiąc marzec był bardzo dobry - lepszy niż ten sam miesiąc w zeszłym roku. Atlas od kilku lat ma w strategii systematyczne zwiększanie udziałów rynkowych. Inwestowaliśmy i to przynosi efekty. Nasza bieżąca sytuacja finansowa jest dobra. Zakładam, że obecne rynkowe turbulencje nie będą na tyle długotrwałe, by nas szczególnie poważnie dotknąć. W przyszłości wrócimy do realizacji kolejnych punktów z przyjętej strategii. W tej chwili naszym celem jest przede wszystkim utrzymanie wszystkich miejsc pracy i dalszy rozwój.

Ekonomiści wskazują, że najgorsze również z punktu widzenia gospodarczego, dopiero przed nami.

- Na rynku remontowo-budowalnym są już widoczne konsekwencje wdrożonych ograniczeń, a zamknięcie w weekendy marketów budowlanych i dalsze ograniczenie liczby klientów, które u nas generują całkiem sporą część sprzedaży, będzie na pewno odczuwalne. To wpłynie na firmę w pewnym stopniu, ale większość naszego biznesu to rynek niezależny, a on funkcjonuje wciąż dobrze. Rozpoczęte prace budowlane są wciąż realizowane. Firmy mają swoje zobowiązania, plany, które przy mniejszym zakresie wydajności, są jednak kontynuowane. Dodatkowo, spora grupa Polaków pracująca z domu rozpoczęła remonty. To, śmiem twierdzić, jest dla nich pewnym substytutem aktywności i normalności.

- Prace ruszyły w sposób bardzo dynamiczny i podejrzewam, że to jeszcze trochę potrwa. Nie chciałbym, żeby to wybrzmiało zbyt optymistycznie czy naiwnie, bo oczywiście widzimy pewne zagrożenia na przyszłość. W żadnym razie nie bagatelizujemy sytuacji, ale też staramy się nie działać pochopnie. Wiadomo, że jeżeli wiele osób straci pracę, a część zacznie osiągać niższe przychody - to z definicji - najpierw będą podejmowane decyzje o redukcji planów inwestycyjnych. Zakup materiałów budowlanych jest racjonalny, tj. musi istnieć potrzeba, dobrze zmierzona, policzona. Szeroka dekoniunktura odbije się na naszym rynku. Z drugiej strony jest szereg możliwości jak pobudzić gospodarkę, gdy będzie to tylko możliwe.

Rząd już stara się pomagać przedsiębiorcom.

- Dziś jest wiele przesłanek do tego, żeby się niepokoić, ale pewne instrumenty w rękach państwa, które można uruchomić i z korzyścią dla społeczeństwa zrealizować, będą pomocne w wychodzeniu z kryzysu. Zresztą rząd zapowiedział inwestycje infrastrukturalne na czas po zamrożeniu gospodarki. Tak naprawdę, czas po epidemii to świetny czas dla rządzących, żeby wywiązać się ze złożonych obietnic wyborczych i pokazać, że cenią i dbają również o przedsiębiorców. Okres rozpędzania gospodarki po epidemii rząd może wykorzystać np. do wdrożenia nowej odsłony programu Mieszkanie Plus i przyspieszyć z realizacją programu Czyste Powietrze.

- Wszyscy wiemy, że Mieszkanie Plus rodzi się w bólach. Czas po epidemii może być szansą, żeby ten program przybrał realne kształty. Będzie to pożądane z dwóch powodów. Po pierwsze, przy pracach budowlanych i w przedsiębiorstwach produkcyjnych pracuje więcej ludzi niż w nowoczesnych gałęziach przemysłu. To są także gigantyczne przepływy materiałowe i towarowe. Po drugie da to impuls całej gospodarce, bo budownictwo pobudza inne branże, jak transportowa, wyposażenia wnętrz i inne. Jest kołem zamachowym w ciężkich czasach i generuje wiele miejsc pracy. A to będzie potrzebne, gdyby rynek pracy faktycznie mocno się w Polsce skurczył. Także program Czyste Powietrze, w którym jest sporo pieniędzy m.in. na termomodernizację, mógłby się stać siłą napędową dla niektórych branż.

Dobrze, że fundusz infrastrukturalny w tarczy antykryzysowej powstał?

- To są działania, przed którymi nie uciekniemy. Dotyczy to np. energetyki. Emisja CO2 zejdzie być może na drugi, może jeszcze dalszy plan. Dzisiaj trzeba ratować miejsca pracy i poradzić sobie z problemami społecznymi, których będzie mnóstwo, ale temat transformacji energetycznej i gospodarczej wróci.

Wskaźniki PMI runęły. A kwietniowe odczyty będą jeszcze gorsze. Pojawiają się analizy, że lockdown w Europie może potrwać do końca maja. Biznes, który jeszcze działa, może być zmuszony do ograniczenia działalności. Część firm zapowiedziała już zwolnienia. Jak pan widzi kolejne tygodnie/miesiące?

- Przyzwyczailiśmy się do tego, że wyznacznikiem, na podstawie którego oceniamy stan gospodarki, jest PKB. Myślę, że te czasy wymagają jednak innych wskaźników. Dzisiaj np. takim wskaźnikiem będą miejsca pracy. Z drugiej strony wiele dotychczasowych wskaźników, jak PMI, traci po prostu sens. Gospodarka w wielu sektorach stanęła, więc co odkrywczego nam ten wskaźnik powie? Potrzebujemy nowego spojrzenia, wskaźników bardziej społecznych, bo problemów, które ujawnią się po epidemii, będzie bardzo wiele. Co do sytuacji w kolejnych miesiącach bardzo chciałbym być optymistą, ale trzeba patrzeć na to bardziej realistycznie.

- Czeka nas bardzo ciężka sytuacja, jeśli chodzi o rynek w Europie. Skala problemów jest bezprecedensowa, a niewykluczone, że trzeba będzie się zmierzyć również z kryzysem finansowym, jako konsekwencją dzisiaj podejmowanych działań. Trzeba się przygotować na ciężkie czasy, na to, żeby potrafić zrezygnować z pewnych przyjemności, luksusów, do których się przyzwyczailiśmy. Trzeba to po prostu przetrwać. W stabilizowaniu sytuacji na świecie ogromną rolę będą odgrywać politycy i banki. Jest też pewna trwała reguła związana z przebiegiem kryzysu: duże i bogate firmy staną się jeszcze większe, a słabi będą jeszcze słabsi. Także obecny kryzys wynikający z epidemii koronawirusa tej reguły nie zmieni. W naszym kraju trzeba się liczyć z tym, że nie wszystkie firmy przetrwają kryzys. Jesteśmy w końcu młodą gospodarką rynkową, z wieloma problemami. Nie jesteśmy zamożnym krajem, nie było czasu na zbudowanie kapitału.

Co będzie kluczowe w powrocie do normalności, poza wspomnianym już zaangażowaniem polityków i banków centralnych? 

- O ile na początku nie do końca byłem przekonany do stanowczych decyzji rządu w walce z koronawirusem, o tyle dzisiaj mogę powiedzieć, że w większości są to dobre działania. Pewne detale można skorygować, ale w odróżnieniu do wielu innych krajów w UE, rząd w Polsce kupił nam czas. Dzięki temu lockdown u nas może być krótszy niż w innych państwach. Oczywiście będziemy zapewne mieli problemy związane np. z ograniczonym eksportem chociażby do Niemiec, które są dla nas dużym handlowym partnerem. Jesteśmy jednak równocześnie krajem ze stosunkowo dużym rynkiem wewnętrznym, co może nas w pewnym sensie chronić.

- Należy także wziąć pod uwagę to, co być może nie jest szczególnie mierzalne, ale z pewnością ma znaczenie. Polacy są mocno przedsiębiorczy i jako naród jesteśmy bardzo kreatywni. Polskę po roku 1989 zmienili głównie przedsiębiorcy. Przetrwaliśmy zabory, przetrwaliśmy komunizm. Można powiedzieć, że w jakiś sposób mamy w DNA umiejętność przetrwania w trudnych warunkach. Dziś, miejmy nadzieję, nie zatraciliśmy tego i nie poddamy się. Poradzimy sobie jako kraj. Mieliśmy zresztą jeden z najniższych wskaźników bezrobocia w Europie i to o czymś świadczy. Jeżeli nie będzie drugiej fali epidemii na jesieni, o której też się mówi - to myślę, że poradzimy sobie z tym kryzysem jako kraj, gospodarka, społeczeństwo bardzo szybko. Wiadomo: niektóre firmy zostaną mocniej dotknięte, część zbankrutuje. Jednak, w mojej ocenie, mamy unikalną szansę na wyjście z tej sytuacji mocniejsi. Będzie następowała globalna zmiana łańcuchów dostaw i Polska może być istotnym beneficjentem tej zmiany, ale też w tym wypadku wiele będzie zależało od rządzących.

Jest gorzej niż w 2008 r.?

- Te dwa okresy są nieporównywalne. W 2008 r. mierzyliśmy się wyłącznie z kryzysem finansowym. Polska była jeszcze wtedy stosunkowo krótko w UE. Mieliśmy niskie koszty pracy, absorbowaliśmy dużo inwestycji zagranicznych. To pozwoliło nam utrzymać dodatni wzrost gospodarczy. Dla Europy ponownie wyzwaniem będzie to, jak zmniejszyć bezrobocie. A przecież kraje, jak np. Francja przed epidemią, nadal miały poziom bezrobocia wyższy niż przed kryzysem 2008 r. Tamten kryzys - podkreślając raz jeszcze - był całkowicie inny. Dzisiaj mamy pozrywane łańcuchy dostaw i stajemy przed wyzwaniami nie tylko gospodarczymi, ale też społecznymi.

- Gospodarczo trzeba się przygotować do wielu przetasowań na rynku, jeśli chodzi o globalne łańcuchy dostaw. Wiele modeli, które ekonomia znała do tej pory, nie sprawdza się. Jesteśmy w sytuacji bez doświadczeń, bez procedur, bez planu. Chiny zamknęły tak naprawdę jedną prowincję. Kraje zachodnie zamykają całe gospodarki. Upadek banku Lehman Brothers w 2008 r. nie doprowadził do tego, że w dwa tygodnie 10 mln osób w USA straciło pracę. Jak Stany Zjednoczone mają katar, reszta świata kaszle. Istnieją uzasadnione obawy o duże napięcia społeczne po koronawirusie.

Co dzisiaj jest kluczowe, żeby przetrwać?

- Absolutnie kluczowa jest płynność. Twierdzę tak również w oparciu o doświadczenie Atlasa, który jest spółką prywatną, rodzinną, powstałą w czasach, kiedy Polacy tej płynności nie mieli, a problemy z gotówką na rynku były codziennością. To "rodzinne" podejście do finansów firmy, pomimo jej ogromnego rozwoju przez lata, nadal w nas głęboko siedzi. Podobnie zresztą jak w innych firmach rodzinnych, w których właściciele rozważnie i ostrożnie podchodzą do decyzji finansowych. Generalnie firmy rodzinne starają się mieć niski poziom zadłużenia. To w dzisiejszych czasach jest dla nich tarczą bezpieczeństwa. Dominująca narracja z ostatnich lat była taka, że trzeba się zadłużać, bo pieniądz jest tani. Finansiści kilka lat temu powiedzieliby, że takie firmy jak my, które nie wspierają się kredytem, są nieefektywne od strony wskaźników finansowych. Dziś wydaje się, że mają one dużo większą odporność i szanse na przetrwanie niż te "bardzo efektywne", które pracowały na krawędzi zadłużenia lewarując działalność długiem.

Przyjrzał się pan rozwiązaniom dla firm z tarczy antykryzysowej? Z których Grupa Atlas mogłaby skorzystać?

- Szczęśliwie nie musimy korzystać z żadnych i nie przewidujemy, że taka potrzeba nadejdzie. Są inne firmy, które wymagają pomocy z "tarczy", choć też szczerze życzę im, by jak najmniej musiały z tej pomocy korzystać. Poza tym - co tu kryć - nie spełniamy kryteriów, bo mamy cały czas bardzo dobre wyniki i nie zmniejszyliśmy produkcji. Na pewno kryzys jakoś dotknie także nas, ale pozostaję optymistą, bo wiem, że mamy w firmie bardzo dobry zespół ludzi i nawet nie myślę o redukcji zatrudnienia. Zresztą firma rodzinna jest po prostu jak rodzina - dzielimy nie tylko te same słoneczne dni, te gorsze też trzeba przetrwać wspólnie.

Tarcza antykryzysowa zdaniem wielu przedsiębiorców jest zbyt skomplikowana i nieczytelna.

- Powiem szczerze: chciałem przejrzeć treść tarczy, która przeszła przez Sejm. I od razu ucieszyłem się, że jestem prezesem dużej firmy, która od tego typu analiz ma prawników. Oni przygotują wytyczne, przeanalizują, co ewentualnie byłoby dla nas korzystne, z czego moglibyśmy skorzystać. Współczuję małym przedsiębiorcom, którzy prawników nie mają. Dla nich zapisy ustawy "tarczowej" to kolejne skomplikowane przepisy prawne, a nie pomoc na tu i teraz. Dzisiaj jest czas na zdecydowane i odważne decyzje, jest czas na prawdziwych liderów w polityce i biznesie, a nie ludzi, którzy pudrują rzeczywistość, chcąc trwać na pozycjach posługując się pustymi hasłami. Niestety, jeśli chodzi o system tworzenia prawa i jego egzekucję, tkwimy jakby wciąż w epoce słusznie minionej.

Firmy z tego kryzysu wyjdą mocno poobijane?

- Teraz najważniejszym wyzwaniem będzie utrzymanie miejsc pracy. Należy spodziewać się, że problemy niedoboru pracowników na rynku czasowo znikną. Równolegle będziemy mieli również do czynienia z obniżaniem wynagrodzeń. Ten proces musi się pojawić w wielu branżach, bo inaczej nie będą one w stanie funkcjonować normalnie. Kryzys nie sprzyja też inwestycjom - kto nie zaczął inwestować wcześniej, dzisiaj nie będzie mógł tego robić, a niektóre zaplanowane inwestycje będą musiały zaczekać. My podjęliśmy decyzję, że inwestycja, która nie ma charakteru krótkoterminowego, będzie wstrzymana do czasu po koronawirusie. Chodzi o to, by móc właściwie ocenić sytuację, by w sposób bezpieczny podejmować kolejne działania. Jeśli chodzi o modernizację, remont związany z zabezpieczaniem mocy operacyjnych firmy w kilku następnych miesiącach, to tam, gdzie było to możliwe, wstrzymaliśmy plany inwestycyjne. Dotyczy to np. niektórych planów zwiększenia poziomu robotyzacji i automatyzacji. Nie wycofujemy się z tych zamierzeń, ale w sposób świadomy i kontrolowany opóźniamy ich realizację. Automaty i roboty są dziś dużo tańsze niż kiedyś, a koszty pracy w Polsce są z kolei dużo wyższe niż jeszcze kilka lat temu. Wcześniej rozkładało się to w mniej oczywisty sposób. Nie było odpowiedniego czasu zwrotu z inwestycji, a teraz pomimo tego, że dla wielu firm byłoby to naturalne działanie, to jednak kryzys opóźni tego typu transformację.

- Wiele firm zadaje sobie dziś pytanie - co dalej? Jeśli państwo nie wesprze przedsiębiorców jakimiś instrumentami, inwestycje zapewne staną na długo. Jednak w tej chwili namawiałbym przedsiębiorców szczególnie na to, żeby zatroszczyli się o swoich pracowników i dbali o miejsca pracy. Sytuacja kryzysowa wymaga myślenia głównie o tym, co tu i teraz. Przedsiębiorca, który dzisiaj będzie w stanie utrzymać miejsca pracy, w przyszłości może zyskać.

Czy rząd powinien wycofać się z przedstawionej ścieżki podwyższania płacy minimalnej?

- Ależ oczywiście, że tak. Co prawda w Atlasie nie mieliśmy i nie mamy problemów z płacą minimalną, ale zdecydowanie uważam, że rząd powinien przesunąć zakładaną ścieżkę podwyżki płacy minimalnej. W przeciwnym wypadku będzie problem dla wielu dużych, średnich i małych przedsiębiorstw, które - zwłaszcza dziś - walczą o przetrwanie. I warto byłoby także przyjrzeć się warunkom zatrudnienia, uelastycznić kodeks pracy, który jest dziś niemal archaiczny.

Rozmawiał Bartosz Bednarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama