Rafał Woś: Czy oni się zgodzą na cokolwiek? Czyli nowa polska polityka gospodarcza po wyborach
Wygląda na to, że po tych wyborach rządzić będzie nami dość egzotyczna i ulepiona jedynie z niechęci do PiS-u koalicja czterech partii. Śmiałej, wizjonerskiej (lub choćby tylko spójnej) polityki gospodarczej spodziewać się po nich raczej nie należy.
Pisałem już w tym miejscu nie raz, że kwestie gospodarcze były w trakcie tej kampanii wyborczej omijane bardzo szerokim łukiem. Stało się tak głównie za sprawą opozycji, która po prostu oddała to pole PiS-owi walkowerem. W efekcie nie wiemy właściwie nic na temat gospodarczych zamierzeń koalicji Tuska z Hołownią, Kosiniakiem i Czarzastym. A z tego, co widać nie wyłania się żaden sensowny kierunek współpracy. Czy oni będą się w stanie zgodzić na cokolwiek?
Zrekonstruujmy fakty. Donald Tusk jak ognia unikał wchodzenia w jakiekolwiek szczegóły polityki ekonomicznej. Sugerując jedynie na bardzo ogólnym poziomie, że nie zmieni żadnego z kluczowych elementów "PiSonomiki" - ani 500/800+, ani 13. i 14. emerytury, ani wieku emerytalnego, ani obecności państwa w kluczowych obszarach życia gospodarczego.
Były (przyszły?) premier robił to oczywiście, nie wspominając słowem o wściekłym oporze, z jakim jego własna partia jeszcze bardzo niedawno 500+ zwalczała. Ani tym bardziej o tym, że nie kto inny jak on sam... podniósł wiek emerytalny w Polsce. W jakimś sensie wybierając taką właśnie abdykację z polityki ekonomicznej Donald Tusk trafił chyba w oczekiwania większości swoich wyborców. Nie bardzo - jak się zdaje - zainteresowanych jakąkolwiek wizją gospodarczej przyszłości Polski. Poza mickiewiczowskim "my z Donaldem na czele i jakoś to będzie". Z - już niemickiewiczowskim - dodatkiem "je****ć PiS".
Lewica? Trzeba przyznać, że oni o gospodarce mówili najwięcej. Najczęściej, że zrobią wszystko to, co robiło PiS. Tylko lepiej, bardziej i mocniej. Słuchając ich można było odnieść wrażenie, że rozpoczęta przez partię Kaczyńskiego po roku 2015 odbudowa (wygłodzonego za Tuska) polskiego państwa dobrobytu to dopiero przygrywka przed tym, czego należy się spodziewać po rządach Czarzastego, Zandberga i Żukowskiej.
Im więcej Lewica mówiła, tym bardziej cisnęło się uważnemu obserwatorowi na usta pytanie: dlaczego więc u licha idziecie po władzę z liberałami, którzy w interesujących was obszarach polityki społecznej, usług publicznych czy walki z nierównościami mają sto razy mniejsze dokonania niż PiS, które chcecie od władzy odsunąć? Ktoś? Coś?
No cóż, uważny obserwator pewnie nigdy na to pytanie odpowiedzi od liderów Lewicy nie dostanie. A jak się będzie za bardzo dopytywał, to może prędko zostać zdziesionowanym przez usłużnych komentatorów (Lewica ma ich ponadproporcjonalnie wielu w tzw. opiniotwórczych kręgach), którzy już sobie dawno te wątpliwości zracjonalizowali i z głowy (sumienia) je wyparli.
Są jeszcze Hołownia z Kosiniakiem. Tyle że oni w sprawach gospodarczych biegli na gospodarczym torze tej kampanii w... zupełnie przeciwnym kierunku. Ich program - kiedykolwiek tylko raczył spływać z wyżyn hołownianego pustosłowia - przypominał jednak raczej sen pogrobowców zrodzonych ze związku partnerskiego Leszka Balcerowicza i Ryszarda Petru. I zapowiadał "koniec ery rozdawnictwa". Nieprzypadkowo zresztą ojciec niesławnej terapii szokowej zapowiedział głosowanie na Trzecią Drogę. A jego dawny wychowanek i niegdysiejszy lider Nowoczesnej dostał miejsce na listach żółto-zielonej koalicji (gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze, czy zdobył mandat).
"W prawo? W lewo? Zawsze do przodu!" - parodiowano przed laty polityczne przesłanie Aleksandra Kwaśniewskiego. "Jestem za, a nawet przeciw" - powiadał jego poprzednim na prezydenckim stołku Lech Wałęsa. Wygląda na to, że koalicja panów Tu-Ho-Ko-Cza (brzmi doprawdy jak wzór na jakiś przedziwny - i niezbyt naturalny - związek chemiczny) dopisze nam tutaj kolejny rozdział.
Będziemy się przyglądać z uwagą.
Rafał Woś
Autor felietonu wyraża własne opinie.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.