Reklama

Równoległa waluta, czyli jak powiedzieć Grekom, że mają mniej zarabiać

Pomysł wprowadzenia równoległej waluty w Grecji zyskuje rozgłos i ma wiele twarzy. Jedni twierdzą, że mogłoby to pomóc Grecji utrzymać się w strefie euro. Inni, że mógłby to być jedynie środek przejściowy przed zamianą euro na drachmę. Łatwo też spotkać opinie, że ten pomysł jest zbyt abstrakcyjny. Pesymiści zdają się mieć sporo racji.

Rozgłos pomysłowi wprowadzenia równoległej waluty w Grecji nadał ostatnio wpływowy niemiecki ekonomista Thomas Mayer z Deutsche Banku. Pisali o tym również ekonomiści banku Goldman Sachs. Idea ta pojawiła się już jednak wiele miesięcy temu, mówił o niej m.in. prezes NBP Marek Belka w wywiadzie dla "Financial Times Deutschland", pisał ekonomista Janusz Jankowiak, a ostatnio w Obserwatorze Finansowym mówił o tym Paweł Kowalewski, szef Biura ds. Integracji ze strefą euro w NBP.

Reklama

Choć szczegóły są różne, to idea dość podobna: pozwolić Grecji emitować nowy środek płatniczy, żeby realizować nim zobowiązania wewnętrzne. Wkrótce Grecja może zawiesić część płatności dla zagranicznych wierzycieli, ponieważ w kraju rośnie sprzeciw wobec oszczędnościom fiskalnym.

Jeżeli tak się stanie, pożyczkodawcy (UE, MFW, EBC) odetną Atenom część finansowania, zostawiając prawdopodobnie jedynie część wpłat przeznaczonych dla prywatnych wierzycieli Grecji w celu uniknięcia paniki. Greckiemu rządowi zabraknie natomiast pieniędzy na płatności pensji, emerytur i innych zobowiązań krajowych. W takiej sytuacji Grecja powinna, zdaniem części ekonomistów, wprowadzić nową walutę, równolegle do euro. Miałyby to być np. bony pełniące rolę środka płatniczego, będące zobowiązaniem do wpłacenia określonych kwot w przyszłości, kiedy rząd odzyska wypłacalność.

W całej operacji chodzi o to, żeby Grecja nie musiała przechodzić na drachmę. Zmiana waluty wymagałaby bowiem drakońskich metod, takich jak zamrożenie kont bankowych, blokada przepływu kapitału i częściowo osób, a prawdopodobnie również stan wyjątkowy. Chaos związany z takim procesem byłby niewyobrażalny i rozlałby się na inne kraje Europy, podważając wiarę w integralność strefy euro.

Wprowadzenie równoległej waluty również stwarza wiele wyzwań i zagrożeń, ale zdaniem adwokatów pomysłu jest ich teoretycznie mniej niż przy wprowadzeniu drachmy. Choć czy rzeczywiście? Czy zalety nie są przeceniane?

Pomysł ciekawy teoretycznie...

Pomysł zyskuje różne opinie. Niektórzy - oczywiście głównie jego autorzy - twierdzą, że równoległa waluta może pomóc Grecji odzyskać konkurencyjność i pozostać w strefie euro na długo. Inni wskazują, że w najlepszym wypadku byłby to środek przejściowy. A jeszcze inni, że to pomysł o bardzo małych praktycznych szansach realizacji. Brytyjski ekonomista Gavyn Davies napisał na blogu, że ten ciekawy pomysł mógłby funkcjonować tylko w innym wszechświecie gospodarczym.

Czytaj raport specjalny serwisu Biznes INTERIA.PL "Teraz tonie Grecja. Kto następny?"

Spójrzmy najpierw na szczegóły. Nowa waluta to w zamyśle większości jej adwokatów bony, które w przyszłości można by zamienić na normalne euro. Emitowałby je rząd, a wprowadzane byłyby do obiegu poprzez wypłatę pensji pracownikom budżetówki. Ich wartość rynkowa byłaby znacznie niższa niż nominalna (czyli bon teoretycznie wart w przyszłości 100 euro byłby na rynku wyceniany znacznie niżej), dlatego pensje realne osób je otrzymujących natychmiast spadłyby o kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent. Jeżeli osoby otrzymujące bony mogłyby nimi płacić swoje zobowiązania, to szybko papiery te znalazłyby się w obiegu i mogłyby być użyte do płacenia pensji przez firmy i inne podmioty. Możliwe nawet, że niektóre ceny wyrażane byłyby w ilościach bonów.

Teoretycznie, i przy pewnych optymistycznych założeniach, pomysł ma sporo zalet. Grecji nie trzeba byłoby udzielać kredytów na pensje i emerytury, zostawiając ten problem w całości w gestii rządu. Motywacja do reform zostałaby utrzymana na bardzo wysokim poziomie, gdyż ostateczna wypłacalność bonów będzie zależała od wypłacalności rządu. Po odzyskaniu równowagi w finansach publicznych i wzrostu PKB Grecja mogłaby też obsługiwać dług zagraniczny. Pensje pracowników spadłyby szybciej, co wspomogłoby konkurencyjność gospodarki. Wreszcie Europa uniknęłaby chaosu związanego z częściowym rozpadem strefy euro.

Oczywiście taki proces miałyby sens jedynie wtedy, jeżeli UE, MFW i EBC wyraziłyby nań zgodę i wspomogły jego wprowadzanie.

Po pierwsze, wciąż trzeba byłoby udzielać Grecji kredytów na spłatę jej zobowiązań zewnętrznych w okresie przejściowym.

Po drugie, jak łatwo zauważyć, spadek płac realnych natychmiast doprowadzi wiele firm i gospodarstw domowych do niewypłacalności - realna wartość długów bowiem wzrośnie. System bankowy stałby się zatem niewypłacalny i konieczne byłoby jego dokapitalizowanie. Prawdopodobnie musiałby się to odbyć poprzez stworzenie de facto nowego banku będącego w posiadaniu funduszu ratunkowego EFSF. To jest akurat pomysł Thomasa Mayera.

Jest jednak kilka problemów związanych z taką operacją, na które będzie bardzo ciężko odpowiedzieć. Nie jest do końca jasne, czy w ogóle można znaleźć jakieś remedium na te wyzwania.

...ale z praktycznymi przeszkodami

Pierwsza wątpliwość jest bardzo ogólna, ale przy tak skomplikowanym projekcie warto najpierw odwołać się do fundamentalnych problemów. Zgodnie z zasadą Brzytwy Ockhama, zjawiska trudne najpierw trzeba przełożyć na prosty język. A problem Grecji jest prosty.

Grecy za dużo zarabiają w stosunku do swoich możliwości wytwórczych, czyli muszą obniżyć wartość wynagrodzeń w stosunku do produktywności. Ponieważ produktywności nie da się szybko zwiększyć, więc proces ten musi opierać się na cięciu płac - albo bezpośrednio, albo poprzez wyjście z euro i dewaluację drachmy. Przy wysokim długu niesie to ze sobą niewypłacalność, ponieważ nominalna wartość długu nie spada wraz z pensjami. Gdzie w tym mechanizmie jest miejsce na równoległą walutę? Nie rozwiązuje ona żadnego z fundamentalnych problemów.

Przywołany na wstępie Paweł Kowalewski porównuje Grecję do krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie często przy denominacji walut wprowadzano nowe banknoty, stemplowano stare itd., prowadząc de facto do funkcjonowania równoległych walut. Jest to jednak zasadniczo inna sytuacja. Czym innym jest techniczna reorganizacja systemu walutowego, a czym innym makroekonomiczny proces odzyskiwania konkurencyjności. Tym bardziej w kraju, który posługuje się walutą używaną w wielu innych krajach, czyli taką, której nie można prawnie unieważnić.

Teraz co do szczegółów. Druga wątpliwość jest już natury politycznej. Emisja bonów ma być alternatywą dla głębokiego cięcia płac nominalnych w euro. Ale czym różni się wypłata pensji w bonach od obniżenia pensji z obietnicą jej podwyżki po zakończeniu reform? Niczym.

Dlaczego zatem pracownicy budżetówki mieliby zaakceptować pensje w bonach, skoro trudno im zaakceptować cięcia płac? A jeżeli rząd posiadałby skuteczne narzędzia przymusu, to dlaczego miałby się odwoływać do bonów, skoro mógłby ciąć pensje? Nie licząc kosztów obsługi długu, deficyt budżetowy Grecji nie przekracza 2 proc. PKB. Koszty wynagrodzeń i świadczeń społecznych to ok. 34 proc. PKB. Cięcie świadczeń o 6 proc. w ciągu roku zamknęłoby problem braku środków na zobowiązania wewnętrzne, nie licząc negatywnych skutków związanych ze spadkiem popytu wewnętrznego. Ale to jest już kolejny problem.

Rysunek z serwisu zboku.pl

Więcej w serwisie ZBOKU.PL

Załóżmy, że Grecja i Europa uznają, że pomysł ma sens. Trzecia wątpliwość dotyczy makroekonomicznych skutków takiego projektu. Bez wiary w powodzenie reform, bony będą gwałtownie traciły na wartości. Bardzo prawdopodobne jest, że spadek ich wartości będzie głębszy niż alternatywne cięcie płac, ponieważ w Grecji zaufanie do rządu jest bardzo niskie. A zatem realna siła nabywcza ludności spadnie znacznie bardziej, co wpędzi gospodarkę w jeszcze większą recesję i utrudni rządowi zbieranie podatków. W takiej sytuacji zaufanie ludności co do wypłacalności bonów będzie dalej spadało, rozpoczynając błędne koło spadającej wartości równoległego pieniądza, pogłębiającej się recesji, paraliżu systemu finansowego, protestów i chaosu społecznego.

Teza, że wprowadzenie równoległej waluty będzie łagodniejszym procesem niż wprowadzenie drachmy, napotyka zatem na wiele praktycznych przeszkód. Wyjątkowe czasy wołają jednak o wyjątkowe rozwiązania. Nie można wykluczyć, że próba wprowadzenia równoległej waluty zostanie podjęta i wypadnie lepiej niż przewidują pesymiści.

Ignacy Morawski

Teraz wiadomości gospodarcze przeczytasz jeszcze szybciej. Dołącz do Biznes INTERIA.PL na Facebooku

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »