Reklama

Reaguj na dezinformację w sieci

Czy z manipulacją, atakami i mową nienawiści w sieci można wygrać? Gdzie zgłaszać incydenty?

Do wyborów do Parlamentu Europejskiego pozostało już zaledwie kilka dni. Tymczasem, duże firmy technologiczne, tj.: Google, Facebook czy Twitter - wciąż nie radzą sobie z dezinformacją, która dokonuje się na ich platformach. Zwraca na to uwagę Komisja Europejska o czym informował Reuters.

Reklama

Pierwszy krok w Polsce, by walczyć z dezinformacją na poziomie ogólnym, tj. użytkowników internetu zrobiły już Ministerstwo Cyfryzacji i NASK. Uruchomiony z ich inicjatywy portal bezpiecznewybory.pl zawiera informacje nie tylko o tym czym jest dezinformacja, ale również jak potwierdzać wiarygodność treści lub źródła i gdzie zgłaszać incydenty.

- Stworzyliśmy serwis informacyjny dostępny pod adresem bezpiecznewybory.pl jeszcze przed wyborami samorządowymi. Teraz ten zakres informacji jest bardziej zorientowany pod kątem wyborów do PE. Właśnie tam jest szereg informacji dla użytkowników, które uświadamiają z czym mamy do czynienia, co to w ogóle jest dezinformacja. Pokazujemy w jaki sposób jej przeciwdziałać - mówił w rozmowie z Interią zastępca dyrektora NASK Krzysztof Silicki.

Przypomniał także, że NASK w ramach swojej działalności operacyjnej prowadzi punkty, do których można zgłaszać zdarzenia. - Do dyzurnet.pl - zgłaszamy treści nielegalne i szkodliwe, i to niezależnie od tego czy jesteśmy przed wyborami czy już po. Jest też CERT Polska, w ramach którego zachęcamy, żeby zgłaszać sytuacje, które budzą nasz niepokój, jako że te zjawiska związane z dezinformacją coraz częściej mają związek z cyberbezpieczeństwem. My też jako CSIRT wchodzimy w analizę tych zjawiska, żeby mieć obraz operacyjny na poziomie nie tylko pojedynczych przypadków, ale całej kampanii dezinformacyjnej czy to przed wyborami czy też innymi ważnymi wydarzeniami. Skala tego problemu gwałtownie rośnie. Trochę nie nadążamy z poziomem edukacji użytkowników a mamy do czynienia z dynamicznym wzrostem zjawiska - dodaje.

Jeszcze w październiku 2018 r. globalne firmy technologiczni zadeklarowały dobrowolnie podjęcie walki z różnego rodzaju przejawami manipulacji w internecie. Miało to być odpowiedzią na działania podejmowane przez Komisję Europejską, która w 2018 r. wydała zalecenia w kontekście bezpiecznych i odpornych na zakłócenia procesów wyborczych.

Pojawił się tam postulat m.in. zwiększenie przejrzystości reklam politycznych w internecie, zaostrzenie przepisów finansowania partii politycznych, zamykanie fałszywych kont i ograniczenie działalności botów. Wszystko po to, by stworzyć przejrzysty i godny zaufania ekosystem internetowy.

Reuters podaje, że Google i Twitter zostały skrytykowane przez KE m.in. za niezdolność do stworzenia i wdrożenia zasad identyfikowania i zgłaszania reklam politycznych przed wyborami do PE, czyli za jeden z postulatów KE.

Zjawiska dezinformacji trudno nie dostrzec na cieszących się obecnie ogromną popularnością sieciach społecznościowych. Facebook już dzisiaj usuwa treści niezgodne ze standardami portalu i blokuje nieprawdziwe konta (ponad 2,1 mld kont, uznanych za fałszywe w 2018 r.). Twitter w 2018 r. - usunął ponad 70 mln nieprawdziwych kont, trolli, spamerów, które prowadziły dezinformację.

A jak to wygląda w Polsce? Popularne portale społecznościowe przyciągają codziennie miliony ludzi. - Z Facebooka korzysta 16 mln Polaków. Zdajemy sobie sprawę z naszego wpływu na debatę publiczną. Powinniśmy mówić o wyborach uczciwych i opartych na wysokiej jakości informacji. Podchodzimy wielowarstwowo do tematu fakenewsów: usuwamy treści niezgodne z standardami społeczności, wszystkie informacje powstałe w oparciu o nieprawdziwe konta - mówił podczas niedawnego spotkania o dezinformacji w sieci Jakub Turowski, szef działu Facebooka ds. Polityk Publicznych w Polsce i krajach bałtyckich.

Problem jest jednak jeszcze szerszy. Jeden z popularnych komunikatorów, w którym wiadomości są szyfrowane, podczas wyborów prezydenckich w Brazylii był szeroko wykorzystywany do walki politycznej: do rozsyłania nieprawdziwych informacji o konkurentach politycznych i dezinformacji opinii publicznej. Po nagłośnieniu sprawy właściciel komunikatora zablokował ponad 100 tys. kont. To kropla w morzu - bowiem korzysta z tego narzędzia ponad 120 mln obywateli tego kraju.

Technologia, która z jednej strony daje możliwości do szerzenia dezinformacji, z drugiej może pomóc ten problem, jeśli nie rozwiązać, to chociaż skutecznie ograniczyć.

- Widzimy, że technologia pomaga. Kilka lat temu raportowanie oparte było na aktywności użytkowników. Dzisiaj dzięki sztucznej inteligencji usuwamy miliony fałszywych kont dziennie - przypomina Turowski. - Stawiamy na transparentność, w tym reklam politycznych. Mogą mieć one miejsce na portalu, z tym, że użytkownicy musi wiedzieć, kto płaci, jak jest ona ukierunkowana. Tak długo jak nie będzie skoordynowanych akcji edukacyjnych, które będą uczyć i tłumaczy jak skutecznie korzystać z internetu i walczyć z dezinformacja - to wszyscy walkę przegramy - dodaje Turowski.

Problem dezinformacji nie zniknie. Aby jej skutecznie przeciwdziałać niezbędna jest współpraca na wielu płaszczyznach. - Portale społecznościowe wyciągnęły wnioski. Nie jest tak że NASK w pojedynkę próbuje coś zrobić. Współpracujemy z administracją państwową, ale też mediami społecznościowymi. Mówiąc o wyborach do PE mamy do czynienia z podejściem zsynchronizowanym w całej UE. W KE już od 2018 r. powstawały raporty, rekomendacje, została stworzona sieć punktów reagujących. Duża rola została przewidziana dla dostawców treści. Powstały rekomendacje co do reklam, odpowiedzialności za zdejmowanie kont trolli, botów. Są to działania, które muszą podjąć wszyscy interesariusze, co w połączeniu z edukacją użytkowników dopiero da nam szanse na to, żeby to zjawisko dalej nie rosło - tłumaczy Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora NASK.

Edukacja jest niezbędna. Polacy nie tylko mają problem z odróżnieniem faktu od opinii, ale również bezkrytycznie podchodzą do treści publikowanych w internecie (56 proc. badanych). 7,9 proc. Polaków przekazało w ciągu ostatnich 6 miesięcy dalej informację, która miała charakter fakenewsowy. 11,8 proc. zrobiło to nieintencjonalnie. Jedynie 41,6 proc. ankietowanych w ciągu ostatnich 6 miesięcy sprawdzało wiarygodność treści zamieszczanych informacji w sieci. 37,1 proc. przyznało, że tego nie robi. Prawie 25 proc. sprawdza źródło. Dla prawie 24 proc. wystarczającym dowodem jest wiarygodność profilu na portalach społecznościowych lub osoby, która go prowadzi. Jeszcze gorzej wygląda to odnośnie do publikowanych zdjęć i tylko 12 proc. badanych sprawdza konto email, z którego rozsyłano informacje (za raportem NASK "Bezpieczne wybory. Badanie opinii o (dez)informacji w sieci").

wd

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »