Reklama

Rafał Woś: Precz z fiskalną dyscypliną!

Byłoby fantastycznie, gdyby koronawirus posłał na śmietnik unijne reguły fiskalne. Bo ten fundamentalistyczny i nieżyciowy dogmat o zrównoważonych finansach publicznych zbyt długo nam już w Europie morduje dobrobyt, spójność społeczną oraz demokrację. Czas powiedzieć "dość".

Akurat Niemca Klausa Reglinga nie sposób żadną miarą nazwać buntownikiem. Przeciwnie - ten długoletni topowy eurokrata i finansista jest raczej uosobieniem solenności unijnego establishmentu. Ale to właśnie on powiedział kilka dni temu, że umocowana w unijnych traktatach reguła zabraniająca krajom UE mieć zadłużenia publicznego wyższego niż 60 proc. PKB nie ma dziś... większego sensu. Ta wypowiedź to kolejny już wyraźny sygnał, że zmiana dojrzewa. Miejmy więc nadzieję, że niebawem czeka nas mocna przebudowa (a może nawet całkowite rozmycie) reguł fiskalne narzuconym krajom UE w unijnych traktatach. Czy powinno nas to martwić? Przeciwnie. To jest bardzo dobra wiadomość.

Reklama

Jeszcze niedawno kompletna herezja

Dlaczego dobra? Powodów jest kilka. Przede wszystkim mamy tu do czynienia z wyraźną zmiana paradygmatu. To co powiedział Regling jeszcze niedawno wydawało się kompletną herezją. Przez lata zasklepione w neoliberalnym myśleniu europejskie elity uważały przecież antyzadłużeniowe hamulce za świętość. Ten zakaz wyższego niż 60 proc. PKB długu publicznego oraz deficytu przekraczającego 3 proc. PKB miał być kagańcem nałożonym na demokratycznych polityków. Miał on uniemożliwić im (jak to się zwykło mawiać) "życie ponad stan" i "kosztem przyszłych pokoleń". Wymiernym efektem były kolejne rundy wymuszonych przez Brukselę, Frankfurt (siedziba EBC) i Waszyngton (siedziba MFW) programów oszczędnościowych. 

Ich gorzki smak dobrze poznali w ostatnich latach obywatele Grecji, Portugalii, Hiszpanii czy Włoch, którym zafundowano z powodu antyzadłużeniowej obsesji plagę wysokiego bezrobocia, cięcia świadczeń społecznych czy wydatków na utrzymanie budynków użyteczności publicznej albo wręcz zmuszano ich do wyprzedawania kluczowych portów albo lotnisk. Wszystko po to, by pokazać, że się walczy z nadmiernym zadłużeniem. Że bożek "zrównoważonego budżetu" zostanie zaspokojony.

Najgorsze było jednak to, że te unijne reguły fiskalne są jednocześnie i absurdalne i nieskuteczne.  Wyobraźcie sobie Państwo plac zabaw. A tam dzieci i ich rodziców. Jedni nie odstępują swoich pociech ani na krok pakując się z nimi nawet na zjeżdżalnię. Inni czasem tylko zerkną znad smartfona albo kawy. A teraz wyobraźcie sobie że przychodzi policja i mówi, że od teraz trzeba znajdować się maksimum w odległości 3 metrów 17 centymetrów od dziecka. A każdy kto się tego nie będzie stosował ponieść może bolesne konsekwencje. Absurd powiecie? 

Jaki dług publiczny jest zbyt wysoki?

No cóż. Właśnie tak postąpiła Unia Europejska wpisując regułę 60-proc. długu i 3-proc. deficytu do swoich fundamentalnych traktatów. 

Nie mówiąc już o wielu krajach, które - jak Polska - sobie ten przepis na zasadzie bezmyślnego kserowania zachodnich dogmatów wprowadzili do porządku prawnego. Jeśli komuś się ta analogia z dziećmi i rodzicami nie podoba to odsyłam do jej autora, ekonomisty Markusa Eberhardta z Uniwersytetu w Nottingham. Przebadał on wiele krajów rozwiniętych pokazując, że nie ma żelaznej reguły pomiędzy poziomem długu publicznego a rozwojem gospodarczym. Można mieć wysoki dług i dobrze funkcjonującą gospodarkę. Można trzymać zrównoważone finanse publiczne, ale osiągnąć ten stan kosztem zagłodzenia własnego społeczeństwo. I tak jak nie ma reguły co do odległości rodzica i dziecka na placu zabaw tan samo nie ma jednej odpowiedzi na pytanie "jaki dług publiczny jest zbyt wysoki?". Wszystko zależy od kraju, okoliczności, typu gospodarki. Właśnie dlatego te 3 proc. deficytu i 60 proc. długu, których domagała się przez lata Unia to jest absurd.

Dług jest nieodłączną częścią zdrowej polityki ekonomicznej

Ten absurd jest niestety bardzo szkodliwy. Państwa ogarnięte obsesją długu prowadzą bowiem bardzo złą politykę gospodarczą i społeczną. Ignorują one fakt, że dług jest nieodłączną częścią zdrowej polityki ekonomicznej. 

Bo dług ratuje sytuację nie tylko podczas kryzysu, gdy można dzięki niemu uniknąć osunięcia się gospodarki w spiralę recesji. Także w czasie dobrej koniunktury państwo skupione na ciągłym równoważeniu budżetu łatwo straci z oczu najważniejsze wyzwania. Będzie stale szukało oszczędności: w publicznej służbie zdrowia, w edukacji, w infrastrukturze, w walce z nierównościami. To z kolei będzie się przekładało na pogorszenie zarówno bieżącej koniunktury, jak i społecznych widoków na przyszłość. I cóż z tego, że rząd będzie się potem przechwalał na łamach światowej prasy biznesowej czy w czasie zjazdów bogaczy w Davos, że "mamy piękne i zdrowe finanse". Cóż z tego skoro konsekwencją takiej polityki jest wycofanie się państwa z całego szeregu zobowiązań wobec własnych obywateli. Bo potrzeby nie znikną. Nadal trzeba będzie kupić mieszkanie, zapewnić dzieciom edukację albo zadbać o zdrowie. Oszczędne państwo nam w tym jednak nie pomoże. W konsekwencji urośnie więc dług prywatny. Dużo bardziej od długu publicznego niebezpieczny.

Obsesja, która uderza w prywatny biznes

Ale to nie koniec. Antyzadłużeniowa obsesja nie tylko jest antyspołeczna. Uderza także w interesy prywatnego biznesu. Oszczędzanie państwa to - jak pisał zmarły niedawno polski ekonomista Kazimierz Łaski - rodzaj "niepotrzebnej konfiskaty środków prywatnych". Wyobraźmy sobie gospodarkę, która przypomina spękaną ziemię po długim okresie suszy. Rząd spokojnie mógłby wlać w nią sporo ożywczej wody - właśnie zwiększając dług. Dzięki czemu sektor prywatny dostałby nowe możliwości inwestowania. A państwo zyskałoby na jeszcze niższym bezrobociu. Ale w kraju owładniętym obsesją oszczędzania tak się nie dzieje. Właśnie dlatego, że... trzeba oszczędzać. Nie wolno "żyć ponad stan", "kosztem kolejnych pokoleń". To z tymi pokoleniami to oczywiście mydlenie oczu. Bo cóż przyszłym pokoleniom po zgliszczach, traumach i niewykorzystanych szansach poprzednich pokoleń, które zaoszczędzały się na śmierć?

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Z tych właśnie powodów to bardzo dobrze, że po koronawirusie unijne reguły fiskalne (na razie są oficjalnie zawieszone do roku 2022) mają zostać poluzowane. Oby zlikwidowano je w ogóle! Oczywiście nikt nie broni Unii - jak proponuje choćby były główny ekonomista MFW Olivier Blanchard - pójścia w kierunku "fiskalnych standardów". Czyli pewnych kierunkowych celów na które warto się po swojemu orientować. Ale właśnie "po swojemu" i bez ciągłego straszenia nimi niczym ogniem piekielnym.

Miejmy nadzieję, że absurdalne reguły fiskalne zostaną również wykreślone z polskiej konstytucji. Zanim kolejny nieodpowiedzialny i nierozumiejący prawideł ekonomii decydent przyjdzie i znów zacznie w imię oszczędzania robić krzywdę swoim własnym rodakom.

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.



Dowiedz się więcej na temat: makroekonomia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »